Robert Mazurek potraktował Kaję Godek z Konfederacji w swojej rozmowie w RMF podobnie jak traktował wielu innych swoich rozmówców, w tym przedstawicieli obecnej, a także minionej władzy. A że trafił na polityczną nowicjuszkę, kompletnie nieprzygotowaną na starcie z wymagającym dziennikarzem, skończyło się, jak się skończyło.

 

   Choć nie – nie skończyło się. Mieliśmy ciąg dalszy w postaci połajanek skierowanych w stronę dziennikarza przez zwolenników przymierza Ruchu Narodowego, Partii KORWiN, Grzegorza Brauna, Liroya i pani Godek, oskarżenia o działanie na rzecz i na zlecenie PiS, a na koniec wyjątkowo obelżywe facebookowe wystąpienie Grzegorza Brauna. Braun w kilkunastominutowym monologu publicznie kilkakrotnie zelżył i obraził Mazurka, przy okazji snując typowe dla siebie teorie o tym, że „media głównego ścieku” chcą zniszczyć wspaniałą inicjatywę, a Robert Mazurek jest wynajętym w tym celu „pracownikiem medialnym”. Ja pewnie też, zdaniem Brauna, zostałem w tym samym celu wynajęty, choć – niestety – za mniejsze pieniądze niż Mazurek.

Nie będę doradzał Mazurkowi, żeby pozwał Brauna o ochronę dóbr osobistych (choć moim zdaniem wygraną miałby w kieszeni), bo przypuszczam, że kolega Mazurek traktuje dobrego skądinąd reżysera jako ciekawostkę polityczną sui generis, podobnie jak ja. Nie będę też doradzał członkom Konfederacji, żeby postarali się nieco okiełznać swojego koalicjanta albo żeby zorganizowali szkolenie medialne dla sympatycznej pani Kai Godek. Wiedzą to zapewne i bez moich rad.

 

   Warto natomiast potraktować ten casus jako przykład bardziej generalnego zjawiska.

 

   Po pierwsze – mamy do czynienia z powszechnym medialnym kalizmem. Działacze polityczni, którzy natkną się na dociekliwego dziennikarza, z reguły reagują oburzeniem i zaczynają snuć opowieści o tym, że cały świat medialny lub przynajmniej znaczna jego część chce ich zniszczyć. Tak zachowywali się i politycy PO, i politycy PiS, i innych ugrupowań – i to wielokrotnie. To dość wygodne, bo w ten sposób można elegancko zwalić winę za własne niepowodzenia na media i na nie przekierować złość własnych wyborców. Dowcip polega na tym, że gdy tę metodę stosuje partia A, partia B krzyczy, że A nie umie sobie radzić z mediami, które mają prawo zadawać pytania. Potem rolę się zmieniają: B się skarży, zaś A wytyka, że B nie radzi sobie z dziennikarzami.

Do Konfederacji należą działacze, którzy wielokrotnie bywali krytyczni zwłaszcza wobec narzekań PiS na media. Teraz weszli idealnie w buty tych, których wcześniej krytykowali.

 

   Po drugie – politycy przywykli, że dziennikarze pełnią funkcję służebną. Zwracałem na to uwagę wielokrotnie na portalu SDP, między innymi w kontekście tzw. mediów tożsamościowych. Polityk, idąc do „swoich” mediów, spodziewa się, że zostanie tam przyjęty z rewerencją, nie dostanie żadnego trudnego pytania, a dziennikarz będzie z nim rozmawiał z pozycji klęczącej. Taka postawa jest niestety znacznie powszechniejsza niż normalna praca dziennikarska, czyli identyczne traktowanie wszystkich rozmówców, a najlepiej – identycznie bezwzględne.

 

   Jeśli ktoś ma wątpliwości w tym konkretnym przypadku, niech przypomni sobie, jak Robert Mazurek rozmawiał jeszcze dla „Rzeczpospolitej” choćby z posłanką PO Ligią Krajewską, której zacytował fragmenty programu PO jako propozycje PiS i sprowokował niezbyt rozgarniętą posłankę do łatwej do przewidzenia reakcji. Krajewska ogłaszała potem, że Mazurka pozwie, ale jakoś do tego nie doszło. Albo jak, podczas wywiadu w radiu RMF, celnymi uwagami o działaniach Polskiej Fundacji Narodowej doprowadził do wybuchu wściekłości wicepremiera Piotra Glińskiego.

 

   Przekonanie o tym, że dziennikarze powinni pełnić funkcję służebną, przepływa od polityków do ich wyborców, których oburza dogłębne przepytywanie polityków, ale oczywiście tyko tych, z którymi sympatyzują. Ciekawe, że tego samego oczekują wyborcy Konfederacji, choć ta „własnych” mediów w głównym nurcie nigdy nie miała.

 

   Po trzecie – naturalne jest, że im bardziej znaczący ruch, tym większą uwagę mediów przyciąga. Konfederacja skarżyła się na pomijanie w mediach, ale gdy w końcu zaczęła być w nich obecna, ma żal, że jest traktowana bezwzględnie. Tymczasem obecność w mediach jest – i to całkowicie naturalne – efektem rosnącej popularności. Istnieje tu oczywiście sprzężenie zwrotne – popularność zależy od obecności w mediach i odwrotnie.

 

   W tej konkretnej historii najprzykrzejsze jest, że siła polityczna, która teoretycznie przedstawia się jako przychodząca spoza dwubiegunowego układu, w swoim stosunku do mediów okazuje się kopiować najgorsze wzorce, wyznaczone przez obie strony wojny politycznej, zamiast z pokorą przyznać się do nieprzygotowania, poprawić błędy i docenić tych nielicznych już niestety dziennikarzy, którzy funkcjonują poza dychotomicznym podziałem i wciąż mogliby stanowić wzór do naśladowania.

 

Łukasz Warzecha

 

 

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl