Uściślijmy fakty. Media w Polsce nie są apolityczne. Przynajmniej w ciągu ostatniego stulecia. Okres niecałych dwóch dekad II RP był zbyt krótki na wypracowanie standardów dziennikarskich. Ponad ćwierćwiecze III Rzeczpospolitej także. Przyspieszyły i ugruntowały podział środowiska politycznego, a wraz z nim i dziennikarskiego -  obrady Okrągłego Stołu w 1989 r. Wyłonił się wówczas obóz liberalno-lewicowy ze swym organem prasowym - „Gazetą Wyborczą” i prawicowo- konserwatywny lansowany na łamach „Tygodnika Solidarność”. Już na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. mówiło się o dwóch plemionach – bez zabarwienia pejoratywnego, dla jasności sytuacji.

   Już u zarania III RP dziennikarze zamieniali się rolami z politykami. Naczelny jeszcze do niedawna ideolog środowisk liberalno-lewicowych, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”  Adam Michnik w latach 1989 – 1991 zasiadał w ławach poselskich w Sejmie X kadencji. Ponad dekadę później w swoje uwodzicielskie talenty uwierzył Tomasz Lis. Z fotela  prowadzącego „Fakty” w telewizji TVN sondował czy zdoła się przenieść do pałacu prezydenckiego. Znaleźć się tam chciała również – dzisiaj po drugiej strony politycznej barykady, przychylna obozowi „dobrej zmiany” - Magdalena Ogórek. Poparcie lewicowego SLD jednak nie wystarczyło.

   Drugą przyczyną chybotliwego rynku medialnego w Polsce jest bieda i brak tradycji czytelniczych. Ludzie są za biedni, by łożyć na media, tym bardziej w epoce Internetu. Firmy prywatne i spółki Skarbu Państwa uzależniały i nadal uzależniają hojność przepływów na konta redakcji od przychylności publicystów w nich zatrudnionych. Równie przykry co prawdziwy jest truizm, że dzisiaj mediami rządzą biura reklam. Poza niszowymi tytułami, bez większego wpływu na opinię publiczną.  

   Zgodnie z tym mechanizmem, redakcje sprzyjające obozowi liberalno-lewicowemu otrzymywały bogate przelewy za rządów SLD-PSL i PO-PSL. Teraz swoje eldorado przeżywają media prawicowe, popierające obóz Zjednoczonej Prawicy. Potwierdzają to dane firmy Kantar Media.

Kupowanie propagandy

   Wdzięczność mocodawców jest wielka. Środki finansowe przepływają do „swoich” w  różnej formie, najczęściej w postaci płatnych ogłoszeń, finansowania kampanii społecznych, reklamowych lub obsługi medialnej ważnych dla rządzących wydarzeń. Ostatnia gigantyczna zmiana beneficjentów zbiegła się z terminem wyborów. Wygrane PiS nie skąpi grosza na dotacje dla zaprzyjaźnionych mediów, z holdingiem ojca Tadeusza Rydzka na czele. Od 2015 r. szerokim strumieniem płynąć pieniądze od spółek Skarbu Państwa m.in. do takich tytułów jak „Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Sieci”, „Do Rzeczy” czy „Nasz Dziennik”. Z danych wspomnianej firmy Kantar Media wynika, że tylko w 2017 r. tych pięć gazet mogło zostać zasilonych kwotą 36 mln zł. Dla porównania – w 2015 r., gdy podlegającymi państwu spółkami kierowały jeszcze zarządy wybrane za rządów PO-PSL, było to niespełna 2,5 mln zł. Same tylko wpływy czołowych tzw. gazet „niepokornych” z 22 największych firm państwowych w latach 2016-2017 sięgnęły wg cenników 64 mln zł.

   - Rząd kupuje sobie w ten sposób propagandę –  alarmował w luty 2014 r. serwis wPolityce.pl. Dziś żaden z prawicowych wydawców nie chwali się tym,  że te środki trafiają już pod właściwy adres. Jedynie Fratria, wydawca m.in. „Sieci” nieśmiało odnotowała w sprawozdaniu zarządu za 2016 r., że po raz pierwszy zrealizowała projekt finansowany z funduszy UE, przyznawany przez Ministerstwo Rozwoju. Współwłaścicielowi Fratrii zaś, czyli firmie Apella udało się z kolei podpisać umowy także ze spółkami Skarbu Państwa m.in. PGNiG i Totalizatorem Sportowym. 

   Szefowie tytułów przodujących w krytyce obozu rządzącego, czyli „Polityki”, „Newsweeka” i „Gazety Wyborczej” publicznie oburzali się, że wraz ze zmianą warty przy ul. Wiejskiej, mocno dostali po kieszeni. W 2017 r. – oszacowała firm Media Kantar - wspomniane gazety zarobiły cennikowo tylko 1,1 mln zł, tj. aż 17 razy mniej niż w 2015 r.

   Nowym zjawiskiem jest natomiast ostentacyjne zasiadanie polityków w organach nadzorczych spółek wydających prasę i portale przychylne obozowi „dobrej zmiany”. Wspomnianą spółkę Fratria – właściciela „Sieci” nadzoruje Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK, zasiadając w jej radzie nadzorczej. Polityk figuruje również w firmach, które są udziałowcami Fratrii. Funkcję szefa rady nadzorczej pełni także w należącej do zarejestrowanej w Luksemburgu firmy SKOK Holding Apelli. W jej składzie znajduje się także brat senatora – Jarosław, pomorski radny PiS. Najważniejszy jest jednak Spółdzielczy Instytut Naukowy G. Bierecki spółka jawna. SIN posiada większość akcji „Sieci” – ok. 1/5 mają bracia Jacek i Michał Karnowscy. Udziałowcami spółki są także Grzegorz Bierecki i jego brat. Trudno oprzeć się wrażeniu, że obecności polityków we władzach firmy te zawdzięczają gigantyczny transfer środków publicznych. Cennikowe wpływy „Sieci” z reklam państwowych spółek w 2017 r. – wyliczyła firma Kantar Media – na 17,4 mln zł. To prawie 14 razy więcej niż w 2015 r. i niemal dwa razy tyle co w 2016 r.

Akcja i reakcja

   Do obozu środowiska dziennikarskiego, skupionego wokół  „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i „Newsweeka”, przylgnęło z czasem określenie  tzw. „salonu”. Jako że preferowała luksusowe wnętrzna biznesowo-rządowe swoich politycznych mocodawców. Obóz przeciwny, reprezentowany m.in. przez gazety: „Do Rzeczy”, „Sieci”, „Gazetę Polską” i „Nasz Dziennik” – nazwano mediami „niepokornymi”. Przez większość III RP były one zepchnięte na margines, przez zamknięcie kurka z państwowymi środkami na ich działalność. Dlatego, można rzec, sprawiedliwości stało się zadość. Przyszedł ich czas. Salonem niepokornych mediów nie są lokale typu „Sowa & przyjaciele”, ale co najwyżej gabinety i sale posiedzeń Sejmu. Nie zmniejsza to jednak zawiści mediów mainstreamowych.

   Pokłosiem tego podziału jest ostro zarysowana tendencja. Wobec bezpardonowego chamstwa tzw. „salonu” przestały obowiązywać jakiekolwiek zasady przyzwoitości. W przeciwnika trzeba uderzyć mocno, ponieważ wróg  jest pozbawiony zdolności honorowych. W konsekwencji, wszystko, co pozwala zniszczyć chama i wroga, może być zastosowane bez żadnego skrępowania i zażenowania.

   Według prawicowych publicystów kulminacją chamstwa założycielskiego „salonu” był bezprzykładny atak na rządy braci Kaczyńskich w 2005 r. Następnie tolerowany przez lata „przemysł pogardy” wobec śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A po jego śmierci, sikanie do zniczy i gaszenie papierosów na staruszkach pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. I niewybredne inwektywy pod adresem braci Kaczyńskich, jakie padały z ust Janusza Palikota, Stefana Niesiołowskiego, śp. Władysława Bartoszewskiego i Kazimierza Kutza.

   Publicyści niepokorni nie czekali z rewanżem. Ministrów w rządzie Donalda Tuska i jego samego etykietowano mianem „palant i chłystek”, „matoł”, „nonszalancik z bandą cwaniaków”, „rządzące męty”. Wierzących w katastrofę smoleńską, a nie zamach – „skończone muły, sprzedajni kłamcy”, a o zwolennikach Platformy Obywatelskiej – „prepolskie larwy, postpolskie mutanty”, „mendy” i „świnie”.

   Druga strona nie pozostaje dłużna. Salon stworzył już sobie specyficzne alibi dla własnej agresji. Mainstream najostrzej zareagował na demonstrowanie przez prawicę, poczuciem moralnej wyższości oraz skumulowanymi i wszechobecnymi insynuacjami. A ta, jak wiadomo, jest najbardziej wyrafinowaną formą chamstwa, gdzie wulgarność i pogarda są ukryte w pseudo-poprawnościowym slangu, w ideologicznym kodzie.

   W ośmieszeniu przeciwników pękły już wszystkie hamulce. Haniebny atak przypuścił Wojciech Czuchnowski na Bronisława Wildsteina, powołanego do zespołu mającego wypracować z Izraelem kompromis w sprawie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Przy okazji Czuchnowski dokonał segregacji na  Żydów na lepszych i gorszych. Na Twitterze argumentował: - Bronisław Wildstein jako pożyteczny idiota prawicy. W 1968 władza też miała Żydów, którzy mówili, że w Polsce nie ma antysemityzmu. Smutna ale prawdziwa analogia. Zawiedzione nadzieje względem kolegi wyłożył w załączonym tekście pt. „Wildstein, pedagog bezwstydu, rzucony na odcinek izraelski”. Trzeba nie mieć hamulców w kłamstwie i zabójczo krótką pamięć. Zwłaszcza po tym, jak przez lata konfident UB Lesław Maleszka znalazł schronienie w redakcji przy ul. Czerskiej w Warszawie.

Moralny szantaż w cenie

   Sam redaktor naczelny Adam Michnik podniósł temperaturę sporu do gigantycznych rozmiarów. Podczas jednego ze spotkań „Legnickiego Uniwersytetu Latającego”, organizowanego przez lidera legnickiego Komitetu Obrony Demokracji Jacka Głomba: - Kryzys zarządzony przez PiS, jeśli będą rządzić dłużej, otworzy bramy tendencjom faszyzującym. To będzie festiwal populizmu.

   Najbardziej wyrazistym bodaj przykładem moralnego szantażu i insynuowania przeciwnikowi złych intencji było widać przy okazji stawiania diagnozy przez Adama Michnika: - Obecnie mamy do czynienia z pełzającym zamachem stanu (…). Rozmontowuje się trójpodział władzy, zlikwidowano niezależność mediów publicznych. Powolne wprowadzanie cenzury, które zaczyna się najpierw od presji ekonomicznej, przez nieoficjalną, instytucjonalną, do etapu, w którym ludzie zaczną się bać. Działania rządu można porównać do putinizacji Rosji i trzeba się temu stanowczo przeciwstawić.

   Bruku sięga język Tomasza Lisa - czołowego krytyka Prawa i Sprawiedliwości oraz jego prezesa. Nadejście złych czasów wieszczył już przed wyborami w 2015 r. - Cóż, pan prezes zapewnił niedawno, że „żadnej zemsty nie będzie”, ale cholera wie, czy słowa dotrzyma. Zwolenników i sympatyków Zjednoczonej Prawicy określił elegancko ludem żądnym krwi: - PiS-owski lud chce krwi. Pod każdym swoim tekstem czytam wpisy: „co strach cię obleciał”, „ostrzymy noże”, „Twój koniec nadchodzi”  albo  „wypier*** z Polski”. Redaktor Lis we właściwy sobie sposób wypalił równie dosadnie: - Znikąd wyper*** nie zamierzam. Nie boję się o siebie, ale o Polskę.

   Z obsesji wręcz na wypowiedzi prezesa PiS znany jest również redaktor Jacek Żakowski. W jednym z felietonów w „Gazecie Wyborczej dał wyraz swemu oburzeniu na słowa Jarosława Kaczyńskiego o „ojkofobii.  W egzaltowanym stylu stawia retoryczne pytania: - Jak bardzo trzeba gardzić państwem, narodem, społeczeństwem i ludźmi dokoła, by jedną ręką wciskać populistyczno-nienawistny kit, a drugą rozwalać budowane przez pokolenia państwo i pogardliwie korumpować publicznymi pieniędzmi kolejne grupy społeczne? (…) Ojkofobia, czyli niechęć do własnego narodu, to jedna z chorób, która dotknęła część sędziów”. Ojkofobia! Zapamiętajcie to słówko, którym Jarosław Kaczyński tłumaczy niszczenie polskich sądów. Bo pisowskie echo będzie je mieliło bez końca. Jak prezes tak walnie, to jego żuczki roznoszą to potem po Polsce i okolicy.

Uważajcie na gryzoni

   Jacek Żakowski bardzo chciał pomóc kandydatowi PO na prezydenta Warszawy Rafałowi Trzaskowskiemu. I pomógł. Kiedy polityk atakował swojego kontrkandydata w TOK FM,  dziennikarz nie wytrzymał:  - Człowiek katastrofa. To on nas wp…ł w całą tę aferę reprywatyzacyjną.

   Publicysta dostrzegał marazm i nieudolność ośmiu lat koalicji PO-PSL, ale nienawiść do konkurentów politycznych zawsze bierze górę:  - Błędów, zaniechań, nieprawości i niesprawiedliwości poprzednich dekad jest dużo. Wołają o pomstę i naprawę, której opozycja wciąż nie proponuje. Ale to, jak PiS – pod pretekstem naprawiania błędów poprzednich ekip – kulturowo, politycznie i cywilizacyjnie dewastuje swój kraj, nie ma w wolnej Polsce precedensu.

   Największą klęską dla Polski wedle Jacka Żakowskiego byłby rozpad jego ulubionego ugrupowania PO. Zwłaszcza przed wyborami samorządowymi 2018 r.: - Uważajcie na gryzonie z partyjnych okrętów – nawoływał z łamów „GW”. Propagandystę salonu III RP przeraziło odejście kilku działaczy i radnych z warszawskich struktur partii Grzegorza Schetyny. Wzywał do symbolicznego linczu uciekinierów: - Trójka warszawskich radnych tuż przed wyborami ogłosiła, że odchodzi z PO. Dobrze zapamiętajcie ich nazwiska, żeby przypadkiem na nich nie zagłosować: Lech Jaworski, Izabela Chmielewska i Aleksandra Sheybal-Rostek. I czujnie wypatrujcie innych podobnie sprytnych gryzoni dających nura w polityczną topiel, gdy sądzą, że ich partyjny okręt tonie.

   Podobne odezwy mogłyby wyjść spod pióra szefów kampanii wyborczych, nigdy apolitycznych dziennikarzy. W tym wypadku jest to czytelne ostrzeżenie. Środowisko „salonu” przeraźliwie obawiało się zmian w stołecznym ratuszu, rozliczeń, utraty władzy oraz pieniędzy.

Czytelnicy pod wpływem halucynogenów

   Bardziej wyrafinowany dotąd w krytyce obozu prawicy Jerzy Baczyński wymierzył ostrze w prawicowe media: - To media tożsamościowo-narodowe, w poglądach społecznych często lewackie. Gdyby nie złe skojarzenie zbitki słów można by powiedzieć, narodowo-socjalistyczne. Redaktor „Polityki” zastanawia się nad sukcesem mediów o wrażliwości konserwatywnej, patriotycznej. Obrażając przy okazji mentalność czytelników, sprowadzając ich potrzeby emocjonalne do środków halucynogennych. Gromi szczególnie tzw. publicystykę tożsamościową, która   - stosuje rozmaite metody manipulacji psychologicznej, które służą odnalezieniu ciepła w pewnej grupie wobec zimnej wrogości na zewnątrz. To silnie działający narkotyk .

   I dworuje w najlepsze z ważnych dla Polaków wartości religijnych, patriotycznych, przynależności do wspólnoty. Znieważa konkurencję, ośmiesza, ale i trochę zazdrości: - Gdy czytam kolejne tytuły pism prawicowych, to widzę, jakie tam są odprawiane czarne msze. To jest rodzaj liturgii, bo wraca co tydzień w tej samej postaci. (…) To klasyczne seanse nienawiści mające silnie związać grupę wyznawców, którzy gromadzą się pod papierowymi sztandarami (…). W naszym kraju budowa wspólnot obywatelskich idzie ciężko, dużo łatwiej z para=religijnymi.

   Podwójne standardy z całą ostrością uwidoczniły po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Media sprzyjające opozycji grzmiały, by o zmarłym nie pisać źle, ponieważ nie może się bronić. Ten przyjęty dobry obyczaj złamały te same media parę lat wcześniej. Konkretnie, Wojciech Czuchnowski i Ewa Wilczyńska na łamach – a jakże – „Gazety Wyborczej”. Dowodzili, że śp. prezydent Lech Kaczyński  miał „naciskać” na prokuraturę w sprawie Tomasza Komendy. Mężczyzna niewinnie odsiedział w więzieniu 20 lat. - Lech Kaczyński miał naciskać na oskarżenie Tomasza Komendy. Poprzeczkę w inwektywach podniosła Ewa Michalik wpisem na Twitterze:  - Od lat tak twierdzę i powtórzę: Lech Kaczyński był mściwym, małostkowym, pamiętliwym, zakompleksionym, niezdolnym do skutecznego działania, bardzo złym politykiem".

   Nie przebierając w słowach w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem w programie na portalu Onet, Ewa Wilczyńska zaatakowała Kościół: - Kościół zabija i gwałci ludzi. Księża zabijają. Przy okazji próby zmiany prawa aborcyjnego, i zaatakowała obóz rządzący. Kobiety mają siłę, aby obalić rząd.

Bomba informacyjna bez amunicji

   Ostatnio „Gazeta Wyborcza” przeszła do otwartego konfliktu z rządem Zjednoczonej Prawicy. Nie przypominam sobie podobnego ataku od lat. Jej szefowie już przed publikacją reklamowali serię tekstów z cyklu „Taśmy Kaczyńskiego” jako coś, co… rozgromi rząd, wysadzi go w powietrze, będzie polityczna bombą.

   Atmosferę podgrzała wypowiedź Tomasza Lisa w programie Onet Radio o „bombie informacyjnej”.  Wkrótce temat zdominował dyskusję na Twitterze i trafił do innych mediów. Michał Kolanko w serwisie rp.pl zaprezentował istną teorię machiaweliczną:  -Moment zatrzymania Bartłomieja M. i innych wyprzedza nowy, niekorzystny dla PiS temat, który ma pojawić się w najbliższych dniach. Do boju podgrzewał też zastępca redaktora naczelnego „GW” Jarosław Kurski, ubolewając, że „GW” nie udało się zwiększyć nakładu, więc zainteresowani powinni się postarać o zakup dziennika wcześnie rano.

   Z różnych powodów, tylko nieliczne sprawy znajdują swój finał w sądzie. Niedawno środowisko medialne entuzjazmował wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie, nakazujący wydawcy „Gazety Wyborczej” – spółce Agora i dziennikarzowi Wojciechowi Czuchnowskiemu przeprosić Prawo i Sprawiedliwość. W 2015 r. dziennikarz na łamach „Gazety Wyborczej” nie krył oburzenia na ułaskawienie przez prezydenta Andrzeja Dudę, Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA. Na finiszu poprzedniej koalicji PO-PSL polityk został skazany nieprawomocnie na trzy lata więzienia za nadużycie władzy. Jako szef CBA prowadził tzw. aferę gruntową w 2007 r. Czuchnowski krytycznie odniósł się do decyzji prezydenta, a tekst podsumował stwierdzeniem, że: - tak nie działa państwo demokratyczne (…)  tak działa państwo mafijne”. Dziennikarz poszerzony komentarz zamieścił także na portalu wyborcza.pl. zatytułowany „Mafijne państwo PiS”. Ostatecznie, za to słowa musiał przeprosić PiS.

   Do dezawuowania obecnej ekipy rządzącej media wykorzystują zaprzyjaźnionych ludzi nauki. Ewa Wilczyńska tak poprowadziła rozmowę z prof. Dariuszem Dolińskim z Uniwersytetu SWPS, by ten skonkludował: - Mowa nienawiści stworzyła atmosferę sprzyjającą zamachowi. Kluczową rolę w jej rozpowszechnianiu odegrał Kaczyński.

   Najgorsze, że z polskiej prasy czerpią wiedzę międzynarodowe organizacje wydające werdykty o zagrożonej u nas demokracji. Jedna z nich, „Reporterzy bez granic” w raporcie o stanie wolności na świecie World Press Freedom Index odmalowała Polskę fatalnie. Plasując nas na dalekim 54. miejscu, siedem pozycji niżej niż rok wcześniej. Z komentarzem: - To czasy „postprawdy, propagandy i uciszania mediów. Zadziwia szczegółowa wiedza autorów raportu na temat sytuacji w Polsce: - Nowa ustawa medialna (…) przekształciła media publiczne w media państwowe. Dyrektorzy kanałów telewizyjnych zostali z dnia na dzień zastąpieni przez przyjaciół ultrakonserwatywnej partii rządzącej. Zwrócili uwagę na sprawę zasadniczą, wspomnianą na wstępie, czyli próbę osłabienia finansowego m.in. „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i „Newsweeka”. Niepokoi ich także inicjatywa rządu zmierzająca do repolonizacji prasy. Faktem tym zaniepokojona jest także Unia Europejska, która wytknęła Polsce:  lekceważenie fundamentalnych unijnych wartości. 

   Warto, na koniec przywołać twórcę współczesnych mediów Marshalla McLuhana, który wizjonersko przewidział, że media nie są pomostem między człowiekiem a naturą; są naturą. Gdyż środki masowego przekazu, nawet jeżeli uważamy, że kłamią, mają na człowieka olbrzymi wpływ. Ustalają mu mianowicie listę tematów, ograniczając w ten sposób jego pole myślenia do informacji i opinii, jakie decydenci sami wybiorą i określą. Dlatego w błędzie jest ktoś, kto ufa, że myśli niezależnie, ponieważ jest krytyczny wobec treści przekazywanych mu przez media. Żeby nie zwariować – radzą psycholodzy -  należy czytać media obu plemion i wnioski wyciągać samemu. A dla higieny psychicznej, miesiąc w roku przeznaczyć na całkowity reset żeglując po pięknych jeziorach mazurskich.

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl