Nie przesłano do mnie ankiety miesięcznika „Press”, której bardzo interesujące wyniki pismo publikuje tutaj, gdyby jednak tak się stało, z pewnością na większość pytań o teraźniejszość i przyszłość zawodu dziennikarza odpowiedziałbym w tonie pesymistycznym. Od dawna, gdy zdarza mi się spotykać ze studentami dziennikarstwa, gorąco odradzam im to zajęcie. A ostatnie lata dodały kolejne minusy do i tak już długiej listy powodów, dla których dziennikarzem zostawać nie warto.

   Ankieta ta pokazuje, że dziennikarze mają poczucie upadku prestiżu zawodu (słusznie), nie są zadowoleni z pracy i wynagrodzenia, choć wciąż reakcje odbiorców dają im największą satysfakcję, ale przyszłość widzą ciemno. Ponad 52 procent zadeklarowało, że w ciągu ostatniego roku rozważało zmianę profesji. Nie dziwię się, ponieważ sam zaliczam się do tej grupy. W moim przypadku główną rolę odgrywa kwestia, którą jako demotywującą do pracy wskazało nieco ponad 21 procent dziennikarzy: wpływ polityków na media, ale potraktowany szerzej. Odprysków tego wpływu można by się zapewne doszukać w innych wskazywanych czynnikach demotywujących: coraz niższej jakości mediów (62 proc. i pierwsza pozycja na liście) czy złych opiniach o mediach i/lub dziennikarzach (25 proc., pozycja 5.).

   Zakładałbym, że te akurat czynniki odgrywają tym większą rolę, im bardziej dany dziennikarz czy publicysta (rodzaj dziennikarza) zajmuje się polityką i im bardziej jego wypowiedzi mają wpływ na rzeczywistość – lub im bardziej politykom się wydaje, że taki wpływ mają. Taki ktoś jest szczególnie wystawiony na naciski i wpływy. Jedno mogę powiedzieć z całą pewnością – przy czym podkreślam, że jest to moje osobiste doświadczenie i przyjmuję, że inni dziennikarze mogą widzieć sprawy odmiennie: ostatnie kilka lat to czas bezprecedensowego uzależnienia mediów od polityki, bezprecedensowych nacisków i prób wpływania na dziennikarzy. Prawo prasowe grozi karą pozbawienia wolności za próbę tłumienia krytyki prasowej. Gdyby potraktować ten artykuł ustawy literalnie i składać doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w każdej znanej tego typu sytuacji, trzeba by do badania tychże stworzyć specjalny zespół prokuratorów.

   Za naciskami idzie oczekiwanie – niestety, nie tylko ze strony polityków, ale również części wyborców – że media staną się po prostu przybudówkami do tego czy innego obozu politycznego, co oczywiście wypacza i niszczy sens pracy dziennikarskiej. Redakcje mogą mieć swoją linię, ale powinna to być linia ideowa, a nie partyjna. Tymczasem część odbiorców oczekuje, że media będą po prostu przedłużeniem portali ich ulubionej partii. A wydawcy, czasem redaktorzy naczelni, przenoszą to oczekiwanie na redakcję. To sprawia, że coraz trudniej znaleźć swoje miejsce tym dziennikarzom, a szczególnie publicystom, którzy bronią spraw, a nie ludzi. Pokazują to nieprzyjemne przypadki Grzegorza Sroczyńskiego czy Rafała Wosia, ale tego typu historie nie ograniczają się do mediów lewej strony. Tyle że akurat o tych dwóch sprawach wszyscy usłyszeli.

   Dramatycznie zmniejszył się obszar, w którym mogą funkcjonować dziennikarze, wierni swoim poglądom. Ujmując rzecz w uproszczeniu – ci dostają baty z obu stron. Po mojej ostatniej wizycie w „Loży Prasowej” w TVN24 zwolennicy władzy rytualnie wieszali na mnie psy za sam fakt pojawienia się w tej stacji (do której regularnie chodzą przecież politycy PiS), a jej przeciwnicy – za to, co tam mówiłem. Dziś największej odporności i gotowości do znoszenia zwykłych życiowych trudności nie wymaga ani „niepokorne dziennikarstwo” (które już dawno jest dziennikarstwem maksymalnie pokornym, a właściwie służebnym wobec władzy), ani dziennikarstwo „broniące demokracji” (co nie jest żadną obroną demokracji, ale aktywną walką z niewygodną władzą). Największej odporności wymaga odmowa zapisania się. Z tego powodu z zawodu odeszło już co najmniej kilku niezłych dziennikarzy. Dla innych, podobnie się sytuujących, w tym dla mnie, motywacją, żeby wciąż walczyć, są głosy wspierających odbiorców. Nie ma ich wielu, ale są bardzo cenni.

   Opisany mechanizm to oczywiście skutek splotów interesów, nacisków reklamodawców, w szczególności tych państwowych, dysponujących wielkimi pieniędzmi. Media jako niezależny kontroler władzy – obojętnie, której – mało kogo już interesują. Jeśli zaś kogoś nie interesuje z kolei granie roli nadwornego pisarczyka rządu albo opozycji – ma przerąbane. To potężny czynnik demotywujący.

   Ale nie mniejsze znaczenie, w przypadku dziennikarzy mniej zaangażowanych w kwestie czysto polityczne, mają inne czynniki, wymieniane w ankiecie „Pressa”. Razem tworzą fatalne błędne koło. Nie odkryję Ameryki, opisując tutaj jego funkcjonowanie: mniejsze pieniądze (z różnych powodów, ale na pewno wpływ internetu jest tu ogromny) oznaczają, że mniej ludzi robi więcej za mniej w krótszym czasie. To musi skutkować drastycznym spadkiem jakości publikacji, głupawym efekciarstwem, podkręcaniem tytułów do granic absurdu. A to wszystko z kolei przekłada się na postrzeganie dziennikarstwa jako profesji. To nie jest oczywiście tylko polski problem. Na razie jesteśmy na etapie uświadamiania sobie, że on istnieje, co być może jest już wstępem do znalezienia rozwiązania. Ale raczej nie będzie nim powrót do status quo ante. Czasy wielkich pieniędzy w mediach, pracy w jednej redakcji, komfortu całkowitej niezależności jako generalnej zasady z małymi tylko wyjątkami – nie wrócą.

   Jeśli gdzieś można szukać ratunku dla zawodu, to chyba w niszach, być może nowo powstających – o czym zresztą kilkakrotnie na portalu SDP pisałem. Wskazywałem na ciekawy przykład „Tygodnika Powszechnego” jako jednej z niewielu gazet, których sprzedaż nie tylko nie spada, ale nawet momentami rośnie, a która zdecydowała się otworzyć szerzej niż wąski światopoglądowy, lewicowy i antypisowski nurt, w którym płynęła przez pewien czas. Najnowsze dane sprzedażowe pokazują, że nieźle radzi sobie „Dziennik Gazeta Prawna”, która na swoje strony wpuściła ludzi z różnych nurtów publicystycznych, stając się swego rodzaju azylem „symetrystów”. Może więc, trochę paradoksalnie, uleganie oczekiwaniu wyraźnej, by nie rzec: nachalnej linii tożsamościowej przez wiele mediów tworzy coraz większą grupę odbiorców, którzy oczekują jakości i odpartyjnionego przekazu. To na pewno nie jest grupa wielka, dlatego ta droga będzie dostępna tylko dla niewielkiej grupy dziennikarzy.

   Przede wszystkim jednak z ankiety „Pressa” wynikają dwie powiązane z sobą kwestie. Pierwsza – że polskie dziennikarstwo jest w głębokim kryzysie z różnych powodów, częściowo endemicznych, częściowo uniwersalnych, pewnie również trochę z winy samych dziennikarzy. Druga – że poza niewielką grupą państwowców nikt nie rozumie, że dobrze funkcjonujące media są jednym z niezbędnych elementów dobrze funkcjonującego państwa. A nawet jeśli taka opinia pojawia się w wypowiedziach uczestników politycznego konfliktu, to każda strona rozumie przez to po prostu przewagę mediów jej sprzyjających.

   Dlatego, jeśli czytają ten tekst studenci dziennikarstwa, zwracam się do nich: macie jeszcze czas na zmianę decyzji. Jest tyle innych ciekawych zawodów…

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl