Po znanych publicystach Cezarym Gmyzie i Witoldzie Gadowskim, którym proces wytoczył niemiecki koncern Ringier Axel Springer Polska, proces czeka redaktora portalu naszlidzbark.pl Andrzeja Pieślaka, którego pozwał wydawca „Gazety Olsztyńskiej”  (właścicielem jest  Franz Xavier Hirtreiter z Bawarii). We wszystkich trzech procesach chodzi w zasadzie o to samo, o zarzut, że niemiecki właściciel mediów wydawanych w Polsce nie  służy polskiej racji stanu, a wręcz przeciwnie.

   Cezary Gmyz ma proces za wpis na Twitterze: „powinniście milczeć @RobertFelus mając nazistowskiego wydawcę”. Była to jego reakcja za oburzenie „Faktu”, iż w relacjach z rocznicy wybuchu II wojny światowej dziennikarze TVP mają mówić mówić o „Niemcach”, a nie o „hitlerowcach” czy „nazistach”. 

   Witold Gadowski za wypowiedzi, że jej media RASP „działają przeciwko polskiej racji stanu” oraz stwierdzeń, w których przypominał, że założyciel Axel Springer współpracował z nazistowskimi władzami Niemiec.

   Andrzej Pieślak za komentarze pod adresem gazet wydawanych przez spółkę Hirtreitera (Grupa WM) jako „Gadzinówkę Olsztyńską”, „gadzinówkę niemieckiej propagandy” oraz „szmata lidzbarska”. Spółka pozwała dziennikarza z art. 212 żądając przeprosin i 500 zł na cel społeczny. Andrzej Pieślak odmówił.

Sprawa Andrzeja Pieślaka

   Skupię się na sprawie red. Pieślaka, gdyż sprawy słynnych publicystów zostały nagłośnione, spotkały się z żywym odzewem ich czytelników i będą mieli wielu obrońców. O Andrzeju Pieślaku, mieszkańcu Lidzbarka Warmińskiego, 16-tysięcznego miasteczka w woj. warmińsko-mazurskim nikt nie słyszał i w związku z tym ma dużo mniejsze szanse na ujęcie się za nim opinii publicznej. Ponadto jego kilkuletnia przygoda z dziennikarstwem naraziła go na nieustanne nękanie przez lokalną sitwę, która bez przerwy składa na niego skargi do prokuratury i wytacza procesy. Miał ich już kilkanaście. W tej chwili ma w sumie 3 procesy, w tym ten z oskarżenia spółki  Hirtreitera.

   Otrzymanie aktu oskarżenia Andrzej Pieślak tak skomentował na swoim portalu:
„Olsztyńska? Tego szacownego tytułu nie ma od dziesiątków lat*. Obecna „Olsztyńska” to gadzinówka niemieckiej propagandy. Swoją drogą towarzysze z Olsztyńskiej, skrzętnie i uważnie czytają komentarze NL. Grożą redakcji pozwem za nazywanie ich „pisma” gadzinówką tudzież „szmatą lidzbarską”. W mojej ocenie niech zajmą się rzetelnym przekazem. Szczególnie tym historycznym, jak np. „polskimi” obozami śmierci. Obecna Olsztyńska jest przedłużeniem niemieckiej propagandy, szerzeniem ich interesów narodowych. To trzeba jasno powiedzieć – oni stronią od przekazywania istotnych informacji, budowy społeczeństwa obywatelskiego itp., itd. Gdzie ich relacje w sprawach ważnych, jak sesje, podwyżki cen, podatków itp. Szkoda słów”.

Andrzej Pieślak zadał też pytanie na swoim profilu fb mieszkańcom Lidzbarka Warmińskiego (bez informowania o oskarżeniu), jak nazywają należącą do spółki Hirtreitera „Gazetę Lidzbarską”? Czytelnicy odpisali, że „szmata lidzbarska”. Pieślak przedstawi te odpowiedzi jako dowód w sądzie, że tego określenia użył, gdyż jest ono powszechnie używane w Lidzbarku Warmińskim, on je tylko powtórzył.

   By zrozumieć, dlaczego Andrzej Pieślak użył takich sformułowań trzeba znać historię tytułu „Gazeta Olsztyńska”, rolę jaką odgrywa na Warmii, Mazurach i Powiślu niemiecki wydawca a także historię Andrzeja Pieślaka. Zacznijmy od historii „GO” (w pigułce).

Historia tytułu „Gazeta Olsztyńska” (w pigułce)

   Andrzej Pieślak pisząc, że „tego szacownego tytułu nie ma od dziesiątków lat”, nawiązał do przedwojennej „Gazety Olsztyńskiej” założonej w 1866 roku, przez Jana Liszewskiego, Andrzeja Samulowskiego i Franciszka Szczepańskiego, a po nich „GO” wydawała rodzina Pieniężnych. Ta prawdziwa „GO” w winiecie miała dwuwiersz: „Ojców mowy, ojców wiary, Brońmy zgodnie: młody, stary”. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" Gazeta o profilu narodowo-katolickim podtrzymywała na Warmii ducha polskości i walczyła o prawa mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich. Z tego tytułu Seweryn Pieniężny miał wiele procesów sądowych.

   Dnia 7 września 1939 do redakcji „Gazety” wkroczyło gestapo. Seweryn Pieniężny został aresztowany nadzorując skład gazety przy linotypie. Wydawnictwo „Gazety Olsztyńskiej” zostało zlikwidowane, a urządzenia drukarskie przejęła redakcja niemieckiej gazety „Allensteiner Zeitung”. Wszystkie książki z archiwum Pieniężnego zostały wysłane na przemiał, a jego dom zburzono stawiając w jego miejscu szalet publiczny umieszczając na nim niemiecki napis „Schandfleck” (pol. miejsce hańby). Seweryna Pieniężnego rozstrzelanego 24 lutego 1940 roku w obozie koncentracyjnym w KZ Hohenbruch koło Kłajpedy. Jego żona Wanda została w grudniu 1939 wywieziona do obozu w Ravensbrück. Po zwolnieniu i powrocie do Olsztyna, organizowała pomoc dla polskich jeńców, za co została skazana na 9 miesięcy więzienia i pozbawienie majątku. Zamordowani też zostali dwaj inni redaktorzy „GO” - Stanisław Nowakowski - w obozie w Dachau i Ludwik Łydko – w obozie w Oświęcimiu.

   Komuniści 6 kwietnia 1970 roku zmienili tytuł organu KW PZPR „Głos Olsztyński” na „Gazeta Olsztyńska” a w roku 1986 organ komunistów świętował setną rocznicę ukazania się pierwszego numeru „Gazety Olsztyńskiej”, zawłaszczając w ten sposób tradycję „Gazety” Pieniężnych.

   W 1989 roku członkowie reaktywowanego po stanie wojennym oddziału SDP w Olsztynie domagali się, by KW PZPR zaprzestał używania historycznego tytułu „Gazeta Olsztyńska”. Jedyną reakcją na uchwałę w tej sprawie I Zjazdu SDP było usunięcie z winiety hasła: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” i zastąpienie go Czwartą Prawdą Związku Polaków w Niemczech z 1938 roku: „Co dzień Polak Narodowi służy”, bez zmiany linii propagandowej i ideologicznej.

   Gdy w 1990 roku weszła w życie ustawa o likwidacji koncernu RSW komisja likwidacyjna nagrodziła redakcję za wierną służbę reżimowi gen. Jaruzelskiego w stanie wojennym przekazaniem zespołowi tytułu bezpłatnie (po 13 grudnia 1981 roku, w pierwszych tygodniach stanu wojennego, to był jedyny tytuł, który ukazywał się obok „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności” w dowód najwyższego zaufania). Dopiero po kolejnym proteście oddziału SDP i po Liście otwartym byłych działaczy podziemnej Solidarności do premiera Tadeusza Mazowieckiego, komisja wystawiła tytuł na sprzedaż. Tytułu nie oddano córkom Pieniężnego, mimo że o to wystąpiły. Zespół „Gazety” zgłosił najniższą ofertę, komisja likwidacyjna odrzuciła ofertę rodziny Pieniężnych i pozostałe o wiele wyższe.

   Następnie zespół, który powołał spółdzielnię dziennikarską sprzedał tytuł pierwszemu prywatnemu bankowi w Polsce, po 1989 roku, Bankowi Handlowo-Kredytowemu w Katowicach należącemu do bratanka gen. Janiszewskiego, szefa gabinetu gen. Jaruzelskiego. Komisja likwidacyjna tak sterowała procesem likwidacji byłych organów KW PZPR, że właścicielem ich wszystkich (oprócz „Gazety Współczesnej” w Białymstoku, którą komisja sprzedała Komisji Krajowej „Solidarności”) stał się BHK  Następnie BHK wszystkie te tytuły sprzedał koncernom zachodnim, w tym małemu wydawnictwu z Bawarii „Neue Passauer Presse” Jego właściciel dentysta Dickmann dostał od niemieckiego banku duży kredyt i z czasem stał się właścicielem całej prasy regionalnej i lokalnej w Polsce.

   Przeciwko sprzedaży kapitałowi niemieckiemu historycznego i zasłużonego dla walki o polskość Prus Wschodnich tytułu, którego redaktorzy zostali zamordowani przez Niemców, znów podniosły się w Olsztynie protesty grupy byłych opozycjonistów (inna grupa, która stała się beneficjentem Okrągłego Stołu, poparła ten proces). Zaprotestował nawet ówczesny senator SLD Janusz Lorenz. W obawie przez urzędem antymonopolowym ostatecznie właścicielem „Gazety Olsztyńskiej” stał Franz Xavier Hirtreiter, ówczesny szef Passauer Neue Presse, jako osoba fizyczna. Na łamach „Spiegla” pytany o protesty powiedział, iż dokonane przez Niemców przejęcia mediów w Europie Środkowo-Wschodniej – w tym w Polsce – to nie tylko efekt konieczności dziejowej, ale wręcz wyraz dobroduszności w ratowaniu podupadających po latach komunizmu tytułów. A obiekcje wobec niemieckiego kapitału motywował stereotypowym i emocjonalnym reagowaniem na Niemców.

   W 75. rocznicę śmierci Seweryna Pieniężna (2015r.) została odprawiona Msza św. w olsztyńskiej katedrze. Na koniec homilii ks. redaktor Jan Rosłan powiedział: „Dzisiaj „GO" ma prywatnego właściciela, który mieszka w Niemczech. „Gazeta", która walczyła o polskość, dzisiaj jest własnością obcego kapitału. I dzisiaj w artykule rocznicowym, poświęconym Sewerynowi Pieniężnemu, jest nawet jego zdjęcie, tylko że nie napisano, kto go aresztował i zamordował, nie ma sprawcy. To się nazywa poprawność polityczna, według której nie należy pisać prawdy, bo prawda boli”.

„GO” - płatny słup ogłoszeniowy

   Ale przemilczanie w „GO” faktów niewygodnych dla Niemców, to  tylko czubek góry lodowej. Spółka błyskawicznie wykupiła prywatne tytuły ukazujące się w miastach powiatowych i stała się monopolistą na rynku wojewódzkim, zamieniając swoje tytuły w maszynkę do robienia pieniędzy. Gazety  Hirtreitera to gazetki reklamowe,  w których materiały „dziennikarskie” są wypełniaczem powierzchni nie zajętej przez płatne ogłoszenia i sponsorowane przez władze materiały. Jak ujawnił mi jeden z b. redaktorów naczelnych „GO” główny strumień pieniędzy płynie do kasy wydawcy od państwowych i samorządowych organów i urzędów. Toteż tytuły  Hirtreitera są tubą propagandową miejscowej władzy samorządowej (w przypadku woj. warmińsko-mazurskiego głównie PO i PSL).

   Doświadczyliśmy tego na własnej skórze, jako Stowarzyszenie „Święta Warmia”, którego jestem członkiem. Stowarzyszenie nasze próbuje zatrzymać budowę w Olsztynie spalarni śmieci wskazując  na inne rozwiązania gospodarki odpadami, bezpieczne a przy tym polskich inżynierów. Urząd Miasta Olsztyna i jej spółki komunalne, by zagłuszyć nasze argumenty od kilku lat wykupują w „GO” artykuły sponsorowane reklamujące spalarnię. Redakcja nie była zainteresowana naszymi argumentami i protestami społecznymi przeciwko spalarni. Zostaliśmy więc zmuszeni do wykupienia powierzchni reklamowej w „GO”, by przedstawić nasze racje. Kosztowało to 5 tys. złotych. Dla naszego stowarzyszenia, które nigdy nie dostało 1 złotówki dotacji publicznej, to był ogromny koszt i niepotrzebny wydatek, jak kropla wody na Saharze, gdyż władze Olsztyna odpowiedziały kolejnym serialem sponsorowanych artykułów ogłupiającym mieszkańców za ich własne pieniądze. „Gazety” Hirtreitera to po prosty płatny słup ogłoszeniowy.

   W takiej rzeczywistości medialnej regionu nagle w 2013 roku pojawił się w Internecie niezależny bloger Andrzej Pieślak, rocznik 1969, z wykształcenia i zawodu informatyk, prowadzący własną firmę, mieszkaniec Lidzbarka Warmińskiego. Nigdy wcześniej nie miał nic wspólnego z mediami i dziennikarstwem. Uruchomił witrynę naszlidzbark.pl, gdyż miał dość nieudolnej i skorumpowanej władzy samorządowej. Mieszkańcy popadali w coraz większa biedę. Gdy opublikował pierwszy tekst w 2011 roku bezrobocie w powiecie lidzbarskim doszło do 27%, a 13% rodzin żyło tylko dzięki opiece społecznej. Ale o tych problemach trudno było przeczytać na łamach lokalnej „Gazety Lidzbarskiej" należącej do spółki Hirtreitera. „GL" nie mąciła dobrego samopoczucia lokalnej władzy, w zamian otrzymując komunikaty, ogłoszenia i sponsorowane artykuły.

Naszlidzbark.pl ratuje demokrację w Lidzbarku Warmińskim i płaci za to procesami

   Uruchomienie przez niego portalu było reakcją na samowolę i poczucie bezkarności lokalnej władzy samorządowej powiązanej z sądem, prokuraturą, policją i lokalnymi biznesmenami. Mieszkańcy Lidzbarka Warmińskiego czuli się ubezwłasnowolnieni i pozbawieni jakiejkolwiek formy obrony przed nadużyciami władzy, gdyż również miejscowa „Gazeta Lidzbarska” była ogniwem układu.  A przecież demokracja staje się fasadowym ustrojem, bez kontrolnej funkcji mediów wobec władzy. „Wolna prasa jest fundamentem demokracji” - przypomniała ostatnio Medlaine Albright w wywiadzie dla Gazety Wyborczej („Będę Kasandrą, ostrzegam przed faszyzmem", 8.03.2019r.)

   Wszystkie istotne stanowiska w mieście obsadzone zostały przez członków najpotężniejszej partii w woj. warmińsko-mazurskim – Platformy Obywatelskiej. Mieszkańcem Lidzbarka był szef struktur PO na Warmię i Mazury, marszałek województwa Jacek Protas, starostą – sekretarz regionalny tej partii Jan Harhaj, a burmistrzem - członek władz tej partii Artur Wajs.

   Uruchomienie przez Andrzeja Pieślaka niezależnego od władzy portalu i kontrola poczynań tej władzy, a zwłaszcza tego, jak gospodarują publicznymi pieniędzmi była dla tej władzy trzęsieniem ziemi. Toteż od pierwszego momentu red. Pieślak miał ogromne problemy z uzyskaniem najprostszych informacji publicznych. Uzyskiwał je często dopiero na drodze sądowej, poprzez wyroki Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, podtrzymane przez NSA. W sumie tych spraw było ponad 10.

   W odwecie zaczął być nękany. Policja zaczęła otrzymywać anonimowo fałszywe oskarżenia na jego temat. Skutkowało to rewizjami w jego domu w poszukiwaniu pirackiego oprogramowania oraz pornografii dziecięcej. Gdy metodami policyjnymi nie dało się go zastraszyć, wówczas posypały się pozwy sądowe.

   Niektóre z nich: pozew ówczesnego burmistrza Artura Wajsa za rzekome naruszenie dóbr osobistych – sprawę oddalono. Także pozew w trybie wyborczym burmistrza w 2014 roku został oddalony. Kilka spraw wytoczył mu też starosta.  Wszystkie te sprawy Andrzej Pieślak wygrał, poza jedną, z art. 212 kk. Został oskarżony za ujawnienie, że zamknięta impreza dla oficjeli z okazji pożegnania komendanta straży pożarnej została sfinansowana przez starostwo.

   Gdy  „Gazeta Lidzbarska” należąca do spółki Hirtreitera ograniczyła się tylko do opisu części oficjalnej pożegnania komendanta straży pożarnej na rynku Lidzbarka Warmińskiego. Tylko dzięki Andrzejowi Pieślakowi mieszkańcy mogli się dowiedzieć, że następnie wybrani goście z miejscowej elity władzy przenieśli się na dziedziniec Hotelu Krasicki, gdzie odbył się poczęstunek i wręczanie gościom prezentów w postaci alkoholu. Redaktor Andrzej Pieślak zrobił to, co powinien uczynić każdy dziennikarz na jego miejscu, poszedł tam i następnie zapytał publicznie, kto tę zamkniętą dla mieszkańców imprezę sfinansował i za ile?  Za napisanie, że przyjęcie pożegnalne komendanta straży pożarnej odbyło się za publiczne pieniądze oraz za krytykę starosty z powodu odmowy udzielenia informacji publicznej Sąd Rejonowy w Lidzbarku Warmińskim skazał go  na karę 5 miesięcy ograniczenia wolności i nałożył na niego obowiązek odbycia 20 godzin prac społecznych w miesiącu. Zobowiązał także dziennikarza do zapłaty 500 zł nawiązki. Ten drakoński wyrok na jedynego niezależnego dziennikarza w Lidzbarku Warmińskim został zmieniony przez Sąd Okręgowy w Olsztynie, który uniewinnił go z  pierwszego zarzutu zniesławienia starosty w artykule na temat walki dziennikarza o uzyskanie informacji publicznej oraz warunkowo umorzył postępowanie  na okres rocznej próby z uwagi na niską szkodliwość społeczną czynu. Jeden z trzech sędziów był za całkowitym uniewinnieniem i złożył zdanie odrębne. Niestety, Andrzej Pieślak nie osiąga żadnych zysków z tytułu prowadzenia portalu, prowadzi go społecznie, więc nie było go stać na opłacenie prawnika i złożenie skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego.

Andrzej Pieślak – obrońca portfeli i zdrowia mieszkańców

   Portal naszlidzbark.pl stał się ważną instytucją życia publicznego w powiecie lidzbarskim. Wielokrotnie stawał w obronie portfeli mieszkańców i ich zdrowia.

   Ujawnił, że od lat marszałek Jacek Protas jest codziennie wożony służbowym autem z kierowcą z miejsca zamieszkania w Lidzbarku do siedziby urzędu marszałkowskiego w Olsztynie i z powrotem a kilometrówki wskazują, że marszałek niemal całe dnie pracy spędza w podróży.

   Gdy burmistrz niezgodnie z prawem wprowadził opłatę 900 zł za każde dochowanie zmarłego do grobu ziemnego, to zarządzenie zaskarżył Andrzej Pieślak do WSA w Olsztynie i sprawę wygrał. Burmistrz uchylił opłatę, jednak zdążyła ona dotknąć kilkuset mieszkańców Lidzbarka Warmińskiego. W przypadku odrzucenia skargi kasacyjnej przez NSA, burmistrz będzie musiał zwrócić ok. 600 mieszkańcom nielegalnie pobraną opłatę wraz z odsetkami. 

   Najbardziej spektakularna była jego walka z jedną z największych firm w mieście Polmlek, która od lat stale zatruwała rzekę Łynę, zrzucając do niej nieoczyszczone ścieki. Mieszkańcom szczególnie dawał się we znaki smród jaki roznosił się nad miastem  podczas ich zrzutu. Władze na ten proceder nie reagowały. Red. Pieślak ujawnił, iż syn marszałka znalazł zatrudnienie w tej firmie i stąd mógł wynikać paraliż Sanepidu i WIOŚ. Dopiero publikacje red. Pieślaka, dokumentacja filmowa i fotograficzna zrzutów i zawiadomienia składanego przez niego, zmusiły te instytucje do przeprowadzenia rzetelnej kontroli. Po kilkuletniej batalii, podczas której właściciel firmy zastraszał dziennikarza groźbą procesów sądowych, w końcu prezes spółki trafił na ławę oskarżonych za zatruwania środowiska. 

   Andrzej Pieślak przyczynił się też do uruchomienia procesu budowy społeczeństwa obywatelskiego.  Jako pierwszy rozpoczął relację video z Sesji Rady Miasta i posiedzeń komisji. Jako mieszkaniec miasta aktywnie uczestniczył w tych Sesjach, dzięki jego aktywności inni mieszkańcy Lidzbarka Warmińskiego zainteresowali się lokalnym samorządem i także zaczęli przychodzić na sesje.

Trzy procesy naraz

   Obecnie dziennikarz obywatelski ma w sumie trzy procesy. W maju 2019 roku ruszy proces, w którym lidzbarska prokuratura oskarżyła  go o publiczne znieważenie starosty poprzez zamieszczenie w artykule pt. „Wandale w dolinie Symsarny” zdjęć z napisami wulgarnymi znieważającymi oraz naruszającymi dobre imię starosty. Tematem artykułu była krytyka wandali, którzy  zniszczyli konstrukcje betonowe poprzez namalowanie wulgarnych napisów. Dotąd nigdy media nie były ścigane za publikację zdjęć zbezczeszczonych obiektów i pomników wulgarnymi napisami. 

   Starosta lidzbarski pozwał także dziennikarza za odmowę publikacji sprostowania. Dziennikarz ujawnił, iż Termy Warmińskie przez jeden rok uzyskały 1 mln złotych pomocy publicznej. Red. Pieślak napisał informację na podstawie dokumentów uzyskanych z Powiatowego Urzędu Pracy. Tzw. „Zimne Termy” zbudowały władze powiatu, mimo że ekspertyzy mówiły o bezsensie ekonomicznym tej inwestycji, w mieście nie ma gorących źródeł, toteż bez pośredniego finansowania ze środków publicznych musiałyby ogłosić upadłość. Termy lidzbarskie stały się przykładem dla mediów w Niemczech (np. Der Spiegel)  bezsensownych, drogich inwestycji za środku unijne.

   Trzeci proces dotyczy użycia sformułowań „gadzinówka niemieckiej propagandy” „Gadzinówka Olsztyńska” oraz „szmata lidzbarska”. Andrzej Pieślak powiedział mi, że przemilczanie istotnych dla życia mieszkańców miasta spraw przez „Gazetę Lidzbarską”, sprawiły, że w pewnym momencie nie wytrzymał i użył  wobec tej gazety tych sformułowań. Odmówił przeprosin. Uważa, że napisał prawdę, tych określeń nie wymyślił, a tylko je zacytował; są one w powszechnym obiegu  wśród mieszkańców Lidzbarka Warmińskiego.

   Proces odbędzie się przed Sądem Rejonowym w Olsztynie. Na szczęście zgłosił się adwokat, pan mec. Edward Ośko, który chce bronić Andrzeja Pieślaka pro publico bono (nie pierwszy raz staje  w obronie dziennikarzy i wolności słowa). Mam nadzieję, że Andrzej Pieślak otrzyma też wsparcie CMWP SDP i Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP w Olsztynie.

List naukowców „w obronie red. Pieślaka”

   Przypomnę, skąd się wzięło określenie „gadzinówka”. W czasach Ottona von Bismarcka utworzono tajny „fundusz gadzinowy” (niem. Reptilienfonds), którego celem było pozyskiwanie przychylności dziennikarzy mających rozpowszechniać informacje propagandowe – korzystne z punktu widzenia zaborcy. Za pierwszą z takich gazet w Polsce uchodzi „Godzina Polski”, wydawany podczas I wojny światowej przez proniemieckiego „króla prasy” na Śląsku, Adama Napieralskiego.

   Andrzejowi Pieślakowi mogę radzić, by powołał się na list dwóch naukowców wystosowany do rektora Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu w obronie prof. Krzysztofa Podemskiego oskarżonego w postępowaniu dyscyplinarnym na UAM o obrażanie pracowników TVP wypowiedzią : „Można dyskutować, czy telewizja publiczna zawsze była obiektywna, ale nigdy wcześniej nie była narzędziem goebbelsowskiej propagandy”.

   Występujący w obronie prof. Podemskiego, prof. dr hab. Jarosław Płuciennik (Instytut Kultury Współczesnej, Uniwersytet Łódzki) i dr hab. Marcin Gołaszewski (Instytut Germanistyki, Uniwersytet Łódzki) argumentują m.in.
Fragment wypowiedzi prof. Podemskiego znany nam z „Gazety Wyborczej” nosi znamiona jak najbardziej uprawnionej racjonalnej analizy i nie widać w nim intencji obrażania kogokolwiek. Określenie „narzędzie goebbelsowskiej propagandy” nie jest odnoszone do TVP bezpośrednio, niewymieniane są żadne osoby z nazwiska, a jedynie w semantycznej presupozycji, co dowodzi, że Pan Profesor Podemski odnosi się do opinii podzielanej, wielokrotnie wyrażanej przez różne grupy społeczne daremnie apelujące o zmianę strategii informacyjnych w mediach narodowych. (…) Zatem uzasadnione jest stwierdzenie, iż wypowiedź tę należy traktować jako retoryczne i metaforyczne odniesienie do zbiorowej perspektywy na sprawę istnienia propagandy partyjnej w TVP. ”.

   Wystarczy przeredagować to tak:
Użyte sformułowanie „gadzinówka” nosi znamiona jak najbardziej uprawnionej racjonalnej analizy i nie widać w nim intencji obrażania kogokolwiek. Określenie „gadzinówka” nie jest odnoszone do „Gazety Olsztyńskiej” bezpośrednio, niewymieniane są żadne osoby z nazwiska, a jedynie w semantycznej presupozycji, co dowodzi, że Andrzej Pieślak odnosi się do opinii podzielanej, wielokrotnie wyrażanej przez różne grupy społeczne daremnie apelujące o zmianę strategii informacyjnych „Gazety Olsztyńskiej”. Zatem uzasadnione jest stwierdzenie, iż wypowiedź tę należy traktować jako retoryczne i metaforyczne odniesienie do zbiorowej perspektywy na sprawę braku w „Gazecie Olsztyńskiej” funkcji kontroli lidzbarskiej władzy samorządowej”.
Adam Socha

Andrzej Pieślak na ławie oskarżonych. Fot. Debata

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl