Mam poczucie deja vu.  W PRL była cenzura urzędowa, ustrojowa, na którą nie mieliśmy wpływu, ale najsilniejsza była wewnątrzredakcyjna i autocenzura. Stawiam tezę, że dzisiaj za cenzurę jesteśmy jeszcze bardziej odpowiedzialni niż w czasach PRL. Dziś mamy wolność wypowiedzi. Czyżby?

   Wolność wypowiedzi gwarantuje nam Konstytucja, ale Konstytucja nie gwarantuje nam dobrej pracy, lojalności podwładnych, mądrych przełożonych, nie ochroni nas przed mobbingiem i przed wyrzuceniem z pracy, jeśli nasze postępowanie albo poglądy nie spodobają się kierownictwu. Z TVP, od kiedy zacząłem pracę w tej instytucji (1992), odeszły setki dziennikarzy, mimo, że prawo było po ich stronie. Bez pardonu wyrzucano szefów związków i syndykatów dziennikarskich. Upiekło się tylko tym z „Solidarności”, ale to już inna historia.

   Jaki to ma związek z cenzurą? Ano taki, że aby przetrwać na coraz trudniejszym rynku wielu dziennikarzy nałożyło sobie własnoręcznie kaganiec na usta. Ich wypowiedzi nigdy nie przekroczą oczekiwań ich przełożonych, nigdy nie sprzeciwią się panującej władzy, a dostosują do zmieniającej. Telewizyjnych kameleonów stada chodzą po korytarzach tej instytucji. Mimikra to najlepszy kolor ochronny. Oni przetrwają. Za sprawą autocenzury. Ograniczą zakres tematów, które będą poruszać, o wielu ze strachu w ogóle nie pomyślą. A jak pomyślą, to już na samą myśl obleją się potem.

   Jestem już w tym wieku, że mogę bardziej wspominać niż żyć przyszłością. Dwa obrazki zatem z przeszłości. Obraz pierwszy. Rok 1981. Jako student trafiłem na praktyki do „Dziennika Łódzkiego”. Przynoszę artykuł o tym, co na temat IX Zjazdu Partii myślą młodzi ludzie. A myślą nie najlepiej. Artykuł trafia oczywiście do kosza, a redaktor naczelny tłumaczy mi, że Oni są gazetą czytelniczą. Aha, no i o partii pisać tu nie trzeba. Jadę w teren i przywożę reportaż o tym, że w fabryce papy przeciekają dachy, a pracownicy kradną rolki (papy oczywiście). Zdanie „kradzież jest wszędzie” wypowiedziane przez kierownika fabryki zostaje złagodzone w obróbce redakcyjnej i zamienione na „kradzież może zdarzyć się wszędzie”. Niby nie cenzura, ale wskazówka dla poczatkującego reportera, żeby uważał, jak dobiera słowa. Bo słowa malują obrazy, a te nie mogą szkodzić władzy i sugerować, że w PRL kradzież w zakładach pracy była normą. Obraz drugi. Rok 2002. Rozmawiam na żywo w studiu TVP Łódź z ówczesnym prezydentem z SLD. Prezydent gubi się w rozmowie, bo przygotował sobie masę papierów z odpowiedziami na pytania ułożone przez siebie, a nie zadane przez dziennikarza. Po tej audycji mówi głośno: „tej audycji, panie redaktorze, to już nie będzie”. Śmieję się w duchu, bo przecież nie wierzę, że On może zdjąć program z anteny. Ale, za miesiąc programu już nie mam, a po kilku miesiącach moja pierwsza przygoda z TVP kończy się. Po 2 latach komisja weryfikacyjna przywraca mnie do pracy. Obrazek trzeci i ostatni. Rok 2010. Ten sam schemat: wiceprezydentowi miasta, tym razem z prawicy, nie podoba się sposób, w jaki prowadzę program. Skutek: dyrektor stacji komunikuje mi niedługo potem, że rozwiązuje ze mną umowę o pracę.

   Nie trzeba być znawcą terenu, żeby wiedzieć, że poza Warszawą pracy dla dziennikarzy jest jak na lekarstwo. Że jeśli ktoś dostaje wilczy bilet, to raczej pracy nie dostanie. Lokalne powiązania polityczno-biznesowo-medialne są nieformalne, ale silne. Zaatakujesz jakiś układ – jesteś przegrany, wygrywasz rzadko. Powiązania szefów mediów lokalnych z politykami (a dziś i ogólnopolskich) są na ogół znane. Ta wiedza sprawia, że dziennikarz nie będzie dociekał, dlaczego prezydent miasta pojechał na kilkutygodniową wycieczkę do Australii za prywatne pieniądze właściciela firmy, która potem miała stawiać w drugim co do wielkości mieście w Polsce wieżowce. Nie spyta, dlaczego dyrektor telewizji otrzymała, „za pół darmo” od miasta, wyremontowane mieszkanie. Kiedy wsiądzie razem z prezydentem do samolotu, by polecieć za ocean, to nie napisze, że prezydent połowę swojej kadencji spędził za granicą. Instynkt samozachowawczy zadziała i uruchomi proces zwany autocenzurą. Autocenzura w naszych głowach pozwoli nam zachować ukochaną pracę i ochroni przed nieprzyjemnościami. Dodatkowo przyniesie korzyści firmie i dziennikarzowi. Pozwoli pozyskiwać środki na programy i ich emisję. Czy ktoś zdaje sobie sprawę, że w lokalnej telewizji jeszcze kilka lat temu około 80 procent programów miało swoich sponsorów, a sponsorowane były nawet programy polityczne. Marszałek województwa siedział w studiu w czasie takiego programu i opowiadał jakim to jest dobrym gospodarzem. Jak jest dziś – nie wiem, to pytanie do kolegów wciąż tam pracujących.

   W PRL wielu twórców grało z urzędową cenzurą, próbowało ją obchodzić. Dziś cenzury jako instytucji nie ma, powróciła natomiast autocenzura. Za nią jesteśmy odpowiedzialni. I jeśli z nią nie walczymy, a często po prostu ją kultywujemy, to jesteśmy winni. Winni grzechu zaniechania. Ale, z drugiej strony, mamy kredyty, dobrą pracę, dobre układy i widoki na przyszłość. Co wybrać?

Marek Palczewski

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl