Wolność prasy i jej prawo do krytyki są ważniejsze niż dobre samopoczucie polityków. Wierność tym zasadom może czasami doprowadzić dziennikarza do procesu sądowego. A politycy potrafią pozwać nawet katolickie media.

   Jakiś czas temu głośno zrobiło się o Wojciechu Biedroniu, dziennikarzu portalu w wPolityce.pl i tygodnika „Sieci”, którego skazano z art. 212 kk. Artykuł ten sankcjonuje przestępstwo zniesławienia. W związku z tym ukazała się na portalu SDP ciekawa rozmowa z dziennikarzem, zatytułowana „Bat na wolność słowa”. Jest to bardzo dobry punkt wyjścia do podjęcia, chociaż krótko, tematu wolności słowa.

Wolność słowa i rzetelność dziennikarska

   Wolność jest jednym z największych darów, jaki człowiek otrzymał od Boga. Wolność słowa jest natomiast jednym z najważniejszych osiągnięć współczesnej demokracji. Warto przypomnieć, co na temat wolności w bardzo klarowny sposób mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Czytamy w nim, że „wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii. Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego” (n. 1738). Zauważmy zatem, że prawo do wolności powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione, ale ważny jest tutaj kontekst, a mianowicie „w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego”.

   Wiemy dobrze, że jest bardzo wielu uczciwych dziennikarzy odpowiedzialnych za słowo. Wolność słowa powinna jednak oznaczać prawdę i dobro człowieka. Warto też przypomnieć, że słowem można zniszczyć i zabić. Dlatego tak ważne jest dobro odbiorców. A nawet jeśli dojdzie do pomyłki, to trzeba mieć odwagę się do tego przyznać i próbować naprawić swój błąd. To bardzo ważna, moim zdaniem, cecha rzetelności dziennikarskiej.

Poprawność polityczna i kneblowanie prasy

   Kłopot z wolnością słowa pojawia się wówczas, kiedy w grę wchodzi poprawność polityczna, a w związku z tym dochodzi nawet do przypadków  kneblowania ust dziennikarzom, zastraszania ich. Kiedyś senator Czesław Ryszka w swoim felietonie na łamach „Niedzieli” (nr 45/2017) słusznie zauważył, że trudno jest mówić o rzetelności dziennikarskiej „w sytuacji dominacji tzw. politycznej poprawności, która stała się rodzajem bezwzględnej, totalnej cenzury publicznej bądź autocenzury, swego rodzaju ideologią. Polityczna poprawność to dzisiaj najbardziej niebezpieczny instrument fałszowania rzeczywistości, a w konsekwencji – świadomości społecznej” – pisał Ryszka. W tym samym felietonie senator Ryszka przypomniał słowa św. Jana Pawła II, który zwracając się do ludzi mediów, prosił: „Nie pętajcie ducha ludzkiego władzą, jaką dysponujecie, cedząc informacje, propagując wyłącznie społeczeństwo obfitości, dostępne zaledwie mniejszości; bądźcie raczej rzecznikami godności człowieka, jego słusznych wymagań; bądźcie narzędziem sprawiedliwości, prawdy i miłości. Obrona tego, co ludzkie, oznacza umożliwienie człowiekowi dojście do pełnej prawdy” (Brazylia, Salvador da Bahia, 7 lipca 1980 r.). Wydaje się również, że wolność prasy i jej prawo do krytyki są ważniejsze niż dobre samopoczucie polityków, oczywiście przy zachowaniu rzetelności dziennikarskiej.

Dziennikarstwo i fakty

   Dobre dziennikarstwo to takie, które opiera się na faktach. To jest taka zasada, która powinna zawsze obowiązywać. Dlatego też prezentując czyste fakty, dziennikarze powinni być wolni od jakichkolwiek nacisków właścicieli mediów czy też polityków. Nie wolno „kazać prawdzie, by za drzwiami stała”, mówiąc językiem Norwida. W 2014 r. bardzo ważne na ten temat słowa skierował do dziennikarzy i ludzi mediów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski. „Wolność oderwana od prawdy o człowieku wyradza się w życiu indywidualnym w samowolę, a w życiu politycznym w przemoc silniejszego i w arogancję władzy. Dlatego dziennikarze, zgodnie ze swoim sumieniem, powinni opierać się siłom nacisku, domagającym się od nich, by przystosowali prawdę do oczekiwań właścicieli mediów czy władzy politycznej. Winni starać się nie tylko informować odbiorców, lecz również ich formować, czyli poniekąd wychowywać odpowiednimi treściami przekazu dziennikarskiego” – napisał abp Depo.

Blokada wolności słowa

   Na problem blokady wolności słowa zwróciła uwagę publicystka Wiesława Lewandowska, która w 2014 r. na łamach „Niedzieli” napisała: „Główną podporą systemu blokującego wolność słowa w III RP są niezlustrowane sądownictwo (odważni dziennikarze są przez wielu sędziów traktowani niezrozumiale srogo) oraz prawo nakładające dziennikarzom kaganiec (art. 212 KK i art. 448 KC). W obawie przed prywatnym bankructwem – za naruszenie czyichś dóbr osobistych sąd może zasądzić zadośćuczynienie, którego wysokość ocenia on sam, do tego dochodzą często bardzo wysokie koszty przeprosin w mediach ogólnopolskich – lub tylko za cenę utrzymania pracy dziennikarze stosują autocenzurę” („Niedziela” 25/2014). Jak się okazuje, nadal w Polsce mamy z tym do czynienia. Artykuł 212 Kodeksu karnego, który jest peerelowskim reliktem, nadal jest batem na wolność słowa. Oczywiście, jest też druga strona medalu i czasem mamy do czynienia z fanatycznym kultem wolności słowa.

Sytuacja w mediach katolickich

   Czy redakcje i dziennikarze katoliccy mają procesy sądowe? Oczywiście, że także dziennikarze mediów katolickich są poddani procesom sądowym. Tak stało się np. w przypadku jednej z diecezjalnych edycji „Niedzieli”, której jeden z lokalnych polityków wytoczył proces o zniesławienie za tekst, który w 2014 r. ukazał się na łamach edycji tygodnika.  Złożony po trzech latach pozew redakcja odczytała jako próbę zastraszenia „Niedzieli”, a przy okazji innych mediów, które miały relacjonować kampanię samorządową. Sprawa dziennikarza „Niedzieli” okazała się doskonałym przykładem próby kneblowania prasy w przededniu wyborów samorządowych. Wówczas lokalny polityk, świadomy możliwej krytyki ze strony dziennikarza, który dobrze orientował się w meandrach samorządowych układów, wytoczył na rok przed wyborami sprawę o ochronę dóbr osobistych (rzekomo naruszonych trzy lata wcześniej). Wydaje się, że mogła to być próba wyeliminowania krytyki prasowej w czasie kampanii wyborczej. Warto dodać, że publikacja „Niedzieli” była starannie przygotowana w oparciu o rozmowy indywidualne, a przede wszystkim o treść wyników kontroli, które potwierdziły liczne nieprawidłowości i uchybienia zauważone w tamtej rzeczywistości, o czym zresztą zapewniali dziennikarze lokalnej edycji tygodnika. Sytuacja ta pokazuje, że warto ocalić prawo do krytyki lokalnych polityków. Bez tego bowiem samorządowe układy mogłyby zakneblować każdego dziennikarza i każdą niekorzystną dla siebie informację. Jednak trzeba pamiętać o rzetelności dziennikarskiej, etyce dziennikarza i szacunku do prawdy.

   Oczywiście, media katolickie są mniej narażone na procesy sądowe. I nie chodzi tutaj tylko o łagodność języka, ale po prostu nie są tak bardzo zaangażowane w dziennikarstwo śledcze. Mają funkcję ewangelizacyjną i formacyjną. Jednak czasem także dziennikarze mediów katolickich spotykają się z takim czy innym samopoczuciem, oceną i odbiorem polityka.

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl