2018 rok był dla mediów rokiem tragicznym i to nie w przenośnym, lecz jak najbardziej dosłownie bolesnym sensie. Zginęło bowiem rekordowo wielu dziennikarzy i pracowników środków przekazu.

   Pod innymi względami też trudno ten rok określić jako radosny dla naszej branży, choć była to raczej kontynuacja tendencji i zjawisk znanych od lat, polegających w skrócie na oddawaniu pola i spychaniu tradycyjnych środków przekazu, zwłaszcza prasy, na margines. Owszem pojawiają się jaskółki nadziei na przyszłość, zwłaszcza w obszarze technologii. Jednak, moim zdaniem, mają słabe szanse, aby zaradzić kryzysowi, zwłaszcza jeśli tylko przedstawiciele sektora mediów będą o tym decydować.

Krwawa zemsta na dziennikarzach

   Według Komitetu Ochrony Dziennikarzy (Committee to Protect Journalists). liczba dziennikarzy, którzy zostali zabici z powodu wykonywania swojej pracy  wzrosła prawie dwukrotnie w 2018 r. w porównaniu z rokiem poprzednim. Do połowy grudnia zginęło 53 dziennikarzy, wielu jako ofiary „mordów w odwecie” - od Jamala Khashoggi w Stambule przez Słowację i Bułgarię po Stany Zjednoczone, gdzie w czerwcu zastrzelono czterech pracowników Capitol Gazette w Annapolis.

   Według innego raportu, na całym świecie w 2018 r. zabitych zostało siedemdziesięciu ośmiu dziennikarzy a 326 uwięzionych. Ponad połowa z przedstawicieli środków przekazu przebywających za kratami była przetrzymywana w Turcji, Chinach i Egipcie, często pod zarzutem działalności antypaństwowej. „Cena walki o prawo do wolności wypowiedzi i informacji stała się niezwykle wysoka”, komentował na łamach brytyjskiego „Guardiana” Thomas Hughes, dyrektor wykonawczy organizacji Article 19, która przygotowała ten drugi raport. Autorzy oskarżają polityków, m. in. prezydenta Donalda Trumpa, o sianie wrogości wobec mediów. „Ta wroga retoryka ma realne skutki – mordy zdarzają się w okolicznościach, w których media są demonizowane i atakowane, także przez urzędników państwowych”, pisze organizacja.

   Raport nie jest neutralny politycznie, gdyż skupia się na politykach nazywanych prawicowymi. Tymczasem wiemy, że wcześniej, np. na Malcie, oskarżano o udział w zabójstwie dziennikarki także socjalistów.

   Najbardziej w Europie głośne przypadki w mijającym roku wydarzyły się w Bułgarii, gdzie jesienią zgwałcono i zabito reporterkę telewizyjną Wiktorię Marinovą; na Słowacji, gdzie kilka miesięcy wcześniej zginął dziennikarz śledczy Ján Kuciak; w Rosji, gdzie kolejno ginęli dziennikarze Maksim Borodin w Jekaterinburgu, Denis Suworow i Sergiej Graczow w Niżnym Nowgorodzie, a potem w Tatarstanie Jegor Orłow. Pod koniec roku uwaga środków przekazu skupiła się, jak wiadomo, na Jamalu Khashoggim, który został zabity przez saudyjskie siły bezpieczeństwa w Stambule w październiku.

Jeśli twoja matka mówi, że cię kocha, sprawdź to

   Jak wspominałem, kończący się rok był rokiem kontynuacji wielu negatywnych zjawisk. We wszystkich podsumowaniach honorowe miejsca w tej dziedzinie zajmują tzw. fake newsy, fałszywe lub zmanipulowane informacje. Są obecnie w Internecie tak powszechne i w pewnym sensie „znormalizowane”, że uwagę publiczną zajmują bardziej te przypadki, w których wpadki z fałszerstwami zdarzają się mediom głównego nurtu.

   Ich przedstawiciele lubią i chcą całe zło fake newsów widzieć w „Internecie”. W sieci rzeczywiście sporo jest fałszywek i manipulacji. Jednak gdy są sygnowane przez pojedynczych, często anonimowych, użytkowników i rozmaite mało rozpoznawalne źródła, ogromna większość internautów łatwo wyczuwa, że należy je traktować z rezerwą. Od marek medialnych oczekuje się informacji prawdziwych i wiarygodnych.

   W tym kontekście historia Claasa Relotiusa, wielokrotnie nagradzanego dziennikarza „Der Spiegel”, który od lat w swoich materiałach fałszował wszystko, od cytatów po szczegóły geograficzne, to katastrofa. Analitycy ostrzegają, że teraz, za każdym razem, gdy „poważne” media zaczną pouczać internautów, będzie można przypomnieć niemieckiego reportera i jego fantasmagoryczne reportaże z Syrii czy z amerykańskiego Fergus Falls, których faktografii redakcja nie weryfikowała, choć wystarczyłyby do tego: Wikipedia, Google Maps i Street View. Każdy w miarę rozgarnięty nastolatek to wie.

   Mimo doświadczeń związanych z podobnymi fabrykantami jak np. Stephen Glass w latach 90-tych i różne złote zasady redakcyjnej weryfikacji faktów („Jeśli twoja matka mówi, że cię kocha, sprawdź to”), niemiecki magazyn gładko publikował wytwory wyobraźni Relotiusa. Gdy afera wybuchła redakcja „Der Spiegel” przyznała w oświadczeniu, że konfabulującego dziennikarza bardziej interesowało mówienie czytelnikom tego, co chcieliby usłyszeć, niż niewygodne prawdy. Dziennikarz pisał „słuszne” politycznie teksty. Więc szły do publikacji.

Dziennikarz z plemienia

   Sprawa Claasa Relotiusa dociera do innego problemu, który w 2018 był jednym z większych dla mediów i dziennikarstwa, a zdaniem Thomasa Hanitzscha, dziennikarza i badacza mediów na Uniwersytecie Ludwiga-Maximiliana w Monachium, będzie w kolejnym roku narastał. Niemiec napisał w grudniu, w serwisie NiemanLab artykuł, w którym prognozuje, iż w 2019 r. zobaczymy jeszcze więcej (niż dotychczas, jak należy rozumieć), tzw. „dziennikarstwa plemiennego”.

   Według formułowanej przez niego definicji „dziennikarstwo plemienne” zwraca się nie do społeczeństwa jako ogółu, ale głównie do „swoich”, odbiorców, członków grupy o określonych, wspólnie podzielanych poglądach, wartościach, identyfikacji i doświadczeniach - czyli do członków własnego „plemienia”.

   Hanitzsch odwołuje się do francuskiego socjologa Michela Maffesoli, który w swojej książce „The Time of the Tribes” z 1996 roku argumentował, że rosnąca indywidualizacja jednostek i erozja sieci solidarności społecznej doprowadziły do powstania nowych plemion. Opisuje te nowe plemiona jako „wspólnoty idei”, które są dość płynne i dobrowolne, ale wyraźnie wyodrębniają swój charakter spośród innych plemion. Mogą się one skupiać wokół zbioru praktyk (np. związanych z konsumpcją, markami i działalnością rozrywkową), wartości (np. związanych z ideologiami politycznymi i religiami), tożsamości (np. wzdłuż granic narodowych lub etnicznych) lub doświadczeń (np. dyskryminacji, marginalizacji i pozbawienia praw obywatelskich).

   Godny uwagi jest fakt, że Maffesoli rozwinął swoje idee na długo przed tym, jak Internet i media społecznościowe zmieniły medialno-opiniotwórcze kontinuum. Zdaniem Hanitzscha dziennikarstwo już dostosowało się do tego nowego krajobrazu i będzie się to pogłębiać w nadchodzących latach. Dziennikarstwo plemienne nie aspiruje do uchodzących za staroświeckie norm takich jak: obiektywizm, neutralność i dystans. Jest z rozmysłem subiektywne, partyjne, perswazyjne i zaangażowane. Odpowiada na oczekiwania i uprzedzenia plemienia, któremu służy.

   I kwitnie. W wielu częściach świata dziennikarstwo plemienne rekompensuje rozbicie dawnych struktur społecznych przez pielęgnowanie poczucia przynależności i solidarności wewnątrz plemienia. Jak prognozuje Hanitzsch, w 2019 roku odbiorcy będą mieli do czynienia z coraz większymi i silniejszymi porcjami dziennikarskiego trybalizmu. Być może zresztą Niemiec pisze tak trochę prowokacyjnie, licząc, że niektórzy się opamiętają i w rzeczywistości odejdą od plemiennych przekazów. To chyba jednak słaba nadzieja.

Inwestorzy - filantropi

   Na świecie rok 2018 był dla sektora medialnego kolejnym rokiem spadających przychodów z reklam. Według globalnego badania dziennikarzy przeprowadzonego pod koniec roku przez berlińską agencję Sweet Spot PR, to jedno z największych wyzwań stojących przed środkami przekazu i dziennikarzami. 27 proc. respondentów na całym świecie wymienia spadek przychodów z reklam i druku jako największe bieżące zagrożenie dla dzisiejszego zawodu. Mniej więcej co piąty (19,5 proc.) wymienia nadmiar pracy w wyniku redukcji zatrudnienia. Zagrożenie fake newsami zajęło trzecie miejsce, na poziomie 17,3 proc. Wśród innych największych lęków znalazły się także media społecznościowe (11,8 proc.) i zakusy rządów na wolną prasę (10,7 proc.).

   Oczywiście ogólne przychody reklamowe nie spadają, bo pieniądze odpływające od „starych mediów” przejmuje Internet, zwłaszcza takie potęgi jak Google i Facebook. Nie patrzmy na polski rynek reklamowy, który nie do końca rządzi się rynkowymi zasadami – to jest temat na odrębna analizę, bo zapewne w wielu krajach są takie anomalie. Zakładając, że mówimy o normalnym rynku, zwróćmy uwagę na pewne ciekawe zjawisko, które w 2018 roku zarysowało się wyraźnie, choć nie jest całkiem nowe.

   W USA widać tendencję przejmowania gazet przez miliarderów, trochę na zasadzie filantropii, przynajmniej tak jest to przedstawiane. Np. Patrick Soon-Shiong, południowoafrykański chirurg, opisywany jako najbogatszy lekarz w historii świata, kilka miesięcy temu nabył znaną gazetę lokalną „Los Angeles Times”, która, jak wiele tytułów prasowych, boryka się w ostatnich latach z wielkimi problemami. Transakcja, jak zobaczymy nie pierwsza tego rodzaju, odebrana została z nadzieją przez dziennikarzy. Być może w 2019 ujrzymy jeszcze więcej takich przejęć?

Rok 2018 był decydującym punktem zwrotnym dla lokalnych mediów", ocenił komentując transakcję sprzedaży „LA Times”, Jim Friedlich, dyrektor wykonawczy Lenfest Institute for Journalism, organizacji non-profit, która szuka modeli biznesowych dla lokalnych tytułów prasowych. Opiekuje się ona gazetą „Philadelphia Inquirer.”

   Inną transakcją, sprawiającą podobne wrażenie, jest zakup przez miliarderów IT Marka i Lynne Benioffów udziałów w „Time Magazine”. Przypomnijmy też, że już wcześniej np. „The Washington Post”, stał się własnością założyciela Amazon Jeffreya Bezosa. Przejęcia te przedstawiane są jako działalność pro publico bono, wsparcie dla prasy, która nie jest w stanie konkurować na rynku reklamy z Facebookiem i Google. Kto wie, czy jednak technologiczni miliarderzy nie mają także czysto biznesowych celów. Nabywają przecież w końcu renomowane marki medialne.

   Tak czy inaczej w USA lokalne dziennikarstwo jest coraz częściej i silniej wspierane przez różnego rodzaju inicjatywy non-profit. Np. Knight Foundation przeznaczy 20 milionów dolarów na rozwój regionalnych serwisów. Dziennikarstwo śledcze wspiera ProPublica, serwis i organizacja zapewniająca nie tylko możliwość publikacji, ale także wsparcie technologiczne i finansowe dla dochodzeń. Podobnych projektów jest dużo więcej.

   Dlaczego warto obserwować USA? Jest takie powiedzenie, że gdy Ameryka kicha, reszta świata łapie katar. Czasy pojmowania prasy, zwłaszcza lokalnej, w kategoriach czysto biznesowych chyba już są przeszłością. Koncept wspierania mass mediów i pracy dziennikarzy, rozumianej jako wykonywanie pewnej ważnej społecznie misji, będzie się najprawdopodobniej upowszechniał, teraz w USA potem w innych krajach. Mamy zresztą już globalne przykłady, np. w sprawach Paradise i Panama Papers, w których kosztowne śledztwa dziennikarskie były w dużym stopniu finansowane z pieniędzy prywatnych, pozarządowych fundacji i organizacji.

   Oczywiście nie jest to znów taka różowa perspektywa. Media, zwłaszcza lokalne, powiązane z samorządami, dobrze znają zasadę – „kto płaci, ten wymaga”. Być może w ogóle pewien rodzaj dziennikarstwa będzie na dłuższą metę, w interesie ogólnospołecznym, finansowany ze środków publicznych, co może ale nie musi oznaczać, iż będą to „wolne media". Jeśli przyjąć pozytywną perspektywę, to warto dodać, że wymaga to odejścia na dobre od traktowania mediów informacyjnych jako biznesu. Zapewne w 2019 roku to nie nastąpi.

ACTA2 – nadchodzi kolejny bój

   W opracowanych rok temu przez Uniwersyted Oksfordzki i Reutersa prognozach na 2018 rok, „Journalism, Media, and Technology Trends and Predictions 2018”, czytamy m. in. o „zerwaniu zależności” mediów od platform internetowych. Jako krok w tym kierunku należałoby chyba traktować poparcie ACTA2, czyli „Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, którą przyjął Parlament Europejski we wrześniu. Najwięcej kontrowersji wzbudzały zapisy artykułów 11 i 13.

   Jak dość powszechnie wiadomo dyrektywa w obecnie przyjętym kształcie to efekt silnego lobbingu wydawców prasowych. Licząc jednak na dochody z opłat licencyjnych od Google’a i platform społecznościowych, mogą się bardzo przeliczyć. Więcej – na pewno się przeliczą. W dobie robotów piszących autonomicznie depesze informacyjne, nadzieje, że „Google wreszcie zapłaci” są płonne.

   Dla samych dziennikarzy rozwiązania te wcale nie są korzystne w sposób oczywisty. Część z nich stara się np. za pomocą portali społecznościowych pomagać w promocji artykułów, które napisali. Czy nie jest tak, że wielki Facebook, który z automatu zablokuje dla własnego bezpieczeństwa prawnego i finansowego linki ze strony jakieś gazety, uniemożliwi takiemu publicyście udostępnienie jego własnego artykułu? Twórcy będą mieć problemy z promowaniem własnej twórczości. O bardziej ogólnej obawie, że szczegółowe przepisy oparte na dyrektywie ACTA2 ograniczą wolność mediów też warto wspomnieć.

   Dyrektywa powróci w 2019 i będzie przedmiotem jeszcze niejednej kampanii w mediach i w Internecie. I ja będę chciał powrócić do tego tematu, próbując wyjaśnić szczegółowo zarówno firmom medialnym jak i dziennikarzom, dlaczego powinni się jej sprzeciwić, bo jest dla nich niekorzystna.

Przeżyj to sam

   Wspomniane prognozy Reutersa i uczelni w Oksfordzie na 2018 r. można powtórzyć teraz, bo takie kwestie jak walka o powrót zaufania w erze fake newsów, relacje mediów tradycyjnych i społecznościowych w Internecie, przesunięcie modeli biznesowych z zależności od reklamy na subskrypcje, są i będą aktualne w 2019 roku. Ubiegłoroczny raport mówił też wiele o szansach dla mediów, jakie wynikają z rozwoju nowych technologii, w tym rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości (AR, VR), sztucznej inteligencji (AI), asystentów głosowych itp. Pisałem o tym sporo na portalu SDP w ubiegłych miesiącach. Z pewnością w nowym roku doniesień o nowych pomysłach i eksperymentach technologicznych mediów nie zabraknie.

   Podczas Letniej Konferencji Dziennikarstwa 360 Unconference w lecie 2018, jeden z uczestników wskazał na coś, co nazywane jest „storyliving”. Być może niektóre osoby słyszały o tzw. „storytelling”, do którego nowy termin nawiązuje. Storytelling pierwotnie był metodą z zakresu badań jakościowych, opierającą się na analizie narracji tworzonych przez członków danej społeczności. Stała się ona też kluczem do pewnej techniki dziennikarstwa internetowego, dla starszych dziennikarzy, pamiętających złote lata reportażu, nie tak nowej.

   Do czego zmierzam? Otóż rozwinięcie storytelligu – storyliving jest techniką wprowadzającą wirtualną rzeczywistość do relacji. Nie chodzi tylko o opowiedzenie czytelnikowi, słuchaczowi, widzowi historii, ale również o to, aby sam ją „przeżył”, zanurzył się za pomocą sprzętu VR w sytuację obozu uchodźców, w festiwal sztuki, lub w życie beneficjentów mikropożyczek w Malawi. Storyliving i dziennikarstwo imersywne (zanurzeniowe) to słowa klucze do zapamiętania w 2019 roku.

Sztuczna inteligencja biurko w biurko

   Większość dziennikarzy prawdopodobnie nie zdaje sobie z tego sprawy, jaki wpływ ma lub będzie mieć wkrótce sztuczna inteligencja (artificial intelligence) na pracę mediów i proces tworzenia wiadomości, od gromadzenia informacji  po przetwarzanie i rozpowszechnianie treści. Badacze z Uniwersytetu Stanforda w ramach projektu „JSK Garage” stworzyli niedawno mapę drogową dla sztucznej inteligencji w newsroomach, czyli coś, co możemy już obserwować i obserwować będziemy w 2019 i w kolejnych latach.

   Po pierwsze AI już automatyzuje pracę w newsroomach. Wiele firm medialnych wykorzystuje na przykład algorytmy generacji języka naturalnego (NLG), aby przekształcić ustrukturyzowane dane w zrozumiałe treści, które często są nieodróżnialne od artykułów napisanych przez człowieka. „Washington Post” wykorzystuje do tego program Heliograf, a chiński serwis Toutiao swój produkt - Xiaomingbot. Inne organizacje, takie jak Bloomberg i Associated Press, używają Wordsmith by Automated Insights, narzędzia, które wydobywa dane i jest w stanie tworzyć newsy o wynikach sportowych i giełdowych notowaniach firm.

   Eksperymenty i wdrożenia AI w dużych organizacjach informacyjnych, takich jak AP pokazują, że techniki te oszczędzają do 20 proc. czasu dziennikarzy. W ten sposób mogą skupić się na treści i poświęcić więcej czasu na zadania bardziej kreatywne.

   Powstają coraz ciekawsze rozwiązania. Izraelska firma Wibbitz stworzyła platformę text-to-video wykorzystującą techniki rozpoznawania obrazów do tworzenia filmów wideo, które mogą być automatycznie dopasowywane do tekstu, przyspieszając w ten sposób wstępną obróbkę materiału, który może być później doskonalony przez redaktorów-ludzi. Narzędzia takie jak Newswhip czy Graphext mogą pomóc w wyszukiwaniu tematów, przez zastosowanie uczenia maszynowego na danych z mediów społecznościowych. News Tracer Reutersa analizuje tweety w czasie rzeczywistym i już wykazał się odkryciem tematów, które zauważył, zanim wiedziały o nich jakiekolwiek media.

   Artificial Intelligence może pomóc również w dziennikarstwie śledczym. Na przykład, przeszukiwanie milionów dokumentów w dochodzeniu korupcyjnym może zająć dziennikarzom śledczym dni, miesiące lub lata. Dzięki przetwarzaniu języka naturalnego (NLP), mogą oni przeglądać te dokumenty, identyfikować podmioty na podstawie danych i relacji między nimi. Skutecznie odgrywa rolę szkła powiększającego, które może widzieć rzeczy niewidoczne gołym okiem człowieka. W ten sposób AI może wypłynąć na powierzchnię historie, które nie były wcześniej opowiadane.

   Sztuczna inteligencja może zaoferować rozwiązanie pozwalające wykrywać dezinformację i fake newsy. Dziennikarze mogą wykorzystać sztuczną inteligencję do sprawdzania faktów i analizy tekstu, obrazów i filmów. Np. Chequeabot, narzędzie stworzone w Argentynie automatycznie odnajduje w tekście wiadomości podlegające weryfikacji fakty i wysyła je do newsroomu (być może przydałoby się w „Der Spieglu”). Podobne aplikacje do automatycznego sprawdzania faktów to Claimbuster i Factmata.

   AI może pomóc w tworzeniu treści dostosowanych do indywidualnych potrzeb każdego użytkownika z osobna, w zależności od tego, kim jest, gdzie jest, lub w jakim nastroju się znajduje. Tworząc nieograniczoną ilość wersji artykułu, może pomóc redakcjom lepiej angażować odbiorców. Przykładem takiego narzędzia jest „skrzynka odbiorcza” w „Wall Street Journal”, opracowana we współpracy z MIT, która służy do inteligentnego wsłuchiwania się w głos czytelników.

   Wraz z rozwojem AI w mediach, zmieni się rola dziennikarzy. Niedawno pisałem o tym na portalu SDP. Czy na gorsze, to w dużym stopniu zależy od nich samych. Warto nowy roku wykorzystać na edukację i oswajanie się z tym nowym światem, który na pewno nadejdzie.

Wyścig z przewidywalnym wynikiem

   Według niedawnych badań Hootsuite, ponad 3,1 miliarda ludzi korzysta obecnie na świecie z mediów społecznościowych. To prawie połowa ludności świata.

   Jednocześnie media społecznościowe wyprzedziły prasę drukowaną jako źródło informacji dla Amerykanów – wynika z raportu ośrodka badawczego Pew Research Center, opublikowanego pod koniec 2018 r. Naukowcy podkreślili przy tym rosnące znaczenie Facebooka i Twittera, jak również niepokojący stan mediów starego typu. W raporcie Pew Research Center stwierdzono, że blisko 20 proc. obywateli USA przyznało się, iż często pozyskuje informacje z mediów społecznościowych, w porównaniu do 16 proc., dla których tym źródłem nadal są gazety drukowane. Jeszcze w 2016 r. gazety wyprzedzały pod tym względem portale społecznościowe, ale już w 2017 r. – jak wynika z badania ośrodka Pew – odsetek ten był w przybliżeniu równy dla obu stron. Teraz social media wyprzedziły prasę. Zapewne w 2019 dystans się zwiększy i oddech nowych mediów poczuje na plecach telewizja.

   Naukowcy zwracają uwagę na duże różnice w sposobie korzystania z informacji między poszczególnymi grupami wiekowymi. Dorosłe, ale wciąż młode osoby, znacznie częściej korzystają z mediów społecznościowym - starsi wciąż preferują telewizję i prasę drukowaną. Zdecydowana większość osób w wieku 65 lat i starszych (81 proc.) pozyskuje informacje z telewizji, 39 proc.  korzysta z gazet drukowanych, a tylko 8 proc. z nich z serwisów społecznościowych. Nietrudno chyba wywnioskować, że przyszłość należy do mediów społecznościowych. Ameryka już kichnęła…

   Oczywiście nie jest tak, że media nie próbują tych nowych mediów ujarzmić. Jednak większość z nich nadal postrzega zaangażowanie w social media jako relację transakcyjną, jako sposób budowania szerszej rzeszy odbiorców dla swoich produktów, a nie jako drogę do odzyskania statusu publicznego. Na Zachodzie ukuto termin „infogagement” na określenie specyficznej sytuacji łączącej misję informacyjną z prawdziwym, szczerym zaangażowaniem w problemy społeczne – coś co pozwoli „starym” mediom znaleźć swoją drogę w nieokiełznanym świecie mediów społecznościowych. To jeden z tych terminów, które warto zapamiętać na 2019 roku.

Uwiąd w poczuciu wyższości

   Na zakończenie pokuszę się o jeszcze jedną prognozę na kolejny rok. Jest ona taka sama jak to, co przewidywałem i spodziewałem się na każdy kolejny rok od wielu już lat. Można sformułować ją tak: ani media, ich kierownictwo, korporacje medialne, ani dziennikarze i redaktorzy, nie będą zwracać szczególnej uwagi na wnioski i rady płynące ze zjawisk, które opisałem wyżej. Wciąż dominować będą rojenia o powrocie „starych dobrych czasów”, modelu biznesowego i roli, jaką tradycyjne media odgrywały dekady temu. W pewnym sensie poparcie korporacji medialnych dla ACTA2 jest tego wyrazem.

   Taki niestety jest mój wniosek z długoletnich obserwacji redakcji i dominujących w nich postaw od lat. „Stare” media, pomimo, że deklarują często co innego, tak naprawdę nie wierzą w nowe modele, podejścia i technologie. Założę się, że nie znalazłbym w tym świecie nikogo, kto zechciałby choć porozmawiać o możliwościach zastosowania w środkach masowego przekazu rozwiązań i pomysłów ze świata gier wideo. Ten ostatni słynie z innowacji, z nowych, śmiałych i dobrze sprawdzających się biznesowo modeli. Przemysł gier jest starszy niż Internet, ale w odróżnieniu o mass mediów, nie ma żadnych problemów z siecią i nowszymi technologiami. Wszystko szybko przyswaja, przetwarza na swoje potrzeby i wypracowuje rozwiązania, które finansowo zadowalają zarówno wielkie firmy jak i małych indywidualnych twórców.

   No, ale przecież branża mediów i poważni dziennikarze nie będą analizować i naśladować jakichś tam grajków z ich głupimi strzelankami. I to jest niestety najsmutniejsza część mojej prognozy. Przewiduję, że ani w 2019 roku ani w latach kolejnych medialna branża nie będzie w stanie uwolnić się od tego charakterystycznego „kompleksu wyższości”, który nigdy nie pozwolił tradycyjnym środkom przekazu zrozumieć a następnie wykorzystać rewolucję internetową, nie pozwala nadążać za kolejnymi innowacjami i ostatecznie prowadzi do pełnego pogardy uwiądu w obliczy nowego, które wygrywa.

Mirosław Usidus

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl