Pospolitymi fake newsami jest większość obiegowych przekonań o fake newsach. Na przykład o tym, która polityczna opcja dominuje w ich rozpowszechnianiu, o tym, że tzw. media mainstreamowe z natury rzeczy są od nich wolne i w końcu również o tym, że ludzie łatwo się na nie nabierają.

   Lansowana była i wciąż jest teoria o przemożnym wpływie fałszywych wiadomości w Internecie na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. Tymczasem, według badań opublikowanych dziewiątego stycznia w „Science Advances” ale także wielu innych, wpływ fake newsów na kampanię prezydencką w USA z 2016 roku był niewielki we wszystkich kategoriach wiekowych oprócz jednej – osób powyżej 65 roku życia. Ogólnie z badań wyszło, że około 90 proc. osób nie udostępniło na swojej tablicy żadnego „fake newsa”. Jednak emeryci mieli udostępniać nieprawdziwe informacje w sieciach społecznościowych siedmiokrotnie częściej niż osoby z najmłodszej badanej kategorii wiekowej (18-25 lat).

   Oczywiście dało to upust „ejdżystowskim” komentarzom, ale zastanówmy się, co to w rzeczywistości oznacza – że większość ludzi jest nieźle immunizowana na fake newsy, a starsze osoby po prostu są „słabsze w social media”. Ich brak krytycyzmu wynika także z tego, że wychowali się w starym, przedinternetowym świecie, w którym mass mediom się wierzy. Młodsi, którzy media (wszystkie) traktują z większą rezerwą, są bardziej ostrożni. Do kwestii wiarygodności tradycyjnych mediów za chwilę wrócimy.

Prawicowe trolle? Czyżby?

   W 2017 r., firma F-Secure sprawdzała, jak korelują się poglądy polityczne internautów z zamiłowaniem do upowszechniania fake newsów. Z badań wynikło, że liderami są tu sympatycy lewicy (35 proc.), z niewielką, ale jednak, przewagą nad prawicowcami (32 proc.). Centrowcy mieli tę skłonność w mniejszym stopniu (28 proc.), jednak dominowali w kategoriach szczegółowych, np. bardziej niż zarówno lewica jak prawica upodobali sobie fikcyjne wykresy – ponad połowa je udostępniała. Centrowcy najchętniej też udostępniali niesprawdzone informacje o politykach.

   Burzy to budowaną przez dużą część mediów mitologię wokół armii „prawicowych trolli” prowadzących informacyjną wojnę na za pomocą fałszywek. Także najgłośniejsze polskie przypadki rozpowszechniania fake newsów w sieciach społecznościowych z ostatnich kilkunastu miesięcy to robota lewicy, w bardziej ogólnym sensie.  Atakujący na Krakowskim Przedmieściu policję demonstrant „zidentyfikowany” przez opozycyjno-lewicową część Internetu jako Wiaczesław Skidan, statysta z Ukrainy, występujący w programie TVP „Jaka to melodia”, okazał się nie być tą osobą, ale opozycyjno-lewicowa część Internetu z lubością rozpowszechniała taką informację. Podobnym fake newsem okazała się sprawa rzekomego spalenia flagi UE na wrocławskim Marszu Niepodległości, którą nagłaśniała lewicowa aktywistka Marta Lempart i hajlowania na ostatnim Marszu Niepodległości, czego dowodem miały być zdjęcia z zupełnie innej demonstracji „Forza Nuova” we Włoszech w listopadzie 2017 roku. We wszystkich tych przypadkach fejki bezkrytycznie i masowo rozpowszechniała w mediach społecznościowych rzesza zwykłych ludzi, cele brytów i polityków z lewej części sceny.

   Nie znaczy to oczywiście, że prawica nie ma na koncie tego rodzaju grzechów, ale to przecież przede wszystkim lewica lansuje tezę, że fake newsy to podstawowe narzędzie, jakim posługuje się prawica. Przykłady, że nadzwyczaj często jest zgoła odwrotnie, obalają mitologię nawarstwiającą się wokół problemu fałszywek. Podobnie jak przykłady spektakularnych wpadek środków przekazu głównego nurtu, które z kolei nader chętnie widzą problem dystrybucji fejków jako problem wyłącznie Internetu. No niezupełnie tak jest.

Gdy kompromitują się wielkie marki medialne

   Wiadomo bowiem nie od dziś, że także renomowane media z tradycjami zaliczają kompromitujące wpadki z fałszywkami. Jednym z nowszych i mniej znanych u nas przykładów jest historia o tym, jak dziennikarze „New York Times”, „Washington Post” i agencji Bloomberg bezkrytycznie powielali i chętnie komentowali dane statystyczne na temat seksizmu w branży technologicznej. Okazało się, że badań, które cytowali w ogóle nie było. A wymienione media najwyraźniej nie pofatygowały się, aby to sprawdzić, choć nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza dla redakcji, które opierają się na „solidnym warsztacie” i „standardach”.

   W lutym tego roku „New York Times” opublikował artykuł, w którym czytamy o „Eksperymencie przeprowadzonym w 2016 roku przez firmę rekrutacyjną Speak With a Geek, dostarczonych do firm 5 tysięcy CV. Po usunięciu danych identyfikacyjnych 54 proc. kobiet, których CV przesłano otrzymało oferty spotkań rekrutacyjnych. Gdy podawano ich nazwiska i płeć, ofertę taką otrzymywało jedynie 5 proc”.

   Wiarygodność tych statystyk została szybko zakwestionowana przez publicystę serwisu Vox, Kelseya Pipera. „Dane te były tak odległe od moich doświadczeń, że od razu nabrałem podejrzeń” - napisał. Zaczął badać sprawę, a przede wszystkim szukać źródła, oryginalnej publikacji raportu Speak With a Geek. Okazało się, że nie tylko nie można znaleźć jej materiałów źródłowych, ale w ogóle owej „firmy rekrutacyjnej” już dawno nie ma w sieci. Jak na razie jedynie Quanta Magazine i  Bloomberg przyznały, że dane te wydają się być fake newsem.

   Amerykańskie media lubią upatrywać w prezydencie Trumpie głównego winowajcy obniżenia poziomu zaufania do nich, ale czy po takich wpadkach mają coś na swoją obronę? Tamtejsi odbiorcy rzeczywiście darzą środki przekazu niewielkim zaufaniem. Jak wynika z sondażu Monmouth University z kwietnia 2018 roku, trzech na czterech Amerykanów uważa, że tradycyjne główne stacje telewizyjne i gazety podają fake newsy,  31 proc.  jest zdanie, że dzieje się to regularnie, a 46 proc. - że zdarza się to sporadycznie.  Przekonanie, że media mainstreamu przynajmniej sporadycznie rozpowszechniają fałszywe wiadomości, wzrosło rok do roku wśród wszystkich grup politycznych, w tym wśród republikanów (89 proc. - wzrost z 79 proc. w 2017 r.), niezależnych (82 proc. wzrost z 66% proc.) i demokratów (61 proc. wzrost z 43 proc.). Republikanie, czyli po naszemu prawica, tradycyjnie nie mają zaufania do mass mediów. Ponad połowa z nich twierdzi, że media regularnie, bez przerwy kłamią. Jednak fakt, że przekonanie o skażeniu fake newsami środków przekazu silnie wzrosło również wśród demokratów, raczej nie może być „zasługą” jedynie krytyki wygłaszanej przez Donalda Trumpa. Demokraci go nie znoszą i nie zmieniają swoich poglądów pod jego wpływem.

   Gdy wrócimy zza oceanu na europejskie podwórko nadziewamy się od razu na kolejny po sprawie Claasa Relotiusa spektakularny przypadek znanego dziennikarza, który kończy swoją karierę w niesławie, jak twórca fake newsów. I to znów z Niemiec. Czasopismo „Süddeutsche Zeitung Magazin”  zakończyło w lutym współpracę z reporterem, którego nazwiska nie podano, jednak wiadomo, że chodzi o dziennikarza odznaczonego m. in. prestiżową nagrodą Henriego Nannena. Powodem dymisji był przypadek, w którym uczynił bohaterką swojego tekstu nieistniejącą w rzeczywistości osobę. Tym razem, w przeciwieństwie do casusu Relotiusa, wykryto sprawę na etapie prac redakcyjnych.  Dodajmy, że autor ten pisywał także dla „Spiegel”, „ Spiegel Online” i grupy „Zeit”.

   Co z tego wynika. Choćby wniosek, że chętnie powtarzana przez przedstawicieli mainstreamu medialnego teza o zasadniczo wyższej wiarygodności „starych mediów” w porównaniu z Internetem, kruszy się. Co więcej, jeśli przypomnimy sobie dane o znacznie wyższej łatwowierności osób z pokolenia chętniej konsumującego owe tradycyjne media, to całkiem na miejscu wydaje się spostrzeżenie, że odziedziczone po dawnych czasach zaufanie do mediów bardziej szkodzi niż pomaga. Dlaczego odbiorca, któremu mówi się aby był ostrożny, sceptyczny i nieufny, miałby wszystkie swoje receptory weryfikacyjne wyłączać, gdy ma do czynienia ze „starymi” mediami? Zwłaszcza, że jak pokazują powyższe i dziesiątki innych przykładów, receptory te trzeba mieć w tym przypadku tak samo wyostrzone jak w każdym innym.

Przekora zaszczepionych

   Zresztą mechanizm dystrybucji fake newsów jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy (politycznych? komercyjnych?), którzy manipulują jak chcą bezwolną masą za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Np. w podanych wyżej przykładach rzekomego spalenia flagi, napastliwego człowieka z demonstracji, statystyk o seksizmie, miało się nieodparte wrażenie, że udostępniający fejki wiedzą lub „czują”, że prawdziwość informacji jest wątpliwa, ale bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogli się oprzeć. Jak w piosence Fleetwood Mac, „Tell me lies. Tell me sweet Little lies” („mów mi, och mów mi, te słodkie kłamstewka”).

   Można by to określić jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, niechęci do informacji prawdziwych, ale nie potwierdzających naszego widzenia świata i flirtu z fejkiem, o którym albo wiemy, że jest fałszem, albo tylko podejrzewamy, ale jest on tak miły naszym poglądom, że dajemy się uwieść. Dochodzi do tego u niektórych zupełny cynizm, czyli udostępnianie fałszywek z premedytacją aby pognębić oponentów. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych” a ilu kłamie świadomie.

   Ponadto fake newsy mają często większą siłę przyciągania, tylko dlatego, że są informacjami nowymi. Nie powielają wiedzy już nam znanej. Takie wnioski wynikają z badań  przeprowadzonych na Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano prawie rok temu w „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy z zespołu badawczego przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych prze boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około 3 miliony ludzi. Przyjrzeli się, jak szybko takie treści rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były szybciej niż prawdziwe historie.

   „Wydaje się całkiem jasne, że fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe informacje” - komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane.

   Czasami dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szerszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rodhe Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel, aby ten post udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników

   Nie wiadomo, ile z udostępniających tę fałszywkę osób robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują tego rodzaju treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znajdziecie w sieci to „beka”.

   Czy to jest złe i groźne? Nie tak bardzo. W końcu nikt tak naprawdę nie wierzy ani w statki niewolnicze z Irlandczykami, ani w płaską Ziemię, ani w zapomniane mocarstwo Lechitów. Pisałem o deep fake’ach, czyli oszukanych filmach wideo, że ich upowszechnienie może mieć dobre skutki, bo lepiej uczuli, „zaszczepi” nas na fałsz. Dlaczego młodzież, jak wyraźnie wykazują badania, jest bardziej odporna na fake news niż starsi? Bo jest zaszczepiona. Bo widziała w Internecie tyle fałszywek, wygłupów i ściemy, że ma pancerz zdrowego sceptycyzmu, od którego przekaz manipulatorów i fałszerzy skutecznie się odbija.

   I może to najbardziej martwi tych, którzy przez dekady tak stosunkowo łatwo manipulowali masami, realizując cele, czy to polityczne, czy to komercyjne. I stąd debaty, i lamentacje nad zalewem fake newsów. Jakoś dziwnie jednak złymi fake newsami są głównie te pochodzące od politycznych oponentów lub biznesowych konkurentów.

Mirosław Usidus

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl