Nigdy jeszcze podziały w środowisku dziennikarzy „prawicowych”[1] nie były tak głębokie jak dziś. To konsekwencja sprawowania władzy przez ich własny obóz przez już ponad trzy lata. Wyrwy są na tyle głębokie, że nie da się ich zasypać, przynajmniej w najbliższych latach, niezależnie od sytuacji politycznej. Osoby, które jeszcze kilka lat temu nie miały problemu, żeby ze sobą pracować, dziś z trudnością są w stanie z sobą rozmawiać albo wręcz nie podają sobie ręki. Blokowanie na Twitterze, wyrzucanie ze znajomych na Facebooku – czyli współczesne odpowiedniki zerwania znajomości – nie są rzadkością.

   Co spowodowało, że niesnaski przerodziły się w głęboki spór? Przyczyn jest kilka i oczywiście często się z sobą łączą. Oto moje ich zestawienie.

   Pieniądze. Wraz z objęciem władzy przez obóz, któremu w jakimś stopniu sprzyjała większość redakcji opozycyjnych wobec poprzedniego układu, pojawiły się pieniądze. Po pierwsze – pieniądze od publicznych reklamodawców, po drugie – związane z urzędową prenumeratą, po trzecie, co chyba najważniejsze, pochodzące ze spółek skarbu państwa. Przekierowanie strumienia pieniędzy od mediów lewicowych do prawicowych było swego rodzaju wyrównaniem szans, bo przez lata to te pierwsze korzystały potężnie z przychylności władzy. Zarazem jednak nie wypracowano żadnego systematycznego sposobu działania. Obecna władza, gdyby myślała strategicznie, stworzyłaby plan legalnego, nie budzącego wątpliwości i systematycznego wspierania konserwatywnych mediów w Polsce, na przykład w oparciu o przejrzyście działającą fundację wspierania konserwatywnych postaw medialnych. Nie powinna ona jednak działać na zasadzie „pan płaci, pan wymaga”. Założeniem musiałoby być przekonanie, że wartością jest stworzenie dla tych mediów solidnych podstaw finansowych, które pomogłyby im przetrwać inne polityczne okoliczności, zaś rządzący nie domagają się w zamian wspierania ich działań w każdym momencie ani nie próbują uzależniać zasilania pieniędzmi od tego, co piszą czy mówią poszczególni dziennikarze czy publicyści. Innymi słowy – rządzący musieliby się pogodzić z tym, że wspierają media, które nie mają wobec nich żadnych związanych z tym zobowiązań, ale promują konserwatywny sposób myślenia. Postawiono jednak na model wymuszania uległości. Do tego doszło przekonanie władzy, że nie ma dużego sensu wspieranie niezależnych mediów, skoro ma się państwową telewizję i radio.

   To spowodowało, że na kwestie finansowe nałożyła się wewnętrzna rywalizacja w obozie władzy, w którym poszczególne medialne ośrodki mają swoich patronów. Im więcej dany polityk zgromadził w swojej sferze wpływów spółek, tym łatwiej mógł wspomagać sprzyjające mu media, które odwdzięczały się momentami całkowicie bezwstydną klaką. Było to widoczne zwłaszcza w chwilach, gdy poszczególni politycy z obozu Zjednoczonej Prawicy zaczynali mieć problemy i oczekiwali od „swoich” mediów pomocy.

   Poszczególne obozy zbudowały więc swoje medialne księstewka, których mieszkańcy są ze sobą w sporze, będącym odbiciem sporu wewnątrz obozu władzy.

Wpływy w mediach publicznych. To w części odgałęzienie sporu wcześniej opisanego. Politycy walczą o wpływ na publiczne media, więc do tej walki włączają się także „ich” dziennikarze, rywalizując ze sobą momentami dość brutalnie. Nie chcę w tym tekście operować konkretnymi tytułami i nazwiskami, chodzi mi bowiem o opisanie mechanizmów, ale sądzę, że każdy zorientowany czytelnik połapie się, jakie dwa główne ośrodki medialne „prawej” strony rywalizują ze sobą przede wszystkim.

Miejsce siedzenia. Podział nie całkiem oczywisty, wyraźny jednak z mojego punktu widzenia. Stopniowo rozjeżdża się widzenie rzeczywistości pomiędzy tymi, którzy znaleźli wygodne miejsca w systemie medialnym za obecnej władzy – głównie w mediach państwowych – a tymi, którzy pozostali na marginesie lub zostali z tego systemu wypchnięci (nie mówię tu oczywiście o dziennikarzach z drugiego obozu ideowego). Obserwowałem tę ewolucję, przyglądając się kilku moim kolegom, uznawanym powszechnie za umiarkowanych. Im dłużej znajdowali się w orbicie wpływu władzy i im dłużej sami ją sprawowali w mediach państwowych, gdzie znaleźli sobie miejsce, tym bardziej skłonni byli uznawać ewidentne patologie obecnego systemu za usprawiedliwione, a nawet konieczne, tym mniej mieli zrozumienia dla tych, którzy uparcie starają się trzymać własnych poglądów, tym łatwiej przychodziło im uzasadnianie wątpliwych decyzji medialnych. Zaczęli funkcjonować jak sprawna część niedobrego systemu. Tym, którzy pozostają poza nim, a tym bardziej tym, których ten system odrzucił, coraz trudniej takie postawy zaakceptować.

Pojmowanie roli dziennikarza. To najważniejsze w gruncie rzeczy kryterium podziału, mocno zazębiające się z poprzednio opisanym. Sytuacja była relatywnie prosta, gdy władzę sprawowali ludzie, z których poglądami i sposobem kierowania państwem większość „prawicowych” dziennikarzy zasadniczo się nie zgadzała. Już wtedy widać było odmienne podejścia, ale ten podział w pełni ujawnił się dopiero po 2015 roku, a może nawet dopiero po jakimś czasie od wyborów. Z grubsza rzecz biorąc – dziennikarze prawej strony podzielili się na tych, którzy rzeczywistość oceniali i nadal oceniają przez pryzmat własnych poglądów, stosując identyczne kryteria do władzy poprzedniej i obecnej, oraz na tych, którzy uznali bez problemu, że są częścią obozu rządzącego, trwa coś w rodzaju wojny, więc pełnią rolę służebną wobec polityków. Ci pierwsi bywają nazywani „symetrystami”, ale to określenie mylące.

   W tej sferze rozjazd postaw bywa wprost porażający. Należący do pierwszej grupy zostali uznani przez wielu z drugiej grupy za wrogów znacznie groźniejszych niż dziennikarze „lewicowi”. Nałóżmy na to profity, jakie wiążą się z przyjęciem postawy służebnej, a zobaczymy, że mówimy już nie o podziale, ale wprost o przepaści.

   Kiedyś część środowiska określiła się mianem „dziennikarzy niepokornych”. Nie pasowało mi nigdy to określenie. Uważałem je za nadęte i pretensjonalne – dziennikarz, wykonujący rzetelnie swój zawód, jest po prostu dziennikarzem, a nie „dziennikarzem niepokornym”. Gdyby jednak dziś do tego pojęcia na moment wrócić, otrzymalibyśmy nowy podział. Dawni „niepokorni” są dziś pokorni do przesady, a prawdziwymi „niepokornymi” stali się wyklęci „symetryści”.

   Marzy mi się debata, w której swojej postawy broniliby ci, którzy uznali, że warto stać się żołnierzem. Niczego takiego nigdy jednak nie spróbowano zorganizować, a w każdym razie nie postawiono tego problemu otwarcie w czasie żadnej z dyskusji. Wygląda to trochę tak, jakby wszyscy po „prawej” stronie widzieli, że takie zjawisko się pojawiło, ale nikt nie miał odwagi się z nim otwarcie zmierzyć. Ci, którzy postawę żołnierską przyjęli, wolą dyskredytować „symetrystów” w swoich tekstach zamiast stanąć z nimi do dyskusji. Może to pole do działania dla SDP? Może warto taką debatę zorganizować? Deklaruję, że chętnie będę w niej bronił zasady, że kryteria oceny powinny być identyczne niezależnie od tego, kto rządzi.

   Czy jednak te podziały koniecznie muszą być fatalne? Owszem, wynikają z patologii systemu, ale im stają się wyraźniejsze, tym łatwiej odbiorcom zdecydować, jaki rodzaj dziennikarstwa wolą, kogo chcą oglądać, słuchać i czytać. A to chyba dobrze.

Łukasz Warzecha

[1] Używam określenia „prawicowi dziennikarze” w sensie czysto umownym. Rządzącej partii nie uważam za prawicę, a dziennikarze z tej grupy mają w gruncie rzeczy mocno odmienne poglądy. Łączyło ich to, że krytykowali patologie III RP. Trzeba ich jakoś zbiorczo nazwać, stąd taki desygnat, trudno go jednak stosować bez wzięcia w cudzysłów.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl