Kiedyś były po prostu formą rozrywki, sposobem lekkiego spędzania czasu „w necie”. Dziś zamieniają się w narzędzie walki w polityce, w kampaniach społecznych, a nawet w biznesie.

   W ferworze amerykańskiej kampanii wyborczej przed tzw. midterm elections, Twitter zdecydował się nagle usunąć półtora tysiąca profili wykorzystujących niezwykle popularną w produkowanych po prawej stronie internetu memach postać NPC. Skrót ten pochodzi ze slangu graczy w gry wideo – „nonplayable charakter” – postać sterowana raczej przez komputer niż przez grającego. NPC uosabia osobę niemającą swojego zdania,  biernie sterowaną przez liberalne media i lewicową propagandę. Można ją porównać z używanym w Polsce pojęciem leminga.

   Kilka miesięcy wcześniej, użytkownicy na 4chan i Reddit, na forach internetowych zaczęli używać terminu NPC w odniesieniu do liberałów (co w USA oznacza lewicowców). Ludzie ci, jak uważają zwolennicy Trumpa w internecie, dołączają do przeciwników Trumpa nie w efekcie niezależnych przemyśleń, czy prawdziwej chęci przeciwstawienia się polityce prezydenta Trumpa, ale dlatego, że padli ofiarą prania mózgu, bo wykonują instrukcje napisanego wcześniej programu, właśnie tak jak NPC w grze wideo. Jak dodaje w wątku dyskusyjnym na temat  popularności tego mema, użytkownik Reddita o nicku BasedMedicalDoctor, NPC są „całkowicie zależne od  programowania, nie mogąc nic robić ani myśleć samodzielnie”.

   W rozmowie z „New York Times” anonimowy przedstawiciel Twittera tłumaczył, że usunięte konta naruszyły przepisy Twittera dotyczące „celowo wprowadzających w błąd treści związanych z wyborami”.

   Czym akcja memiczna internautów o nielewicowych przekonaniach była w istocie? Czymś w rodzaju humorystycznego happeningu i trollingu zarazem. Masowo tworzone na Twitterze konta miały w profilu ten sam szary twarzopodobny wizerunek, z dodanymi różnymi indywidualizującymi elementami, zawsze kojarzącymi się z charakterystycznymi cechami przeciwników Trumpa, już to tęczową fryzurą, już to czapką z logiem Antify. Wszystkie boty miały opis mówiący o „walce z faszystą Trumpem i wzajemnie się wspierały, udostępniając swoje wpisy. Ogólnie tworzyło to wrażenie wielkiej armii postaci typu NPC, które bezmyślnie i bezrefleksyjnie prowadzą wojnę z obecnym prezydentem Stanów Zjednoczonych.

   Wszystko to można by traktować jako jeden wielki, rozbudowany i rozpisany na wiele aktów i podmiotów mem internetowy. Już nie pojedynczy obrazek, ale całą kampanię memiczną, z kolejnymi akcentami i kulminacjami. Kulminacją, której nie zdzierżyła administracja Twittera było rozpowszechnianie przez armię NPC-botów informacji wzywającej zwolenników Demokratów do głosowania 7 listopada (wybory są 6 listopada). Uznano to za niedopuszczalną dezinformację wyborczą.

   Czy to były mityczne „rosyjskie trolle”? „NYT”, który analizował sprawę, twierdzi, że nie. Zdaniem gazety była to raczej grupa tzw. atencjuszy (t.j. osób chcących zwrócić na siebie uwagę) ze środowiska graczy w gry wideo. Młodzi ludzie chcący sobie wzajemnie zaimponować „wkurzając lewaków” ostrymi memami. „Zrozumienie, jak to się dzieje, że żartobliwe memy mogą z taką łatwością wydostać się z podbrzusza internetu i przekształcić się w rzeczywiste narzędzia wpływu, to część opisu mechaniki współczesnej polityki” -  wnioskowała w analizie gazeta.

Od braku kontekstu po zwykły fałsz

   Farida Vis, dyrektor Visual Social Media Lab, współtworzonego przez ekspertów z kilku brytyjskich uniwersytetów, zaprezentowała na Międzynarodowym Festiwalu Dziennikarstwa w Perugii, w kwietniu tego roku wstępne wyniki badań przeprowadzonych w ramach projektu „First Draft”, których tematem było wykorzystanie wizualizacji do rozpowszechniania błędnych informacji na temat mediów społecznych podczas wyborów w Wielkiej Brytanii i Francji w 2017 roku.

   Badacze przyjrzeli się łącznie 95 wizualizacjom rozpowszechnianym podczas wyborów w obu krajach. W badaniu zidentyfikowano ponad dwadzieścia rodzajów formatów wizualnych, przeanalizowano ich poziom dokładności, tematykę, motywacje i źródła. Zespół wypracowała swoistą typologię dezinformacji: w tym np. treści sfabrykowane, umieszczanie treści w fałszywych kontekstach i wprowadzające w błąd. Zespół znalazł jeszcze trzy kategorie, które dotyczą materiałów wizualnych, a taka formę najczęściej mają memy:

- treści bez kontekstu - w przypadku gdy nie można zidentyfikować pochodzenia obrazu, więc trudniej jest udowodnić, że wprowadza w błąd;

- przesada – pojawiająca się w przypadku danych liczbowych, statystyk, gdy informacje towarzyszące obrazowi są „oparte na rzeczywistych danych i zjawiskach”, ale ich znaczenie jest przesadzone lub pomniejszone po to, aby wprowadzić odbiorcę w błąd;

- fałsz lub błąd - gdy obraz zawiera informacje nieprawdziwe, wprowadzające błąd celowo lub wskutek błędu autora mema.

   Spośród 95 przeanalizowanych przez badaczy obrazów najczęstszymi  formatami były filmy wideo (20), następnie zdjęcia (17), wizualizacje danych (9), fotografie z tekstem (7) i zrzuty ekranu tweetów (5). Ludzie, w badanej grupie rozpowszechniali głównie materiały, które należały do kategorii „fałszywego kontekstu”, wyjaśniała Vis.

Lekarze nie mają odporności na memy

   Tyle nauka. To, że memy manipulują, przesadzają lub po prostu kłamią, wiemy na ogół i bez analiz ekspertów. Któż nie widział obrazków z wziętymi z Księżyca cenami podstawowych artykułów spożywczych, rozpowszechnianego po to aby pokazać, jak wzrosły ceny gdy „oni” rządzą? Czy jednak ma sens pretensja do memów, że kłamią. W końcu to przecież nic innego jak internetowy gatunek satyryczny. Chociaż nie tylko. Memy są też obecnie ważnym narzędziem wojny informacyjnej i politycznej.

   Dość powszechne jest przekonanie, że polityka i debata publiczna od dawna odeszła od merytorycznej dyskusji na argumenty, stając się konkursem piękności oraz igrzyskami w konkurencjach takich jak spin, umiejętności komunikacyjne, prezentacyjne i PR-owe. Świat internetu dodał do  tego  walkę o zasięg i widoczność. Memy są syntezą i sublimacją wszystkich tych, zachodzących od dekad już zmian. Kiedyś były po prostu formą rozrywki, sposobem lekkiego spędzania czasu „w necie”. Dziś zamieniają się narzędzie walki w polityce, w kampaniach społecznych, a nawet w biznesie.

   Wydawałoby się na pozór, że zjadliwy satyryczny mem, który „wkurza” przeciwników, nic nikomu nie daje poza dozą satysfakcji u autora, której jednak bardzo często nie może ujawnić bez ryzyka konsekwencji w swoim życiu osobistym, zawodowym a nawet prawnych. Nie można zakładać, że osoby przekonane do atakowanej przez niego osoby, sprawy, czy partii, przestaną być przekonane za sprawą złośliwego dowcipu. Doświadczenie internetowe uczy, że raczej wręcz przeciwnie – zwolennicy od razu wtedy mówią, że „hejt internetowych trolli tylko potwierdza, że mam/y rację” lub coś w tym sposobie.

   Jeśli zaatakowani zareagują w przewidywalny sposób, czyli np. zaczną mówić o przysłowiowym „hejcie”, to jest okazja aby im to wytknąć, zwrócić uwagę, że zawsze tak mówią, że nic równie błyskotliwego nie potrafią wymyślić, a nawet przygotować mema na temat ich reakcji na mema. Jeśli zaatakowani memem również próbują odpowiedzieć memem, to pojawia się szansa ośmieszenia ich produkcji, jeśli jest nie za wysokich lotów lub przerobienia ich mema w sposób jeszcze bardziej ich ośmieszający. Z jednego ciosu robi się wymiana serii ciosów i cała wojna na memy. Na pewnym etapie, co się zdarza, zwłaszcza w najmłodszych kręgach, wojna ta odchodzi całkowicie od pierwocin sprawy, stając się swoistą abstrakcją internetową. Powstają memy na temat memów, meta-memy i  kontr-memy.

   Jednak tak naprawdę, mem wcale nie ma na celu zmniejszenia przekonania przekonanych. Ich ma, jak to było powiedziane, głównie „wkurzyć”. Prawdziwym celem jest publiczność w ogóle lub mniej zaangażowana. Nikt nie przeprowadził rzetelnych badań, do jakiego stopnia memy wpłynęły na to, że Ryszard Petru przestał być traktowany jak poważny polityk. Nie wiadomo, czy to w ogóle można zbadać. Z pewnością jednak nie tylko internetowa satyra do tego doprowadziła, lecz sam pan Ryszard, jego wypowiedzi i zachowania, miały dużo znaczenia. Że memów nie należy demonizować i przesadzać z ich wpływem na rzeczywistość, świadczy przykład niedawnej kampanii wyborczej w Warszawie. Pomimo, że był masowo atakowany memami w internecie, Rafał Trzaskowski zdecydowanie wygrał wybory. Nie można więc powiedzieć, że to narzędzie wszechpotężne i nie można mu się oprzeć.

   Jednak żaden polityk, osoba publiczna, organizacja, firma czy marka, nie powinna lekceważyć sytuacji, w której staje się „bohaterem” masowej kampanii memów. W realiach naszej polityki jest zwykle tak, że oba plemiona rozpowszechniają satyrę na swoich przeciwnikach we własnych kręgach. Nie jest to może nic specjalnie niepokojącego dla każdej ze stron, dopóki nie przekracza granic obozów plemiennych. Gdy jednak memy zyskują szerszą popularność, to sygnał, aby działać. I wojna na memy do tego się w gruncie rzeczy sprowadza. Nie chodzi tu o jakość i poziom dowcipu, lecz o zasięg i liczbę odbiorców.

   Politycy są w dużym stopniu już uodpornieni na ofensywy memiczne przeciwnika. Wiedzą zazwyczaj, co robić, jeśli nie oni to sztaby specjalistów, którzy odpowiadają za rozpoznanie, obronę i atak w tej wojnie. Mniej doświadczone i przygotowane do działań obronno-zaczepnych w wojnie memów mogą jednak reagować nerwowo.

   „O wyjaśnienie sprawy rozpowszechnienia memów i hejtów, które uderzają w dobre  imię moje oraz innych przedstawicieli środowiska lekarskiego zwróciliśmy się do organów ścigania” - poinformował  Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Chodziło o internetową batalię antyszczepionkowców ze środowiskiem lekarskim, w której to ostatnie być może po raz pierwszy w  życiu poznało siłę memicznej satyry internetowej, przeżyło swoisty szok i stąd ów nieco egzotyczny pomysł aby „organy ścigania” zajęły się ściganiem memów i ich autorów.

Zamiast drętwej nowomowy

   A co dziennikarze mają do memów i memy do dziennikarzy? Czy memy można uznać za nowy gatunek dziennikarski? W końcu od dłuższego czasu powstają w internetowych mediach nowe formy np. takie jak „Mecz Zemsta Mokrzyszów z Izolatorem Boguchwała - zobacz memy”.

   Memy można by potraktować jako swego rodzaju kontynuację i rozwinięcie karykatur politycznych, które od dawien dawna publikowane były w gazetach.  Obecnie mają znaczenie nie tylko jako zjawisko kulturowe, którym bez wątpienia są, ale także jako narzędzia politycznej i propagandowej aktywności. Memy świetnie się sprawdzają jako alternatywa dla drętwej politycznej nowomowy i propagandy.

   Dziennikarze zawsze reagowali na wypowiedzi polityczne, analizując je i interpretując na różne sposoby. Dlaczego nie mieliby tego robić z nową, specyficzna formą politycznej wypowiedzi, jaką jest mem. Według badań Akademii Nowego Dziennikarstwa i Globalnej Zmiany w Salzburgu, przeprowadzonych w 2018 r., około 64 proc. badanych przedstawicieli firm medialnych uważa, że dobrym pomysłem byłoby traktowanie memów jako punktu wyjścia do tematów artykułów a nawet newsów.

   Wojny na memy toczone przez wrogie polityczne plemiona czekają na swoich komentatorów i recenzentów, a kto wie, może z czasem nawet na korespondentów wojennych.

Mirosław Usidus

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl