Agresja jaka dotyka w ostatnim czasie dziennikarzy pokazuje, że całkowicie zanikło już przekonanie, że wykonują oni ważną funkcję społeczną.

O narastającej agresji i atakach na dziennikarzy pisałem niedawno na portalu SDP, podsumowując dramatyczny, a nawet tragiczny dla przedstawicieli tego zawodu rok 2018. Agresja demonstrantów wobec Magdaleny Ogórek to w kontekście ogólnym i globalnym, kolejny akt dramatu, pisanego przez politykę dla mediów i Internetu.

Na celowniku, już od miesięcy i lat są dziennikarze z różnych stron i politycznych parafii. W USA, choć media o sympatiach lewicowych lub, według amerykańskiego nazewnictwa, liberalnych, od dawna oskarżają Donalda Trumpa o zachęcanie do ataków na dziennikarzy, to ofiarą najgłośniejszej napaści o podłożu politycznym stał się konserwatywny komentator Tucker Carlson z Fox News.

W listopadzie ubiegłego roku grupa działaczy organizacji Smash Racism D.C., nazywających samych siebie „antyfaszystami” zjawiła się pod domem dziennikarza, wyłamując drzwi i grożąc bombą. Carlsona i jego dzieci w domu wówczas nie było. Żona dziennikarza zamknęła się w spiżarni i zadzwoniła na policję.

Choć spór polityczny, także wśród dziennikarzy, jest w Stanach Zjednoczonych nie mniej ostry niż w Polsce, wielu dziennikarzy z mediów o całkowicie przeciwnej niż Tucker orientacji politycznej, natychmiast jednoznacznie wyraziło zarówno potępienie dla napastników, jak i solidarność z kolegą i jego rodziną.

„To musi się skończyć. Kim jesteśmy? Czym się stajemy? Tucker Carlson na to nie zasługuje. Jego rodzina na to nie zasługuje. To straszne” - napisała na Twitterze Megyn Kelly, obecnie dziennika NBC, która nie sympatyzuje z prawicą i ostro atakował Trumpa. Poparł ją od razu Brian Stelter z CNN, która znajduje się w samym środku frontu politycznej walki z prawicą i Donaldem Trumpem.

W swoich potępieniach nie wszyscy jednak potrafili oderwać się całkowicie od polityki. Kurt Eichenwald z „New York Timesa”, chociaż zdecydowanie potępił atak, nie omieszkał przypomnieć, że też był ofiarą pogróżek. „Takie zachowanie jest podłe” - pisał na Twitterze. - „Fani Tuckera niestrudzenie grożą mi śmiercią, a jeden z nich jest oskarżony o napaść na mnie. Nie naśladujcie ich.” W. Kamau Bell z CNN, dziennikarz o poglądach zdecydowanie lewicowych, pisał, że może sobie wyobrazić co czuje Carlson, gdyż na niego również spadła „lawina internetowych gróźb i języka nienawiści” i „musiał podjąć poważne kroki, aby chronić rodzinę.”

 „Mamy prawo walczyć z Tuckerem Carlsonem” -  napisał z kolei satyryk telewizyjny Stephen Colbert. -  „Jednak atak na jego dom i terroryzowanie rodziny jest aktem monstrualnego tchórzostwa.” Jak widać, nawet przy tak wydawałoby się oczywistych sytuacjach i nawet tym wybitnym postaciom, trudno odejść od poglądów i przekazują choćby tylko aluzyjnie swoje stanowisko polityczne.

Według serwisu U.S. Press Freedom Tracker w Stanach Zjednoczonych w 2018 r. 43 dziennikarzy spotkało się z atakami fizycznymi a pięciu zginęło. Główny problem to próby przedstawienia wszystkich tych przypadków w jednostronnie polityczny sposób. Jaskrawym przykładem była atak i zabójstwo wymienionej w raporcie piątki z „Capital Gazette” w Annapolis w stanie Maryland. Lewica, zanim cokolwiek było wiadomo, zaczęła obarczać winą Trumpa i prawicę. Potem okazało się, że motywy zabójcy nie bardzo pasują do tej narracji, ale tego co napisano nikt nie odwołał i nie prostował.

Tymczasem jednostronność polityczna utrudnia normalną dyskusję o problemie antydziennikarskiej agresji, która uderza z różnych stron. Wspiera ją Internet, który pozwala wielu osobom, anonimowo i w poczuciu prawnego bezpieczeństwa „ulżyć sobie” i dać ujście wszystkim „przemyśleniom” na temat nielubianych lub mających inne poglądy, dziennikarzy. Gwałtownie atakowani są dziennikarze zarówno z lewej jak i prawej strony, co chyba dość wyraźnie wskazuje, że problem nie ma barwy politycznej. Jeśli ktoś próbuje zwalić całą winę na „prawicowych hejterów” bądź na „lewackie trolle”, to jest częścią tego problemu, a nie rozwiązania.

Żółte kamizelki vs. media

Aby wyostrzyć kwestię podam kilka przykładów, które może nie każdemu się spodobają, ale można je traktować jako swoisty test intencji i obiektywizmu. Czytałem wiele pełnych satysfakcji komentarzy po tym jak 12 stycznia 2019 r. kilku dziennikarzy kanału informacyjnego LCI zostało zatrzymanych lub zaatakowanych przez demonstrantów, gdy relacjonowali protesty „żółtych kamizelek” we Francji. W Rouen pobito ochroniarza, który towarzyszył dwóm dziennikarzom z kanału informacyjnego LCI.

W Tulonie dziennikarzom pracującym dla Agence France Presse (AFP) grożono podczas filmowania starć. Musieli szukać schronienia w restauracji. W Marsylii, dziennikarz z kanału telewizji publicznej France 3 i dwóch fotografów zostało zwyzywanych i ostatecznie uniemożliwiono im pracę. W Tuluzie dziennikarka regionalnego dziennika „La dépêche du Midi”, również została zaatakowana i zagrożone jej nawet gwałtem. W Pau, dziennikarz lokalnych mediów, Franck Paillanave, został uderzony podczas relacji na żywo. „Żółte kamizelki” otoczyły go, obrzucały go obelgami i biły.

Nie każdy jednak wie, że uczestnicy protestów walczą z prasą bardziej kompleksowo. W nocy z 11 na 12 stycznia około trzydzieści „żółtych kamizelek” zablokowało w Valenciennes magazyn regionalnego dziennika „La Voix du Nord”, uniemożliwiając dystrybucję 20 tysięcy egzemplarzy sobotniego wydania. Około pięćdziesięciu przedstawicieli „gillets Jaures”, niektórzy zamaskowani, zablokowało drukarnię gazety regionalnej „Yonne Républicaine” w Auxerre. Zebrali się przed zakładem przed północą, uniemożliwiając ciężarówkom dostawczym wyjazd z egzemplarzami. Blokada utrudniła dystrybucję niektórych wydań dzienników regionalnych „Le Journal du Center” i „La République du Centre". W pobliżu Angouleme wydanie regionalnego dziennika „La Charente libre” powstało normalnie tylko dzięki ochronie policyjnej. Około 70 osób zebrało się przed siedzibą gazety, próbując zablokować dystrybucję dziennika, oskarżając dziennikarzy, że są „bandą kłamców na rządowej liście płac”.

Piszę o tych francuskich wydarzeniach i agresji wobec dziennikarzy i mediów nie dlatego, że chcę uderzyć w ruch „gillets jaunes”, który, od kiedy znam studium Christophera Guilluy „ France périphérique” z 2014 r., przyjmuję ze zrozumieniem i pewną sympatią. Niech jednak dla tych wszystkich, którzy z kamizelkowcami sympatyzują, będzie to okazja, aby wyjść poza polityczne polaryzacje i dostrzec problem we właściwym, niepolitycznym świetle.

Trolle jako forma cenzury

Obecnie potoki internetowych obelg, wezwania do pobicia a nawet zabicia dziennikarzy, to codzienność zarówno lewicy jak i prawicy. W lipcu organizacja Reporterzy bez Granic (RSF) opublikowała raport pt. „Internetowe nękanie dziennikarzy: atak trolli”. Przez sześć miesięcy organizacja zatrudniła swoją rozległą sieć współpracowników do monitoringu działania mediów i narzędzi sieciowych. „Mieliśmy poczucie, że musimy potępić to zjawisko. Dlatego napisaliśmy raport” -  mówiła przy okazji prezentacji opracowania Elodie Vialle, szefowa działu dziennikarstwa i technologii RSF, główna autorka raportu.

„Internetowe nękanie znane jest już na całym świecie i obecnie stanowi jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla wolności prasy” - powiedział po publikacji raportu sekretarz generalny RSF Christophe Deloire. - „Prześladowcy dziennikarzy wykorzystują armie trolli, aby polować i nękać wszystkich tych, którzy uczciwie pracują i informują o faktach”.

Badania RSF dokumentują to zjawisko w 32 krajach, w także w Chinach, Turcji, Algierii i Iranie. Korespondenci przeprowadzili wywiady z ekspertami w dziedzinie cyberprzestępczości, kierownikami newsroomów, prawnikami i pracownikami mediów. Niektórzy dziennikarze relacjonowali im, że zostali zaatakowani „na taką skalę, że nigdy nie przypuszczali, że jest to w ogóle możliwe”. W raporcie znajdujemy opinię, iż nowe technologie i portale społecznościowe zapewniają „wrogom wolności prasy bezprecedensową możliwość nagłaśniania swoich poglądów i propagowania mowy nienawiści i dezinformacji.”

W raporcie znajdujemy konkretne przykłady działalności trolli atakujących dziennikarzy. Np. w kwietniu 2018 reporterka Rana Ayyub, gdy siedziała w kawiarni w New Delhi z przyjaciółką, ujrzała w swoim telefonie komórkowym pornograficzne wideo ze  swoją twarzą domontowaną do nagiej kobiety wykonującej akt seksualny. „Miało to na celu upokorzenie i  złamanie mnie” - opowiadała dziennikarzom „The Ney York Times”. Dodatkowo Ayyyub otrzymywała w Internecie groźby gwałtu i zabicia. Dlaczego? Jako dziennikarka zajmowała się sprawami politycznymi i relacjami z mniejszościami, co w Indiach jest drażliwą sprawą. Trolle znały jej numer telefonu i adres domowy. Zaś owe fałszywe porno to tzw. slut-shaming, próba zniszczenia jej dobrego imienia. 

Atakujący Ayyyub nie silili się na jakieś wyrafinowane kryptotechniki. Korzystali z popularnych platform, takich jak WhatsApp, Facebook, Twitter i Instagram. „Jeśli nienawiść jest tak wielka, to co powstrzyma ich przed tłumnym wtargnięciem do mojego domu i zabiciem mnie?” -  pytała Ayyub w raporcie „Reporterów bez granic”. Organizacja zwróciła się do rządu indyjskiego i policji w New Delhi z apelem, aby „zrobiły wszystko, co w ich mocy”, by chronić dziennikarkę.

„Wyobraź sobie, że otrzymujesz setki takich wiadomości każdego dnia - obelgi, groźby zabójstwa, groźby gwałtu. Wielu dziennikarzy rezygnuje i przerywa pracę nad pewnymi tematami, aby uniknąć ataków” - tłumaczyła Vialle. - „Nękanie internetowe, gdy pod znakiem zapytania stoi fizyczne bezpieczeństwo, prowadzi ostatecznie do autocenzury.”

Tak było w innym opisywanym w raporcie przypadku algierski reporter Abdou Semmar otrzymał groźby, które nie dotyczyły jego samego, lecz siostry. Anonimowi agresorzy zapowiadali, że ją zgwałcą. Reporter twierdzi, że to zmusiło go do rezygnacji z wielu tematów, które wcześniej poruszał. „To niefortunne, ale trzeba przyjąć taką strategię, jeśli nie chcesz przymusowej emigracji” -  powiedział w wypowiedzi cytowanej przez raport. Tymczasem jak wynika z raportu, do emigracji z Francji do USA po otrzymaniu gróźb zamordowania, został zmuszony doświadczony francuski dziennikarz David Thomson.

Raport „Reporterów” próbuje również formułować praktyczne zalecenia, jak sobie z „atakiem internetowych trolli” radzić. Zawarty w nim tutorial pt. „Dziennikarze - jak postępować z armiami trolli” zaleca organizacjom medialnym organizowanie szkoleń dla newsroomów i opracowanie zasad i procedur postępowania.

W Polsce ataków jest więcej niż myślicie

Być może nie każdy atak fizyczny na dziennikarzy ma bezpośredni związek z Internetem. Ale kontekst bardzo często wskazuje na podłoże w gorącym internetowo-medialnym sporze. Mogło tak być w lipcu 2017 r. gdy jeden z dziennikarzy Polsat News relacjonujący wydarzenia w Puszczy Białowieskiej został pobity i trafił do szpitala. Z informacji prasowych wynika, że sprawcami napaści byli pracownicy jednej z firm biorących udział w wyrębie lasu w tamtym regionie. Być może, gdyby sprawa Puszczy nie wiązała się z tak ogromnymi emocjami, ludzie ci nie odważyliby się zaatakować.

Podobnie  mogło być  w przypadku Marcina Płaszczycy, dziennikarza lokalnego portalu z Wadowic, który został zaatakowany podczas spotkania radnych z przedstawicielami jednej z firm w sali sesyjnej Urzędu Miasta w Wadowicach. Narada radnych została utajniona dla mieszkańców. Sprawa dotyczyła odrolnienia przez gminę działek, na których ma zostać wybudowany hipermarket i budzi wiele kontrowersji. Napadnięto na dziennikarza, który próbował nagrać tajne spotkanie radnych i urzędników z biznesmenami - dowiedzieliśmy się z krótkiej notki pod filmikiem z zapisem tego zdarzenia, które lokalny portal Wadowice24.pl zamieścił na Facebooku. I znów trudno oprzeć się wrażeniu, że napastnik nie odważyłby się zaatakować reportera, gdyby nie emocje i polaryzacja, w tym przypadku na lokalną skalę

Takich przypadków jest w Polsce więcej niż nam się wydaje. W marcu ubiegłego roku nieznany mężczyzna uderzył dziennikarza portalu tp24.pl podczas pracy na miejscu pożaru w Jurgowie. Reporter, kilka minut po przeprowadzonej rozmowie na żywo z dowódcą akcji gaśniczej st. bryg. Grzegorzem Worwą został zaatakowany przez nieznanego mężczyznę stojącego tuż koło wozu bojowego OSP Jurgów. Uderzył go w rękę wytracając i niszcząc mu sprzęt nagrywający. Zrobił to, pomimo, że za czyn taki na mocy art. 43 Prawa Prasowego grozi do trzech lat więzienia. Powodem było podobno to, że strażak miał na sobie nieprzepisowy strój, gdy reporter nagrywał.

Ta ostatnia historia może się wydawać nawet zabawna, gdyby nie to, że ukazuje, jak niski jest obecnie prestiż i ranga zawodu dziennikarskiego. Wydaje się, że obecnie całkowicie zanikło już przekonanie, że reporter/redaktor wykonuje ważną funkcję społeczną, daleko ważniejszą niż samopoczucie lokalnych biznesmenów i regulamin umundurowania straży pożarnej.

I tego dotyczy, w moim rozumieniu, tekst protestu opublikowanego przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Dotyczy przypomnienia, kim jest dziennikarz i dlaczego Magdaleny Ogórek powinni bronić wszyscy, tak jak domagano się tego po ataku na Grzegorza Miecugowa podczas Przystanku Woodstock kilka lat temu. Zwłaszcza, że według opublikowanych zdjęć najbardziej „aktywna” w nękaniu publicystki pani miała na honorowym miejscu serduszko WOŚP.

Mirosław Usidus

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl