„1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. (...)”

Omówienie krajobrazu po przegłosowaniu ACTA2 zaczynam od dużego kalibru, czyli od Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej i postanowień jej artykułu 54. Kiedyś, być może, nie odważyłbym się, ale dziś, gdy każdy nosi w plecaku buławę konstytucjonalisty, dlaczego mam nie pozwolić sobie na opinię, że moim skromnym zdaniem przegłosowana w PE 26 marca 2019 r. „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, a zwłaszcza osławionych artykułów jedenastego i trzynastego, narusza naszą polską ustawę zasadniczą i to w sposób rażący.

Kon-sty-tu-cja! Kon-sty-tu-cja!

W zasadę wolności rozpowszechniania informacji godzą oba artykuły, o których najwięcej się mówi i pisze, ale bardziej chyba jedenasty zwany „podatkiem od linków”. Według brzmienia ostatecznego publikacja linku, czy też innej formy odesłania do źródeł medialnych na platformach internetowych w Google News, na Twitterze, Facebooku jest ograniczana i to w sposób niejasny.

Jak mówi cytowana przez serwis Sejmlog.pl, Natalia Mileszyk z „Centrum Cyfrowego”:  „Najnowsza wersja dyrektywy szkodzi małym i rosnącym wydawcom oraz ogranicza dostęp konsumentów do różnorodnych źródeł wiadomości. Zgodnie z dyrektywą pokazywanie czegoś poza zwykłymi faktami, hiperłączami i <pojedynczymi słowami i bardzo krótkimi fragmentami> będzie ograniczone (…) To wąskie podejście spowoduje niepewność i ponownie może doprowadzić do tego, że platformy internetowe ograniczą ilość informacji wydawców prasowych, które pokazują konsumentom. Ograniczenie długości fragmentów utrudni konsumentom odkrywanie treści wiadomości i zmniejszy ogólny ruch do wydawców wiadomości, co pokazuje jeden z naszych ostatnich eksperymentów wyszukiwania”.

A to tylko europejska dyrektywa, ogólnikowa i pozwalająca na wiele. Co naprawdę może oznaczać piekło cenzury, zobaczymy, gdy za szczegółowe regulacje wezmą się prawodawcy krajowi. Oczywiście, „ludzki pan”, czyli mający zrozumienie dla wolności słowa w Internecie, przepisotwórca może „wrzucić na luz” i np. uznać, że formy stosowane obecnie w serwisach społecznościowych i agregatorach spełniają wymogi dyrektywy, czyli są wystarczająco krótkie, by nie naruszać praw autorskich. O to mówiąc najogólniej apeluje do polskiego Rządu i Parlamentu w swoim dzisiejszym oświadczeniu Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Gdyby polski prawodawca okazała się takim „ludzkim panem”, będziemy mogli nadal publikować takie same wpisy w społecznościówkach, jak do tej pory, podając tytuły artykułów, krótkie cytaty i zrzuty ekranowe.

Interpretacja Dyrektywy z piekła rodem, którą jestem sobie w stanie wyobrazić, prowadzić może do tego, że nawet sam jakiekolwiek odesłanie i fotografia choćby samego tytułu artykułu będzie groziła właścicielom portalu internetowego agregującego newsy roszczeniami finansowymi ze strony wydawcy.

Podkreślmy to - wolności i swobody obywatelskie narusza sam fakt, że nasze działania dotyczące „pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” są uzależniona od łaski prawodawcy. Konstytucja mówi wyraźnie, że mamy takie prawa, jako obywatele, bez żadnej łaski. Samo wprowadzenie zasady ograniczającej naszej swobody pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, a Dyrektywa, moim zdaniem, takie ograniczenie wprowadza, jest naruszeniem naszych fundamentalnych, gwarantowanych konstytucyjnie praw.

Artykuł 13 ACTA2, o którym jest nieco głośniej niż o jedenastym, zakłada wprowadzenie przez internetowe platformy filtrowania treści pod kątem naruszenia praw autorskich. Pisałem o możliwych technicznych rozwiązaniach tej kwestii w tekście opublikowanym w portalu SDP w styczniu. Najogólniej, pomijając słabą wciąż selektywność i inteligencję takich algorytmów co może doprowadzić do prymitywnego rąbania treści pochodzących z określonych źródeł po całości, głównym problemem jest, iż mechanizmy te będą musiały działań PREWENCYJNIE.

Treści publikowane przez internautów nie będą podlegały weryfikacji prawnej po opublikowaniu, tak jak to jest obecnie, zgodnie z polskim prawem, zakazującym cenzury prewencyjnej. Filtry będą oceniać to, co chcemy opublikować na YouTube, Facebooku, Instagramie czy Twitterze, zanim to zrobimy. Że niby dotyczy to jedynie praw autorskich? Dyrektywa jest ogólna, a legislacyjne piekło niezaprzeczalnie istnieje. Kto zagwarantuje, że pod prawa autorskie nie zostaną podczepione wszelkie wypowiedzi, wizerunki osób znanych i polityków? Uspokajają nas, że ACTA2 nie zakazuje memów. Gdyby jednak ochroną „autorską” objęto wizerunki polityków, to w praktyce możemy mieć zakaz ich udostępniania i prewencyjną cenzurę polityczną, nie dopuszczającą do publikacji memów o politykach!

Ktoś mógłby powiedzieć, że mówienie o relacjach ACTA2 z polską Konstytucją nie ma sensu, ponieważ istnieje zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowego. Cóż, jest taka zasada, wynikająca głównie z orzecznictwa Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nie jest w traktatach w żadnym miejscu spisana. Nie zamierzam dyskutować na temat rozpychania się przez TSUE w kompetencjach. Zostawiam to jego niemieckim krytykom. Zwrócę tylko uwagę, że polski Trybunał Konstytucyjny w swoim orzecznictwie już w listopadzie 2011 roku uznał, że przedmiotem skargi konstytucyjnej w RP mogą być nie tylko przepisy wydane przez któryś z organów polskich, ale także - po spełnieniu dalszych warunków - akt prawny wydany przez organ organizacji międzynarodowej, której członkiem jest Rzeczpospolita Polska.

Już wcześniej, bo w 2005 roku, Trybunał Konstytucyjny, orzekł że o ile prawo wspólnotowe może mieć pierwszeństwo przed ustawami prawa krajowego, o tyle nie oznacza to, że ma automatycznie pierwszeństwo także przed Konstytucją. Gdy dojdzie do kolizji przepisów, a to moim zdaniem ma wyraźnie miejsce w przypadku Dyrektywy ACTA2, naród na drodze np. referendum może odpowiednio zmienić Konstytucję RP, wszelako wątpię, by Polacy w demokratycznym głosowaniu opowiedzieli się za dopuszczalnością cenzury prewencyjnej w Internecie i ograniczeniem wolności rozpowszechniania informacji. Nie zechcą też zapewne wyjść z Unii Europejskiej. Gdyby więc TK orzekł o konflikcie ACTA2 z polską Konstytucją, najbardziej prawdopodobne wydaje się podjęcie działań w celu zmiany prawa wspólnotowego.

Nasz Trybunał Konstytucyjny powtórzył to stanowisko, badając później Traktat Lizboński, podkreślając ponownie, że przepisy konstytucji mówiące o przekazaniu uprawnień organizacji narodowej na podstawie umowy nie dają podstawy do przekazania organizacji lub organowi międzynarodowemu upoważnienia do stanowienia aktów prawnych lub podejmowania decyzji, które byłyby sprzeczne z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.

Jak widać, nie tylko ze zdrowego rozsądku, ale także z orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego RP, nie wynika żadna bezwzględna nadrzędność prawa unijnego nad naszą najważniejszą ustawą. Jeśli więc przyjęte przez PE dyrektywy w sposób rażący naruszają podstawowe obywatelskie prawa i wolności, a nie mam wątpliwości, że o takich mowa w cytowanym przeze mnie na początku tekstu artykule 54, to czas bić na konstytucyjny alarm.

Prawo do wypowiadania swojej opinii na ten temat ma każdy obywatel Rzeczypospolitej Polskiej. Więc korzystam z tego prawo, jako obywatel, który obawia się, że jego konstytucyjne prawa zostaną naruszone przez ACTA2. Zachęca mnie dodatkowo fakt, że obecnie o „konstytucyjności” tego czy tamtego bez zahamowań wypowiada się każdy napotkany w Sejmie lub na ulicy obywatel.

Obawy podobne, choć oczywiście nie tak daleko idące we wnioskach jak moje, wyraziło dziś Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Centrum „podziela pogląd, iż przepisy tego dokumentu mogą skutkować koniecznością zastosowania mechanizmów cenzorskich”. Ponadto w stanowisku CMWP SDP czytamy: „przepisy te mogą doprowadzić do ograniczenia wolności publikacji i dostępu do informacji przez użytkowników mediów w Internecie”. Ja tylko dopowiadam, że zakaz cenzury  i zasady wolności publikacji to ZASADY KONSTYTUCYJNE.

Ignorowanie europejskich konsumentów

Tyle o polskim kontekście. W Europie i na świecie wskazuje się na wiele innych negatywnych aspektów „Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i konsekwencji tych, które potrafimy przewidzieć oraz tych, których na razie nie umiemy przewidzieć, a które przez to wydają się jeszcze gorsze. Przedstawicieli branży tzw. Big-Tech, czyli przede wszystkim Google’a, Twittera, YouTube, zareagowali negatywnymi komentarzami, zwracając uwagę, iż Dyrektywa może „zaszkodzić europejskiej gospodarce kreatywnej i cyfrowej”.

Organizacja Tech UK, która reprezentuje ponad dziewięćset firm technologicznych na Wyspach Brytyjskich, skrytykowała nowe przepisy, określając je jako „uproszczone rozwiązania złożonych problemów”. „Parlamentowi Europejskiemu nie udało się znaleźć właściwej równowagi między ochroną praw autorskich a zapewnieniem wolności słowa" - mówi w oświadczeniu przedstawiciel Tech UK, Giles Derrington.  - „Jesteśmy szczególnie zaniepokojeni wpływem Dyrektywy na konkurencję w sektorze cyfrowym, biorąc pod uwagę wysokie koszty związane ze spełnieniem jej wymogów”.

Założyciel Wikipedii Jimmy Wales napisał po głosowaniu w sprawie ACTA2 na Twitterze, że internauci „przegrali dziś ogromną bitwę”, dodając, że dyrektywa o prawie autorskim oznacza „wzmocnienie praktyk monopolistycznych”. Przypomnijmy, że Wales była jednym z sygnatariuszy listu otwartego do Przewodniczącego Unii Europejskiej ostrzegającego przed potencjalnym negatywnym wpływem art. 13.

Krytyka ze strony branży internetowo-technologicznej była do przewidzenia. Sporo gorzkich słów słychać było jednak również z innych, dalekich od sektora technologii, środowisk. „Pomimo ostrzeżeń i obaw ludzi nauki, organów ochrony prywatności, przedstawicieli ONZ i setek tysięcy konsumentów w całej Europie, Parlament Europejski wyraził zgodę na to prawo autorskie, w którym zupełnie nie zachowuje się równowagi,” oświadczyła Monique Goyens, dyrektor generalna Europejskiej Organizacji Konsumentów (BEUC). „Konsumenci będą musieli ponieść konsekwencje tej decyzji. Ich obawy zostały wyrażone głośno i wyraźnie, ale posłowie do PE zdecydowali się je zignorować”.

„Głównym problemem, jaki widzę, jest wielka niejasność, w jaki sposób firmy technologiczne miałyby wypełniać te zobowiązania” -  powiedziała na antenie CNBC Kathy Berry, amerykańska prawniczka, ekspertka w ziedzinie ds. własności intelektualnej w kancelarii Linklaters, jeszcze przed głosowaniem. „Prawdopodobnie [dyrektywa] doprowadzi to do permanentnego braku stabilności prawnej i biznesowej, dopóki jej zakres nie zostanie sprecyzowany przez proponowane przez Komisję Europejską wytyczne, albo przez orzecznictwo w krajach UE.”

ACTA2 jak amerykańska prohibicja?

Simon Migliano, z popularnego serwisu Top10VPN.com, ostrzegł, że „dobrze zaplanowane” przepisy art. 13 Dyrektywy mogą doprowadzić do „poważnego stłumienia” aktywności społeczności twórców w Internecie. „Rzeczywistość jest taka, że pokolenie wychowane na memach i platformach wideo, takich jak YouTube, prawdopodobnie odrzuci te przepisy. Nie będzie zaskoczeniem, gdy miliony europejskich użytkowników Internetu zwrócą się do narzędzi antycenzorskich, takich jak VPN (Virtual Private Networks) w celu zachowania swoich swobód internetowych”.

Pisałem już o tym, że ACTA2 może paradoksalnie ożywić pewne sektory internetowego biznesu, trochę na takiej zasadzie jak amerykańska prohibicja z lat 20.  XX wieku, ożywiła bimbrownictwo i przemyt. Migliano wspomina o VPN. Ta technika jest zakazana i blokowana w Rosji czy w Chinach, bo pozwala korzystać z niecenzurowanego i niekoncesjonowanego przez państwo Internetu. Myślicie, że siły w Europie, które z taką determinacją lobbowały i forsowały ACTA2 cofną się przed wprowadzeniem zakazów typowych dla autorytarnych reżimów? Ja myślę, że nie, potrzebują tylko wygodnego alibi. W przypadku Dyrektywy alibi stanowią prawa autorskie, ale mogą to być też inne argumenty, ochrona dzieci, walka z hazardem. Wszystko to już było.

Mam nadzieję, że walka z ACTA2 nie jest skończona. Że obroni nas przed tą cenzurą Konstytucja RP, że prawodawcy w Polsce nie będą chcieli zarzynać wolności w Internecie. Że po wyborach do Parlamentu Europejskiego uda się tę Dyrektywę zmienić lub w ogóle unieważnić.

Jeśli nie uda się żadna z tych rzeczy, to niestety w naszej części Europy najbliższe wolne od cenzury serwery działać będą za naszą wschodnią granicą, w Brześciu, we Lwowie czy w Kijowie. A w zachodniej – na Wyspach Brytyjskich, jeśli w końcu dojdzie do Brexitu.

Mirosław Usidus

Stanowisko CMWP SDP

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl