Wszystkich Świętych, a potem Zaduszki – dwa dni dla tych, którzy odeszli. W naszym Stowarzyszeniu pożegnań ostatecznych jest bardzo dużo. Podczas  Zjazdu Dziennikarzy w listopadzie 2017 roku, prezes Krzysztof Skowroński odczytał listę nazwisk koleżanek i kolegów, których już nie ma. Lista bardzo długa, a była tylko z lat 2011-2017.  Odeszli – nie na zawsze, nie całkiem. Zatrzymamy ich, dopóki będzie pamięć o nich. Dopóki będziemy wspominać.

   Był z nami Maciej Łukasiewicz. „Pochowany został 23 sierpnia 2005 r. na Starych Powązkach. Niedaleko od IV bramy. Od bramy św. Honoraty też blisko. Skręcamy w prawo, mijamy grób Hanki Bielickiej, jej pięknej fotografii nagrobnej nie sposób nie zauważyć, i dochodzimy do kwatery R 66, grób Macieja jest przy alejce, a przy nim ławeczka, na której przesiadywać bardzo lubili Maciek i Darek Fikus. Stoi ta ławeczka przed grobem na Powązkach – dla przyjaciół”.

   Dla nas. Maciej Łukasiewicz był członkiem SDP od 1973 roku. Działał w Radach Stowarzyszenia. Oficjalnie i w podziemiu. Był pierwszym prezesem Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich po zalegalizowaniu SDP w roku 1989. W stanie wojennym działał w podziemnych strukturach SDP. Wspierał niezweryfikowanych kolegów, zatrudniając ich w kierowanej przez siebie spółdzielni dziennikarskiej Omnipress.

   Wiceprezes Zarządu Głównego. Członek Rady Etyki Mediów. Otrzymał pierwszy Laur SDP-u: „za przyzwoitość, profesjonalizm, pojmowanie dziennikarstwa jako służby publicznej”. W czasie gdy wstępował do SDP pracował w prasie Stronnictwa Demokratycznego. W 1976 roku został w „Kurierze Polskim” zastępcą sekretarza redakcji, a w 1980 i 1981 roku szefem wydania niedzielnego – rozchwytywanego. Łukasiewicz zaczynał wtedy błyszczeć w polskim dziennikarstwie. Jego beniaminek, niedzielne wydanie „Kuriera Polskiego”, zauważone zostało przez czytelników, oczekujących wiarygodnych informacji, cenione za komentarze, wywiady, lubiane za humor, modę i porady praktyczne. Wielu czytelników „Kuriera Polskiego” stało się nimi, bo mogli przeczytać Łukasiewicza, chcieli go czytać, czyhali na dostawę gazety, pożyczali innym i od innych.

   Po 13 grudnia 1981 r. współpracownik pism podziemnych, m.in. „Woli” i twórca jednego z najważniejszych pism i wydawnictw podziemnych drugiej połowy lat 80. ub. w., Wydawnictwa i Wolnego Pisma „MOST”. Członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa. „To był  Człowiek, z dystansem wobec siebie, z poczuciem honoru, życzliwy i przyjazny ludziom, pogodny, „dusza towarzystwa”, jednocześnie prawy i odważny, wrażliwy na wszelkie przejawy niesprawiedliwości i ludzkiej krzywdy. Reagował na nie – śledząc życie publiczne – do swych ostatnich dni” - tak pisali o nim współpracownicy.

   Niezależny publicysta wielkiego formatu. Autorytet moralny. Wzór dziennikarskiego zaangażowania. Zawsze w służbie publicznej. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich ustanowiło coroczną Nagrodę im. Macieja Łukasiewicza – za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury.

A teraz od siebie:

   Jestem autorką książki o Macieju Łukasiewiczu „Zawód i powołanie” wydanej przez SDP w 2010 roku. Z tej okazji pytał mnie o książkę i Macieja Łukasiewicza w „Rozmowie dnia” Marek Palczewski. Zacytuję fragment tej rozmowy. Odkryłam Łukasiewicza jako doskonałego organizatora, człowieka od konkretów, realistę, a jednocześnie człowieka, który dba niezwykle o język, o literaturę z górnej półki i rozwój intelektualny. Chociaż przestał pisać wiersze, pozostał poetą.

Czy to były te cechy, które decydowały, ze Łukasiewicz był traktowany jako autorytet, że cieszył się taką charyzmą?

Tak, ale jeszcze na tę charyzmę składał się jego stosunek do ludzi. Potrafił ich nagradzać i uhonorować. Jeśli nie było pieniędzy, to było przynajmniej dobre słowo dla najlepszych dziennikarzy za redakcyjne teksty. Poza tym pomagał ludziom w sprawach zawodowych i życiowych, w zwykłych ludzkich sprawach. Miał dobroć w sobie. Przyznam, że nie odczuwałam jakiejś spiżowej posągowości jego postaci. Raczej cały czas miałam wrażenie, że mam do czynienia z kimś żywym, ciepłym, bo tak był przedstawiany w relacjach rodziny, przyjaciół i znajomych.  Dla wielu polskich dziennikarzy był nie tylko mistrzem i nauczycielem zawodu, ale i przyjacielem.

Takiego Macieja Łukasiewicza zresztą zapamiętałam. To był po prostu serdeczny, miły człowiek, a jego dokonania były jakby niewidoczne w zetknięciu z nim. Nie odczuwało się tego, że ma takie duże zasługi i jest kimś bardzo znaczącym.

Jeśli chodzi dziennikarski testament Łukasiewicza, to można spojrzeć na to z podwójnej perspektywy: krótszej i dłuższej. W krótkiej perspektywie, to jak wydaje mi się, niewiele z tego testamentu zostało. Nie dba się o autorytety. Dziś mamy inne media, wszedł Internet, mamy inny sposób pisania, są tabloidy, itd. Co się w końcu z tego wykluje, nie wiadomo. Mam nadzieję, że kiedyś nastąpi zwrot do wartości, które uznawał i praktykował Łukasiewicz, do przyzwoitości, do otwartości na odmienność poglądów i przedstawiania swoich racji różnym opcjom, wreszcie do większej dbałości o język przekazu i kulturę obyczajów wśród dziennikarzy, szacunek dla autorytetów i tradycji. Myślę, że te wartości będą w przyszłości ważne. Testament nie musi być przecież realizowany natychmiast.

I jeszcze kilka słów od córki Małgosi:

Mam wrażenie, że zapytałam go o wszystko, co chciałam wiedzieć. Zapytałam, czego żałował. „No wiesz, jakieś błędy popełniałem, różnie bywało, ale w zasadzie ja byłem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Miałem aksamitne życie. Miałem wspaniałą rodzinę, przyjaciół i pracę, która była moją pasją. W moim zawodzie, w moim kraju, osiągnąłem wszystko. Więcej nie mogłem. Odchodzę jako człowiek spełniony.

Elżbieta Binder

 (Na podstawie rozmów, wspomnień i nekrologów oraz książki mojego autorstwa „Zawód i powołanie – o Macieju Łukasiewiczu” wydawca  Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, 2010)

Grób Macieja Łukasiewicza na Powązkach. Fot. Wikipedia

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl