Tu urodziła się Halina Miroszowa – bajerował Marian Bekajło, nestor wśród nas, reporterów publicystyki TVP. Mówił to zawsze, gdy ekipa przejeżdżała „krajówką” w pobliżu Mławy. To oczywiście była nieprawda, ale wiadomo, że kłamstwo powtarzane po wielekroć uprawdopodabnia się.

   Halina też trochę kręciła, raz przyznawała się do Łomży, a raz do Warszawy. W Ł. witano ją jak swoją. Prowadziła tam spotkania z niezwykle popularną i jeszcze bardziej szybkomówną Hanką Bielicką. Lubiły się i pasowały do siebie. Obie miały mężów przystojniaków, wysokich i szczupłych. Bielicka – amanta filmowego, a Miroszowa tajemniczego, wstrzemięźliwego wypisz wymaluj hrabiego lub przynajmniej dziedzica. Dworek pasował do kompletu, z tym że nowobogacki, który go posiadł dobudował do klasycznego korpusu pasującą jak pięść do oka przybudówkę, by - otworzona tam restauracja – była większa.

Fot.Ireneusz Sobieszczuk/TVP

   Oczywiście Halina miała dobry gust. Ładnie się ubierała. A do tego mówiła w sposób charakterystyczny, przeciągając nieco samogłoski nawet wtedy, gdy nawijała jak karabin maszynowy. Miło się jej słuchało, bo dykcję miała bezbłędną, a że kobieta była mądra to i treść jej wypowiedzi nie była nudna – owszem, ironiczna, a nawet złośliwa czasem, ale w umiarze. Bez powodu nigdy nikomu nie robiła przykrości. A do tego miała zawadiacki uśmiech. W sumie była to prawdziwa radocha, gdy się jej słuchało.

   Czasy były, jakie były. Ludzie wypowiadali się raczej powściągliwie. Dziś wiemy, że bardzo wielu latało z donosami. Władza jednak potrzebowała idoli i wybrańców. Oni nie musieli być lizusami. Przez fakt, że po prostu byli w okienku ze swoją przystojną buzią i ładnie mówili to już tym samym pomagali. Pomożecie? – pytał taki jeden – pomożemy. Ale do czasu.

   Po latach niektórzy snują opowieści anegdotyczne o tym jak się stawiali władzy, albo jak usypiali jej czujność. Najśmieszniejsze są te opowieści, gdy snuje się story o tym, jak kiwano cenzorów. Dzisiaj ich nie mamy, bo i po co. Samocenzura wystarczy. To prawda, że wówczas ten ping pong z władzą miał miejsce. Inteligentniejsi mrugali nieco okiem, by dać telewidzom do zrozumienia, ale jednocześnie bardzo uważali, żeby nie wyjść za margines, na którym brykać im pozwalano.

   Miroszowa łatwo nawiązywała kontakty. Była ciepła i przyjacielska. I ona rzeczywiście pomagała ludziom. Nie kończyła działań na tym co powiedziała w programie. Poświęcała swój prywatny czas (już bez honorarium autorskiego) na dalsze załatwianie, troszczenie się o ludzi. Telefonowała, wstawiała się za tym i owym lub za tą i ową. Pomagała znaleźć pracę, pogodzić męża z żoną, a nawet potrafiła pojechać w Polskę do biednego sierocińca albo i więzienia.

TAKA MATKA POLKA – można się było uśmiechać, ale kpin nie było.

   Ile miała lat w okresie swej największej popularności – tego nikt nie wiedział. Bo i po co. Opowiadała o Powstaniu Warszawskim. O swoim sanitariuszowaniu. Można było wierzyć lub nie. Ale kłóciło się to trochę wiekowo z wizerunkiem damy, która ciągle wydawała się być młoda.

   Duchem taka była na pewno. Współpracowaliśmy realizując programy nazywane „Bankami Miast”. Mieliśmy miesiąc na poznanie środowiska, ludzi i spraw. A potem był wielki finał i zażarta walka między miasteczkami. Zależało mieszkańcom i władzy by wygrać, bo coś za to dostawano. Na przykład samochód ciężarowy, śmieciarkę lub jakieś dodatkowe fundusze na budowę stadionu, chodników, wodociągów. Zależało też na zwycięstwie mieszkańcom. Podniecali się rywalizacją i tym, że mogli wystąpić w telewizji. I rzeczywiście malowano domy, czyszczono obejścia, przygotowywano występy artystyczne, na przykład w Tucholi prywatni ludzie wymalowali kilkaset swoich domów pokrywając ściany regionalnymi motywami ozdobnymi.

   W czasie transmisji Banków Miast Halina była w swoim żywiole. Z mikrofonem w ręku, buzią do kamery, między przeżywającymi występy z entuzjazmem ludźmi. Ten program oglądała cała Polska a i władze się bacznie przyglądały, wyczulona na słowa krytyki. Ale nikt się nie obrażał i z reguły w czasie programu rewanżowego (po pół roku albo po roku) następowała widoczna poprawa różnych niedociągnięć. Oczywiście było też sporo zwykłej propagandy – jak to zawsze w telewizji – ale jednak również bardzo dużo prawdziwych dokonań. To wszystko ku pokrzepieniu serc, w szarej rzeczywistości.

   Artyści – i to ci z pierwszej półki – garnęli się do Miroszowej, bo bardzo fajnie potrafiła ich przedstawiać i popularyzować. Halina znała wszystkich i wszyscy ją znali. Nie pamiętam, by ktoś odmówił występu, nawet bardzo krótkiego – takiego na dwa, trzy zdania. Artyści byli często zapraszani do miast, z których pochodzili i chcąc się zrewanżować pracowali społecznie.

   Aktorzy są ozdobą kultury. Niestety szybko odchodzą w zapomnienie. Na szczęście pozostają kadry filmowe, zapisane spektakle teatralne. Ale to już nie to samo co żywy kontakt i przebywanie razem w jednym miejscu i czasie. A jeśli jeszcze rozmawiający  z gwiazdą jest równie popularny i miły – efekt jest pozytywny, z radością się takie programy ogląda.

   Wróćmy do wspomnień.

   Oto plan zdjęciowy z lat siedemdziesiątych, miejsce - Szczawnica. Halina nagrywa wywiad ze słynnym twórcą i długoletnim dyrektorem pracowniczego uzdrowiska Szczawnica. Na tle wieżowców, które wybudowały tu przyciągnięte z całego kraju wielkie polskie firmy przemysłowe stoi doktor Paweł Kukliński. Halina zaczyna perliście, a tu operator – najwidoczniej zwariował – uznał za konieczne przerwać nagranie i poprawić nieco przekrzywiony krawat dyrektora – doktora. Trzeba było zaczynać od początku nagranie. Halina wściekła nalałaby chętnie naszego technicznego kolegę, ale nie może tego zrobić przy obcych. No i wiadomo, że nic dwa razy się nie zdarza, a bardzo dobre w zamyśle jest wrogiem dobrego – dyrektor od tego momentu myśli więcej o krawacie, niż o tym co mówi.

   Innym razem dwaj rywalizujący ze sobą naczelnicy miast zaczynają w czasie transmisji na żywo przemawiać do siebie coraz ostrzej. Ale Halina jest przygotowana. Wiedziała, że obaj byli kiedyś sportowcami, zawodnikami skaczącymi na nartach. I to przypomnienie łagodzi od razu agresywny ton wypowiedzi.

   Mitygować też trzeba rozpalone, rywalizujące ze sobą głowy młodych reporterów, więc mówi: „Spokojnie Rysiu, spokojnie Funiek”. Wystarczyło. Miała autorytet.

   Wymyśliła program „Szuflada”. Otwierała i wyjmowała bibeloty, stare kalendarze, w których wszystko na co dzień notowała. Duże tego było. Zapiski najlepiej przypominały lata i różne przygody w czasie pracy na Woronicza.

   Niewiele trzeba było pokazywać. Dama opowiadała bowiem wspaniale. Uśmiechała się i zatrzymywała przy telewizorach ludzi siedzących w fotelach i na stołkach. O mszy w telewizji, o modlitwie w TVP nikt nawet wówczas nie śnił, ale programy Haliny Miroszowej traktowane były z wielkim nabożeństwem. Uspakajały, skłaniały do medytowania, stanowiły chwilę zadumy. Mała, biało-czerwona zakładka do książek, złoty dzwoneczek, albo pocztówka z Częstochowy rozbudzały wyobraźnię lepiej niż tyrady słów i sztampowe gadulstwo.

   Do jej stolika dosiadł się Aleksander Małachowski. Popularny wówczas felietonista tygodnika społeczno-kulturalnego. Pisał tam również na ostatniej stronie Bogdan Tomaszewski i inni. Z tych najlepszych. Małachowski usiadł i tak już został. Gawędzili przed kamerami przez wiele miesięcy. Redaktor wcale nie był stary, choć nosił długie gęste i nieprzyczesane włosy, brodę i wąsy. Taki prorok lub woj z bardzo starej baśni. Halina do końca życia pozostała redaktorką, a Małachowskiego zapamiętaliśmy jak stał się potem ważnym politykiem – nawet Marszałkiem Sejmu. Stuk – stuk laską w podłogę. Sejm, Senat – wyrażają zgodę. Śmiał się piosenkarz, ale zasada jest niezmienna. Może trochę dzieje się inaczej. Może.

   Małachowski był popularny. I to bardzo. Wówczas nie przewijało się jeszcze tylu mądrali przez mały ekran. Za to ten, który tam się pojawiał stawał się powszechnie znany. Czy Halina przez uczestnictwo w cotygodniowym nocnym programie pomogła Małachowskiemu? Być może. Facet – jak to facet – nigdy by się do tego nie przyznał. Zresztą jemu samemu można przyznać, że nie był to typ pikusia z plasteliny, który robi z ekranu zalotne minki. Zaskoczył na przykład, gdy w czasie urlopu swoją SHL-ką 125 centymetrów sześciennych przejechał ciurkiem przez Europę do Izraela. Starszy Pan, a dał radę. Mimo lat i przyzwoitej wagi – na pewno ponad sto kilogramów.

   W czasie programu nie mówili do siebie „na ty”. Ale też nie rywalizowali o względy widza. Chyba im to nawet do głowy nie przyszło. Mówili do ludzi. Każdy swoje. Ale  ten duet brzmiał razem dobrze.

   Na kilka lat przed śmiercią (w 2014 r.) Halina znalazła się w Skolimowie. Dobrze, że jest ten dom dla odchodzących twórców. Może tylko szkoda, że choć znajduje się blisko Warszawy, jego pensjonariusze są jednak daleko od oczu innych. A przecież mają na pewno wiele jeszcze do powiedzenia. Coraz mniej jest ludzi pamiętających idoli sprzed lat, a także młodych, którzy mogliby choć trochę zainteresować się nestorami. Mówi się, że lubimy aktorów. Oni jednak szybko odchodzą. Warto o tym pamiętać.

Stefan Truszczyński

 

PS. W poprzednim wspomnieniu - o Jerzym Ambroziewiczu - napisałem, że Sobiesław Zasada, właściciel wielkiej firmy zamienił wspaniałego reportera na innego. Napisałem też, że wkrótce naczelny publicystyki TV zmarł. Otóż zatelefonował do mnie współpracownik i przyjaciel naszego ongiś najlepszego rajdowca i człowieka wielkiego sukcesu w biznesie i rzekł mi, że pan Sobiesław załatwił operację serca Ambroziewiczowi u jednego z najlepszych profesorów kardiologów. Niestety było za późno.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl