Zanim kilka lat temu zaczęłam pracować w Studiu Reportażu i Dokumentu, w jednym z programów Polskiego Radia prowadziłam różne audycje. Już wtedy mogłam decydować o doborze tematów i gości, rozmawiać z nimi o tym, co mnie interesowało. Dla młodej dziennikarki – szczyt marzeń. A jednak miałam poczucie pewnego męczącego niedosytu.

Goście przychodzili i  w 10-15 minutowej rozmowie opowiadali o jakimś wycinku rzeczywistości. A potem wychodzili ze studia radiowego i zostawiali mnie, a zapewne także wielu słuchaczy, z kolejnymi pytaniami. Zdawało mi się, że te krótkie rozmowy nie pozwalają mi w pełni poznać i zrozumieć świata moich rozmówców. Z radością więc przyjęłam propozycję, którą dostałam wtedy ze Studia Reportażu i Dokumentu, aby dołączyć do zespołu reportażystów i zacząć pracować nad dłuższymi formami.

Trudne początki

Chociaż reportaże zdarzało mi się robić już wcześniej, szybko okazało się, że tak naprawdę niewiele umiem. Wcześniej przez kilka lat pracowałam jako reporterka. Umiałam nagrywać i montować. Pracowałam szybko – często na przygotowanie materiału mieliśmy zaledwie kilka-kilkanaście godzin. W tym czasie trzeba było wymyślić temat, przygotować się do nagrań, znaleźć rozmówców, odwiedzić kilka miejsc w Warszawie i okolicach, nagrać rozmowy, zmontować kilkuminutowy materiał. Po paru latach takiej pracy wydawało mi się, że jestem szybka i skuteczna. Okazało się, że chociaż sprawność i dobra organizacja zawsze się przydają, przyzwyczajenie do pospiesznego trybu pracy może być przeszkodą.

Początkowo robiłam reportaże, których dziś nawet nie nazwałabym tym mianem. Szybkie, przegadane, byle jakie. Rozciągnięte w czasie materiały reporterskie, w których zamieszczałam po prostu to, co wydawało mi się najciekawsze i najważniejsze. Na szczęście Studio Reportażu to wyjątkowa redakcja, w której początkujący pracownik nie jest tylko trybikiem w maszynie, ale przede wszystkim człowiekiem, któremu inni poświęcają czas, szczerze próbując go czegoś nauczyć. Moje radiowe mentorki, Irena Piłatowska i Hanna Bogoryja-Zakrzewska cierpliwie powtarzały: „nie śpiesz się”. Przekonywały, że reportaż musi być przemyślany, oddziaływać za pomocą obrazów i emocji, mieć swoją dramaturgię. Do znudzenia poprawiałam swoje reportaże. Starałam się też dużo słuchać, czytać i oglądać – nie tylko audycje innych radiowców, ale też filmy dokumentalne czy książki reporterskie. Analizowałam, jak reportażyści opowiadają historie, jakie tematy ich interesują, jak przedstawiają losy swoich bohaterów, jak używają muzyki, metafory, itd. Jednocześnie sztuka tworzenia reportaży radiowych coraz bardziej mnie pociągała.

Reportaż – czyli co?

Chociaż ten proces nauki jeszcze się dla mnie nie zakończył (i mam nadzieję, że ciągle będzie trwał), to dziś, kiedy opowiadam o tym, czym jest reportaż, przychodzą mi do głowy dwie zwięzłe i eleganckie definicje.

Janusz Roszko, reporter który publikował przede wszystkim w prasie lat 60., powiedział kiedyś: „reportaż to dramaturgia faktów”. Dramaturgia – czyli sposób opowiadania jakiejś historii, napięcie w przebiegu wydarzeń. Jako reportażyści poznajemy najróżniejsze ludzkie historie, które jak to w życiu – łączą się z innymi, sięgają daleko w przeszłość i rzadko kiedy kończą się wyraźnym cięciem. To my, jako autorzy reportażu, musimy zdecydować, jaki wycinek rzeczywistości naszego bohatera pokazujemy i dlaczego, a jednocześnie dbać o rzetelność przekazu, tak aby nasz wybór nie okazał się przeinaczeniem, wypaczeniem faktów. To my musimy zobaczyć w otaczającej nas, płynącej wartko rzeczywistości, historię. Zdecydować, gdzie jest jej początek i koniec. Nadać strumieniowi zdarzeń strukturę.

Druga definicja urzeka mnie swoją trafnością i bezpretensjonalnością. Mariusz Szczygieł powtarza często: „reportaż jest o tym, o czym jest i o czymś jeszcze”. To dlatego, jako reportażyści, szukamy w ludzkich historiach drugiego dna, uniwersalnych prawd o świecie, metafor. Reportaż, który coś takiego pokaże, nie zestarzeje się. Nawet po latach, chociaż zmieniają się techniki nagrywania i montowania, taki reportaż poruszy, zostawi w odbiorcy ślad, skłoni do refleksji.

W radiu przecież nie widać

Po niecałych dwóch latach pracy w Studiu Reportażu zakwalifikowałam się do międzynarodowego programu mentorskiego dla młodych twórców radiowych. Edwin Brys, słynny belgijki reportażysta, mówił wtedy mnie i dwóm pozostałym uczestnikom: „musicie być pewni, o czym jest wasz reportaż i musicie umieć to określić jednym słowem. O miłości, o stracie, o władzy, o tęsknocie… Jeżeli na pytanie o temat reportażu zaczynacie się plątać i streszczać historię bohaterów – to znaczy, że sami nie wiecie, o czym chcecie mówić”.

W ramach tego programu moim bezpośrednim mentorem został brytyjski dziennikarz Simon Elmes – przez wiele lat związany z BBC, dziś pracuje jako wykładowca na uczelni. Simon zna i lubi polską kulturę. Oglądał większość filmów Andrzeja Wajdy, uwielbia piosenki Ewy Demarczyk. Zna i szanuje tradycję polskiego reportażu radiowego, ale umie też wskazać jego słabe strony. Pod jego opieką przez prawie rok robiłam reportaż o Ukrainkach pracujących w Polsce. Nagrywałam i montowałam w Polsce, po czym przygotowywałam skrypt dla Simona z tłumaczeniem na angielski i przesyłałam jemu. Simon jako mentor mało rzeczy mi nakazywał lub zlecał, za to zadawał mnóstwo pytań. Musiałam umieć wytłumaczyć, dlaczego wybrałam tę konkretną bohaterkę? Dlaczego zamieściłam akurat te fragmenty jej wypowiedzi? Dlaczego zrezygnowałam z pewnych nagrań, na przykład z pracodawcami mojej bohaterki? To nauczyło mnie pewności i świadomości przy podejmowaniu decyzji.

Simon dbał jednak także o odpowiednie tempo, w jakim historia ma być opowiadana. W polskiej tradycji dopuszcza się dosyć długie fragmenty opowieści jednego bohatera. W zachodniej tradycji jest to rzadko spotykane. Częściej słychać narratora, muzykę, efekty dźwiękowe, sceny. Simon namawiał mnie, abym opowieść, która wydawała się spójna, łatwa do przekazania „jednym ciągiem”, podzielić na kilka części. Dawkować napięcie. Smutne fragmenty opowieści połączyć z nagraniami, w których nastrój się zmienia, słychać śmiech lub żarty, tak aby poprzez kontrast wzbudzić na nowo gasnące zainteresowanie odbiorcy. I przede wszystkim – jak najmniej mówić, jak najwięcej pokazywać.

Czasem, kiedy spotykam się z bohaterami reportaży, proszę ich, aby pokazali mi różne rzeczy. Poczynając od zdjęć i rodzinnych pamiątek, przez tatuaże, które zrobili sobie w ważnych momentach życia, po miejsca dla nich znaczące. Staram się uczestniczyć w sytuacjach dla nich istotnych. Czasami ludzie, których nagrywam, dziwią się, po co to wszystko? Przecież w radiu i tak nie widać?

Otóż widać, a to za sprawą wyobraźni. Dobry reportaż pobudza emocje i daje pożywkę wyobraźni, kreuje obrazy w głowach odbiorców. Głos naszego bohatera to nie tylko słowa, które wypowiada. To także jego intonacja, chwile zawahania, śmiech, płacz. Reportaż to nie tylko opowieści, to także dźwięk, muzyka, zróżnicowanie planów.

W reportażu o Ukrainkach pojawił się wątek wykorzystywania kobiet, które tu przyjeżdżają, przez nieuczciwych pracodawców oraz polskich i ukraińskich pośredników. Opowiadała mi o tym moja bohaterka, pani Lesia oraz pracowniczka organizacji La Strada. Pewnego dnia umówiłam się na nagrania z moja bohaterką na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Dla niej to ważne miejsce – stąd przez wiele lat przekazywała paczki do domu, kiedy nie mogła wrócić na Ukrainę (przez pewien czas przebywała w Polsce nielegalnie). Traf chciał, że spotkałyśmy kierowcę, który był pośrednikiem pomiędzy panią Lesią a jej dziećmi na Ukrainie, co wyzwoliło wspomnienia i emocje ich obojga. Potem pani Lesia przekonywała mnie, że ona od razu widzi, kto jest z Polski, kto z Ukrainy. Dla mnie wcale nie było to oczywiste. Postanowiła mi udowodnić, że trafia bez pudła. Podeszła do przypadkowych kobiet, które rzeczywiście okazały się być Ukrainkami. Obie przyjechały do Polski z nadzieją na znalezienie tu pracy. Nie mówiły po polsku. Polegały na pomocy ukraińskich pośredników, którym zapłaciły prawie sto dolarów za pomoc w zorganizowaniu transportu i znalezieniu pracy. Pośrednicy oszukali je, pracy w Polsce nie było. Zrozpaczone kobiety uznały, że za ostatnie pieniądze muszą wrócić do swojego kraju. Spotkałyśmy je tuż przed wyjazdem, a spontaniczna rozmowa pomiędzy nimi a panią Lesią i mną stała się jednym z najważniejszych punktów reportażu, znacznie ważniejszym niż suche fakty podawane podczas poprzednich nagrań.

Śpiesz się powoli

Po latach wreszcie nauczyłam się też, że pośpiech w reportażu nie popłaca. Owszem, zdarzają się tematy nagrywane krótko i szybko, ale te najważniejsze powstają powoli. Prawie trzy lata temu poznałam kobietę, która postanowiła zdobyć Koronę Ziemi – najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Nagrałam o niej krótki reportaż. Skupiłam się na tym, jak Miłka łączyła pracę i życie rodzinne z wielkim marzeniem (do skompletowania Korony zostało jej wtedy jeszcze kilka szczytów, a nie jest profesjonalnym sportowcem).

Z Miłką nie straciłyśmy kontaktu po nagraniach. Obserwowałyśmy swoje poczynania dzięki mediom społecznościowym. Po jakimś czasie zobaczyłam, że wybiera się na Antarktydę. Ja dorzuciłam jej drobną kwotę do zbiórki, którą organizowała na wyprawę, ona odwdzięczyła mi się pięknym zdjęciem zrobionym ze szczytu Mount Vinson – przedostatnim w Koronie Ziemi. Co pewien czas spotykałyśmy się na kolejne nagrania. Zarejestrowałam to, jak Miłka we własnym mieszkaniu ćwiczy formę przed wejściem na Mount Everest, jej wylot z lotniska do Katmandu, żeby wejść na najwyższą górę świata. Poznałam bliskie jej osoby. Polubiłyśmy się. Miłka u podnóża Everestu nagrywała krótkie filmiki, które zgodziła mi się udostępnić. Dzięki temu w reportażu, który powstał po ponad dwóch latach spotkań i rozmów, znalazło się nawet nagranie ze szczytu Everestu. Reportaż „Korona” spodobał się na tyle, że jako jedna z dwóch polskich audycji reprezentował Polskę w międzynarodowym konkursie Premios Ondas w Barcelonie. Jego siła polegała między innymi na tym, że zawierał nie tylko opowieści nagrane post factum, ale też emocje rejestrowane na bieżąco, w ciągu dwóch lat żmudnych przygotowań Miłki do realizacji jej marzenia.

Ginący gatunek?

Co pewien czas zdarza mi się słyszeć, że reportaż radiowy to ginący gatunek. Trudno mi się z tym zgodzić. Owszem, reportaż istnieje już prawie wyłącznie w Polskim Radiu, większość komercyjnych rozgłośni zrezygnowała z niego. Jego przygotowanie jest żmudne, trudne i pracochłonne, czasami kosztowne. Odbiorca musi mieć czas, aby go wysłuchać.

A jednak ciągle zdarza nam się odbierać telefony czy wiadomości o podobnej treści: „słuchałem tego reportażu w samochodzie. Dojechałem na miejsce, ale nie wysiadłem, chciałem wiedzieć, jak skończy się ta historia”. Na międzynarodowych konferencjach i festiwalach pojawiają się ciągle nowe twarze młodych ludzi, którzy chcą się uczyć, jak robić reportaże radiowe, chcą ich słuchać. Od lat popularnością cieszą się audiobooki. Może więc sztuka opowiadania historii za pomocą słów i dźwięku nie zginie?

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl