Media, zwłaszcza prasa, w miarę jak „uwalniają się” od swojego znaczenia biznesowego, coraz częściej wracają do korzeni, przypominają sobie i innym o tym jak ważną role odgrywają w „infrastrukturze” demokracji. Możliwe jest to jednak tylko dzięki możnym sponsorom.

   Na amerykańskim rynku prasowym, podobnie jak wszędzie w krajach rozwiniętych, nie dzieje się najlepiej. W ciągu ostatnich kilku tygodni zarówno wielki ongiś Gannett, jak i inny mniej u nas znany koncern prasowy, McClatchy, właściciele setek gazet w całym kraju, ogłaszają zwolnienia i wyprzedaże, które doprowadzą do likwidacji setek miejsc pracy. Ganneta chce kupić oferent wspierany przez fundusz hedgingowy, co, jeśli się powiedzie, doprowadzi zapewne do dalszych cięć kosztem dziennikarzy. Amerykanie dobrze wiedzą, co się dzieje, gdy za prasę bierze się tego typu inwestor. Jak muchy padają nawet tabloidy, jak np. „New York Daily News” tytuł ze stuletnią bez mała tradycją, którego właściciel, firma Tronc Inc,  poinformowała w lipcu 2018 roku podczas trwającej minutę odprawy w newsroomie, że zamierza zwolnić 50 proc. z liczącej 85 osób redakcji.

   W USA w ostatnich latach zamknięto lub „skonsolidowano” około dwa tysiące tytułów prasowych. Według Penelope Muse Abernathy, która z Uniwersytetu Północnej Karoliny, liczba pracujących dziennikarzy spadła do połowy stanu sprzed 15 lat.

   Z drugiej strony w USA widać od paru lat tendencję, czy też swoistą „modę”, na przejmowanie tytułów prasowych przez miliarderów, głównie z branży IT, trochę na zasadzie filantropii, przynajmniej tak jest to przedstawiane. „Aniołem” takim stał się np. Patrick Soon-Shiong, południowoafrykański przedsiębiorca biotechnologiczny, opisywany również jako najbogatszy lekarz w historii świata, gdy kilka miesięcy temu nabył znaną gazetę lokalną „Los Angeles Times”, która, jak wiele gazet, boryka się w ostatnich latach z wielkimi problemami. Transakcja, nie pierwsza tego rodzaju, odebrana została z nadzieją przez dziennikarzy. Inne tytuły czekają na swoich „aniołów”.

   Inną inwestycją o „anielskim” charakterze, był szeroko komentowany zakup przez potentatów z Krzemowej Doliny udziałów w „Time Magazine”. Z kolei Laurene Powell Jobs, wdowa po legendarnym założycielu firmy Apple, kupiła większość udziałów w „The Atlantic”. „The Washington Post” jest od prawie sześciu lat własnością założyciela Amazon, Jeffa Bezosa. Przejęcia te przedstawiane są jako działalność pro publico bono, wsparcie dla prasy, która nie jest w stanie konkurować na rynku reklamy z Facebookiem i Google.

Pieniądze z KIckstartera

   Inwestycje powyższe mają dawać przykład i uczulać, nie tylko nababów branży technologicznej, ale również zwykłych ludzi, że prasa, prasa lokalna to coś ważnego dla społeczeństwa i demokracji. Kto wie, czy nie trochę za przykładem tych aniołów z wielkim gestem, poszli ludzie, którzy w zorganizowanych na Kickstarterze kampaniach crowdfundingowych dali pieniądze nie nastawionym na generowanie przychodów, lecz na informacyjną służbę na rzecz lokalnych społeczności, serwisom takim jak LAist (dla Los Angeles) i DCist (dla Waszyngtonu). Wcześniej pieniądze z tego źródła pozyskał nowojorski Gothamist.com.

   „Mamy nadzieję, że będzie to skuteczny model. Chcemy powiedzieć ludziom – włączcie się! Nie robimy tego dla pieniędzy, staramy się tylko zapewnić godziwe pensje naszym reporterom i pozyskać jak najwięcej ludzi tam, którzy są z nami w tej misji. Wszystkie zebrane pieniądze trafiają do dziennikarzy i redaktorów” - mówił Shamus Toomey, zaangażowany w podobną inicjatywę o nazwie DNAinfo w Chicago w rozmowie z serwisem Medium.com.

   „Na dłuższą metę nasze projekty będą udane tylko wtedy, gdy naprawdę zaangażujemy w nie całą społeczność lokalną” - dodaje w tej samej rozmowie Jake Dobkin, założyciel Gothamist.

   Nam te pomysły mogą wydać się nieco idealistyczne, aby nie powiedzieć – naiwne. Jednak w krajach o silniejszej więzi społecznej i tradycjach prasy, która ma nie tyle zarabiać, ile funkcjonować na rzecz lokalnej społeczności, nie brzmi to dziwacznie.

Facebook też przymierza anielską szatę

   W styczniu tego roku swoje plany co do lokalnych mediów ogłosił Facebook, deklarując chęć zainwestowania 300 milionów dolarów w lokalne projekty informacyjne. Nie są to więc gazety w sensie ścisłym, ale nie wyklucza to chyba przejęć lokalnych tytułów z tradycjami, aby pomóc im w transformacji do ery cyfrowej. „Ludzie chcą więcej lokalnych wiadomości, a lokalne newsroomy potrzebują wsparcia” - pisał na blogu korporacyjnym Campbell Brown, wiceprezes Facebook'a ds. globalnego partnerstwa informacyjnego.

   Pierwsze pieniądze od społecznościowego giganta mają trafić jednak nie do poszczególnych wydawców czy redakcji ani też do nowych serwisów, lecz do organizacji i fundacji, które wspierają projekty lokalnych mediów, w tym także dofinansowujących dziennikarstwo śledcze, takich jak Report for America, który ma otrzymać dwa miliony dolarów, co zdaniem Facebooka pozwoli na sfinansowanie tysiąca pensji dziennikarskich. Innym znanym beneficjentem tej facebookowej dobroczynności jest Pulitzer Center, które otrzyma 5 mln dolarów na sfinansowanie co najmniej tuzina projektów śledczych na poziomie lokalnym.

   Ruch Facebooka jest komentowany różnie. Jedni odbierają to jako pewnego rodzaju PR w celu poprawienia wizerunku mocno nadszarpniętego kolejnymi skandalami dotyczącymi danych użytkowników. Inni obawiają się, że platforma społecznościowa nie jest bezinteresowna, i być może będzie chciała wpływać na ton i treści we wspieranych jej pieniędzmi mediach.

Przybywajcie na białych koniach

   Niezależnie od tego, co naprawdę zamierza Mark Zuckerberg, za oceanem coraz częściej ostatnią nadzieję dla mediów widzi się już tylko w takich jak on, nieprzytomnie bogatych dzieciach internetowego boomu, które ogromny majątek zdobyły na czymś zupełnie innym i mogą pozwolić sobie na charytatywne (bo biznesem tego już zazwyczaj nazwać nie można) wejście w media, głównie prasę, bo telewizja jeszcze sobie radzi. A zespołom redakcyjnym wystarczy doprawdy niewielki ułamek tego, co mają ci bogacze.

   Do takich ludzi emocjonalnie apelowała w lipcu, tuż po gromie z jasnego nieba na „New York Daily News”, Alicia Shepard, członkini rady darczyńców USA TODAY i ceniona w USA medioznawczyni.

   „Lokalne dziennikarstwo potrzebuje Twojego portfela, Twojej hojności, Twojego zaufania i obietnicy braku ingerencji w treści,” pisała. „W zamian dziennikarze obiecują uczciwe, prawdziwe i potrzebne społeczeństwu  i naszej demokracji dziennikarstwo, które informuje i rozlicza osoby publiczne”.

   „Gazety potrzebują zbawicieli” - wołała. - „Ale nie takich  z chciwych funduszy hedgingowych. Takich jak Bezos z Amazona, który  uratował ‘Washington Post’, takich jak Soon-Shiong”.

   „Ostatnią nadzieją dla gazet, rycerzami na białych koniach są ci miliarderzy” -  tak kończy swój apel pani Shepard, w nieco może zanadto egzaltowany sposób, ale jej ton jest całkiem adekwatny do dramatyzmu sytuacji.

Gdy anioł ma na świecie nie tylko przyjaciół

   Niektórzy rycerze, czy jak pisałem wcześniej, „anioły”, odpowiadają na te apele. We wspomnianej już transakcji, Marc Benioff, założyciel i dyrektor generalny Salesforce.com, i jego żona Lynne Benioff, wydali  na zakup, czy raczej ratowanie magazynu „Time”, 190 milionów dolarów. Inny potentat z branży IT, założyciel eBaya, Pierre Omidyar, zainwestował w projekty „pro-dziennikarskie” już w 2013 r., czyli wtedy kiedy w „The Washington Post” wszedł Jeff Bezos. Historia tego ostatniego jest dla wielu modelowym przykładem. Niestety, ostatnie wydarzenia każą spojrzeć na relacje „anioła” Bezosa z gazetą, którą nabył, ze znacznie mniejszym rozanieleniem.

   „Fakt, że jestem właścicielem <Washington Post> to dla mnie <complexifier> [nowotwór językowy nie istniejący w j. ang. oznaczający zapewne komplikacje – przyp. MU]. Nieuniknione jest, że niektórzy potężni ludzie, którymi zajmuje się ‘Washington Post’, błędnie sądzą, że jestem ich wrogiem” - napisał niedawno Bezos na swoim blogu.

   Gazeta rozkwitła po tym jak w 2013 roku kupił ją za 250 milionów dolarów. Zatrudniono dodatkowych dwieście osób w newsroomie, który liczy obecnie dziewięciuset dziennikarzy. WP od momentu przejęcia zdobywał liczne nagrody i wyróżnienia. Ma ponad 1,5 miliona abonentów cyfrowych, a biznes w ostatnich trzech latach  przynosił dochody. Ale sielanka skończyła się, gdy w momencie kryzysowym dla właściciela, musiała obiektywnie relacjonować wydarzenia z nim związane i zająć jakieś stanowisko.

   Chodzi o ostre starcie Bezosa z tabloidem „The Enquirer”, który zapowiedział publikację dowodów romansu szefa Amazona z telewizyjną dziennikarką Lauren Sanchez. Bezos opublikował na blogu tekst, w którym oskarżył Davida J. Peckera, prezesa American Media Inc.,  firmy wydającej „The Enquirer”, iż ten, przez pośredników, go szantażuje. Sprawa ma aspekty polityczne i według niektórych opinii, groźby opublikowania zdjęć i erotycznych SMS-ów Bezosa, mogą być też zemstą Saudyjczyków, których to służby za tym wszystkim ponoć stoją. Jeśli dodamy, że zamordowany przez agentów Arabii Saudysjkiej dziennikarz Jamal Khashoggi współpracował z „Washington Post”, rzecz zaczyna się układać. Ale nie będziemy się to zagłębiać, bo cała afera jest jednak stosunkowo skomplikowana i wielowątkowa, a nas interesuje głównie relacja pomiędzy Bezosem a gazetą, którą „ratował”, oraz konsekwencje zarówno dla niej jak i dla dziennikarskiego obiektywizmu.

   „WP” znalazł się w sytuacji, w której nie mógł udawać, że sprawy nie ma. Relacjonował wydarzenia, zgodnie z zasadami obiektywnego dziennikarstwa. Jednak w odredakcyjnym komentarzu wyraźnie poparł Bezosa. Frederick J. Ryan Jr., wydawca gazety, zapewniał potem, że „pan Bezos nie odegrał żadnej roli” w przygotowaniu i redagowaniu tego edytorialu. Jednak nie było takiego zastrzeżenia przy samym komentarzu na łamach. I o to wielu obserwatorów miało do gazety spore pretensje.

   Historia ta przypomina, że Bezos jest publiczną postacią o wielkim bogactwie, wpływach i stosunkach na całym świecie. Wzbudza nie tylko pozytywne, ale również wiele negatywnych uczuć. Oskarża się go m. in. o niszczenie tradycyjnego handlu i setek tysięcy miejsc pracy. Nawet jeśli był dla „Washington Post” aniołem, jest być może kimś zupełnie innym dla wielu ludzi w USA i na świecie. Gazeta obudziła się z komfortowego, miłego snu z lękiem o to, czy nie przylgnie do niej etykietka „organu Bezosa” lub wręcz „Amazon Post”.

Anioł państwowy?

   W Europie, gdzie trudniej o rycerzy i aniołów w wielkim workiem pieniędzy, trwa dyskusja o nowych modelach mediów i dziennikarstwa, uwolnionych od presji zysku. Niestety nieustannie wraca też, w sytuacji gdy nie możemy liczyć na takich filantropów jak Bezos czy Benioffowie, koncepcja „rządowego wsparcia” dla mediów.

   Lokalne media mogą zniknąć, jeśli rząd nie zapewni bezpośredniego wsparcia finansowego – głoszą np. eksperci w raporcie na temat przyszłości brytyjskich mediów, cytowanym kilka dni temu w „The Guardian”. Ostrzegają, że upadek branży stanowi zagrożenie dla „stabilnej demokracji”.

   Raport zespołu pod kierownictwem Frances Cairncross, która na Wyspach jest powszechnie szanowanym autorytetem w dziedzinie środków przekazu, rekomenduje m. in. „Bezpośrednie finansowanie środków przekazu ze środków publicznych w celu wsparcia demokracji lokalnej za pośrednictwem nowego instytutu informacji użyteczności publicznej”.

   Nie jestem znawcą stosunków brytyjskich, ale gdy słyszę o „środkach publicznych dla mediów” przydzielanych w dodatku przez kolejne biurokratyczne (a może i upolitycznione) ciało, to… zaczyna mi się przypominać zupełnie inny kraj.

   To może jednak niech będą ci miliarderzy.

   Panie Sebastianie i Pani Dominiko, Panie Michale (wiem, nie chciał, pan TVN, ale gazeta wychodzi znacznie taniej), Panie Zygmuncie! Nie chcecie przypadkiem zostać aniołami? Nie chcecie być jak Jeff Bezos?

Mirosław Usidus

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl