Choć zawarte przez polski rząd porozumienie z Facebookiem to krok w dobrym kierunku, to jednak wciąż nasi użytkownicy tego serwisu nie będą cieszyć się takim poziomem wolności, jaki gwarantuje polskie prawo. Liczymy na więcej.

Ministerstwo Cyfryzacji podpisało kilka dni temu z przedstawicielami Facebooka umowę otwierającą drogę polskim użytkownikom tej społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu. Według przedstawicieli resortu, Polska jest pierwszym krajem, w którym coś takiego będzie możliwe.

Na to, aby orzekać, czy umowa ta przyniesie jakieś istotne zmiany w cenzorskiej działalności Facebooka, jest jeszcze za wcześnie. Jakoś nie jestem skłonny dać się porwać optymizmowi w tej sprawie. Bo choć ma zostać utworzony „punkt kontaktowy” jako dodatkowa, po znanych z Fejsa mechanizmach odwoławczych, instancja, to jednak zapowiedź, że decyzje i tak będą podejmowane w oparciu „o standardy społeczności Facebooka”, nie brzmi zbyt zachęcająco.

Platforma Marka Zuckerberga nie słynie bowiem z wysokiej jakości „standardów”. Po wydarzeniach ostatnich kilku miesięcy, skandalach dotyczących danych użytkowników, aferze Carmbridge Analytica, można by powiedzieć, że Facebooka kojarzy się z czymś całkiem przeciwnym niż „standardy”.

Nie standardy, ale polskie prawo – nie „administracja serwisu”, lecz sąd

Porozumienie z Facebookiem należy chyba rozumieć jako rodzaj kompromisu. Pamiętamy przecież, że ponad rok temu ówczesna minister cyfryzacji Anna Streżyńska zapowiadała zdecydowaną walkę przestrzeganie przez platformę przepisów polskiego prawa (a nie jedynie swoich „standardów”). Tamte bojowe zapowiedzi mówiły o zakazaniu Facebookowi samowolnego blokowania kont użytkowników i usuwania zamieszczanych tam treści.

Minister cyfryzacji chciała, aby Facebook podlegał przede wszystkim polskiemu prawu. Pamiętacie państwo, kto, według tamtych pomysłów, miałby rozstrzygać spor na temat danego konta, artykułu czy też zdjęcia? Miały być to sądy pracujące całą dobę i decydujące m. in. o tym co jest hejtem i fake newsem.  Ministerstwo Sprawiedliwości było „za”.

Jak pamiętamy, projekty resortu cyfryzacji pojawiły się jako odpowiedź na falę krytyki administracji Facebooka, która banowała i usuwała treści prawicowych organizacji i ich przedstawicieli, pomimo, że zarówno ruchy te są w Polsce legalne, jak i treści nie były niezgodne z obowiązującym prawem. Ostro krytykował serwis społecznościowy m. in. Krzysztof Bosak, wiceprezes Ruchu Narodowego, który decyzję Facebooka o usuwaniu wszystkich treści promujących Obóz Narodowo-Radykalny (ONR) oraz Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) oceniał jako „metody bezprawne i cenzurę nie mającą podstaw w polskim porządku prawnym.” Jak dodawał, „Facebook łamie polskie prawo, m.in. przepisy konstytucyjne, gdzie mamy zapisaną swobodę rozpowszechniania informacji.”

Można by na to odpowiedzieć, że Facebook jest prywatnym, a nie publicznym serwisem i zasadniczo na wolnym rynku może sobie ustanawiać takie zasady moderacji treści i polityki wobec użytkowników, jakie tylko chce, zaś zgoda na dodatkową instancję odwoławczą tworzoną przez NASK (Naukowo Akademicka Sieć Komputerowa) to tylko gest dobrej woli wobec państwa polskiego. Jednak, ponieważ w demokracjach istnieje coś takiego jak bardziej ogólne zasady wolności informacji, debaty i wymiany, nie możemy odpuścić serwisowi Zuckerberga.

Zwłaszcza, że w Stanach Zjednoczonych, demokracji starej i utrwalonej, coraz dobitniej wymaga się od serwisów społecznościowych poszanowania wolności informacji i powstrzymania się w ingerowania swobodną debatę publiczną. Z całkiem podobną krytyką do tej, jaką w Polsce wysuwali wobec Facebooka narodowcy, w USA spotkał się niedawno Twitter. Oskarżono go o tzw. „shadowbanning”, czyli sztuczne ograniczanie i blokowanie zasięgów polityków o konserwatywnych i prawicowych poglądach. Tak jak wcześniej szef Facebooka w sprawie wycieku danych użytkowników, prezes Twittera Jack Dorsey zeznawał w amerykańskim Kongresie, tłumacząc się z tych praktyk.

Teraz komisja Kongresu, który nadzoruje amerykański przemysł telekomunikacyjny, analizuje jego zeznania, gdyż pojawiły się poważne podejrzenia, że Dorsey okłamał Kongres zeznając pod przysięgą. Amerykańscy parlamentarzyści mają własne informacje o działalności administracji Twittera, które są sprzeczne z zapewnieniami szefa platformy, że „absolutnie nie dyskryminuje ona ludzi o konserwatywnych poglądach.”

Przedstawiciele amerykańskich władz żądają więc wprost od Twittera, Facebooka i innych serwisów społecznościowych, aby nie dyskryminowały ludzi za poglądy. A standardy, które sobie Zuckerberg i Dorsey u siebie ustanowili, niewiele ich obchodzą. Można więc powiedzieć, że idą w tym samym kierunku, co pierwotne koncepcje minister Streżyńskiej, a „punkt kontaktowy”  ze „standardami Facebooka” zamiast przepisów prawa ich nie zadowoli.

Pomagaliśmy Obamie, pomagaliśmy Trumpowi

To nie są obecnie jedyne chmury, jakie zbierają się nad społecznościówkami. Od dawna zarzuca im się słabą aktywność w tropieniu i zwalczaniu przedstawicieli radykalnych ugrupowań islamskich oraz rosyjskich agentów, którzy jak ustalono nie tylko włamywali się do systemów np. Partii Demokratycznej, ale pozyskane w ten sposób dokumenty, swobodnie publikowali zarówno na Fejsie jak i na Twitterze.

„Facebookowi nie można ufać, gdy zapewnia, że dokona samoregulacji”, napisał niedawno członek Izby Reprezentantów USA, David Cicilline. Nawiązywał do relacji ok. 50 osób, które zeznając przed jedną z podkomisji, powtarzały, że przedstawiciele kadry kierowniczej platformy, w tym Sheryl Sandberg i Mark Zuckerberg systematycznie ignorowali i bagatelizowali aktywność rosyjskiej agentury wpływu na platformie, opóźniają podobno nawet publikację wyników wewnątrzfirmowego śledztwa.

Podobno Zuckerbeg nie chciał drażnić polityków konserwatywnych, gdyż doniesienia o rosyjskich hakerach dotyczą Demokratów. Nie wiadomo jednak, czy takie doniesienia nie są swoistą strategią public relations, która ma wykazać, że Facebook, krytykowany, jak pisaliśmy, także przez prawicę, zachowuje równą odległość od obu stron sceny politycznej.

Ostrzał serwisów społecznościowych trwa od czasu amerykańskich wyborów prezydenckich w 2016 r. I strzelają równo wszyscy, od Trumpa – po Sorosa. Strzelają różną amunicją i w różne miejsca, bo wiele nagromadziło się pretensji i kontrowersji związanych z ich działalnością. W dodatku podejmowane przez Facebooka próby zaradzenia problemom spotykają się z nowymi falami krytyki. „Sprawy zaszły tak daleko, że interwencja państwa wydaje się być w oczywistym interesie użytkowników. Przykłady inwazji na nich, ich życie i prywatność mnożą się w szybkim tempie. Facebook skanuje zdjęcia i adresy wysyłane za pomocą komunikatora Messenger” - grzmiała w kwietniu agencja Bloomberg. Chodziło o wprowadzone przez Facebooka zmiany, których celem jest czuwanie nad przestrzeganiem przez użytkowników regulaminu. Jednak użytkownicy zareagowali negatywnie, chyba słusznie uważając, iż jeśli to nie jest „permanentna inwigilacja”, to co nią jest.

Rozgłaszana jako mega-afera, sprawa udostępnienia danych użytkowników firmie pracującej na rzecz kampanii Donalda Trumpa akurat wcale nie była czymś szczególnie nowym, ani też aż tak skandalicznym – jeśli znamy kontekst. A ten jest taki, że już od dawna wiadomo było o tym, że komercyjni partnerzy Facebooka mają dostęp do prywatnych danych. Wiadomo, że Facebook pomagał w kampanii także Barackowi Obamie, także wykorzystując dane użytkowników.

Jednak prawdopodobnie dlatego, że chodziło o kampanię Trumpa, zrobiono tym razem z tego wielkie halo. Kryzys, w jakim znalazł się Facebook po ujawnieniu w marcu br., że serwis przekazał firmie Cambridge Analytica informacje o 50 mln użytkowników (potem okazało się, że nawet ponad 87 mln), które zostały wykorzystane do celów politycznych, był medialnym wydarzeniem pierwszej klasy. Wkrótce po tym padły oskarżenia o gromadzenie bez wiedzy internautów danych o ich rozmowach telefonicznych i SMS-ach i doniesienia o podejrzanych praktykach Facebooka związanych z treściami wideo.

Po wybuchu skandalu wartość akcji Facebooka spadła w ciągu nieco ponad tygodnia o 73 mld dol. (o 13,5 proc.) To tyle, ile wynosiła wartość całej firmy w 2012 roku, gdy debiutowała na Wall Street. Federalna Komisja Handlu  ogłosiła, że prowadzi śledztwo w sprawie praktyk Facebooka dotyczących prywatności.  Jednak komisja ta w rzeczywistości interesuje się Facebookiem od lat.

Pokłosie „afery Cambridge Analytica” to nie pierwszy przypadek, gdy platforma znalazła się na celowniku władz. Kilka lat temu pojawiły się opinie, że Facebook zostanie zakazany na terenie Unii Europejskiej? Chodziło o oskarżenie, iż serwis łamie unijne wymogi dotyczące wyraźniej zgody użytkownika serwisu internetowego na śledzenie i stosowanie tzw. ciasteczek (cookies). Według raportu przygotowanego wtedy na zamówienie belgijskiej Komisji ds. Prywatności, Facebook analizuje aktywność wszystkich swoich użytkowników, także tych, którzy wylogowali się z serwisu lub nawet zlikwidowali na nim konto. Niezależne od siebie grupy badaczy z Katolickiego Uniwersytetu Leuven i Uniwersytetu Vrije w Brukseli twierdziły, że dzieje się to dzięki ciasteczkom zainstalowanym na komputerach użytkowników, które łączą się wtyczkami serwisu społecznościowego. Przedstawiciele Facebooka wystosowali wówczas oficjalne stanowisko, w którym raport naukowców oceniany jest jako „niezgodny z faktami” oraz podkreślający, że autorzy badań nie kontaktowali się z serwisem, aby wyjaśnić kwestie opisywane w raporcie. Niezależnie od tych dochodzeń praktykami Facebooka dotyczącymi ciasteczek interesowali się również prawodawcy w USA, m. in. Senator Jay Rockefeller.

Szansa na wolność na Facebooku

Popularność od dłuższego czasu zdobywa hasło - „Czas usunąć Facebooka!” Coraz więcej ludzi opuszcza najpopularniejszą platformę. Od paru lata wiadomo i nie ma to związku z Cambridge Analytica, iż z Facebooka ewakuują się najmłodsi użytkownicy, szukając innych miejsc w Internecie.  Warto pamiętać, że nawet ci, którzy chcą całkowicie odciąć się od giganta, musieliby również zrezygnować z aplikacji, które znajdują się w posiadaniu Facebooka. Należą do nich m. In. WhatsApp i Instagram, czyli jedne z głównych miejsc, do których ewakuują się młodsi. Alternatywy nie są tak fajne i funkcjonalne, więc sukces ruchu bojkotu Facebooka stoi jednak pod znakiem zapytania.

Jeśli nie zwykli użytkownicy, to do skóry platformie Zuckerberga prawdopodobnie już wkrótce dobiorą się politycy. Tweet kongresmana Cicilline to sygnał, że legislatorzy amerykańscy zwietrzyli już „niebieską krew”. A ponieważ zarówno lewica jak i prawica mają swoje żale i pretensje do serwisu, który okazał się bardzo ważny w wyborczych bojach, to zapewne ani Facebook, ani Twitter, ani inne społecznościówki nie unikną „regulacji”.

Doświadczenie uczy, że modele i rozwiązania dotyczące internetu wprowadzone w USA, naśladowane są następnie przez resztę świata. Być może z czasem i my doprowadzimy do tego, że ów „punkt kontaktowy” zacznie się opierać na przepisach polskiego prawa, a nie na „standardach” Facebooka. I w tym sensie można uznać najnowsze porozumienie Ministerstwa Cyfryzacji z błękitnym serwisem za obiecujący pierwszy krok.

Muszę przy tym zaznaczyć, że wprowadzenie standardów polskiego prawa do postępowania Facebooka rozumiem jak najbardziej pozytywnie - jako zwiększenie poziomu swobód w tym serwisie. Porządek prawny Rzeczypospolitej Polskiej jest bowiem obszarem nieporównywalnie większej wolności, w tym także wolności słowa, niż regulaminy i „standardy” ustanowione przez Marka Zuckerberga dla facebookowiczów.

Mirosław Usidus

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl