… tak zaczął opowieść o swoim dobrowolnym zamknięciu w celi więziennej dla napisania reportażu Jacek Snopkiewicz. W latach 60- 70. wcielał się w różne role. Był więc więźniem, dozorcą w czynszowej kamienicy, sprzedawcą. Drukowano mu to w „Kulturze”, która miała kilkaset tysięcy nakładu i dobrze sprzedawała się w całej Polsce. Był płodny i czytany. Władze więzienne nie śmiały odmówić szalonemu reporterowi, gdy poprosił o możliwość kilkudniowego pobytu w celi z osadzonymi. Zbiór reportaży Snopkiewicz zatytułował „Człowiek w bramie”. A mógłby się nazywać „Człowiekiem w biegu”, albo „Człowiek idzie skacząc po górach” (tak, z andrzejewska).

   Biegnie więc Jacek Snopkiewicz od ponad 50 lat – szybko i odważnie jak przystało na reportera, cierpliwie i pedagogicznie – jako wykładowca i nauczyciel żurnalistycznej młodzieży, sprawując również ważne funkcje zarządzającego w ośrodkach szkoleniowych i Akademii Telewizyjnej.

   Chciałbym się zająć przede wszystkim Snopkiewiczem reporterem – od współczesności i od historii, ubeckiej. A więc po kolei.

   Jesteśmy z Jackiem rówieśnikami. Ponad pół wieku temu zaczynałem tak jak on w prasie. Były to czasy Krzysztofa Kąkolewskiego, Ryszarda Kapuścińskiego, Barbary Seidler. Reportaż dawał szansę przemycenia ważnych informacji o ludziach, nastrojach społecznych. Między piszącym a czytelnikiem był cenzor z czerwonym ołówkiem. Drapał się taki po głowie: „puścić, czy zatrzymać”. Jedno i drugie niosło niebezpieczeństwo dla pracownika Biura Kontroli Prasy. Zaryzykować i zgodzić się na ostrą publikację było dobre dla popularyzowania gazety – periodyku, „zdjąć” to mogło narazić na zarzut wścibstwa – bo tak fachowo w cenzurze określano przesadne ingerencje.

   Autor główkował. Nie wystarczyło znaleźć dobry temat, rzetelnie udokumentować, pracowicie napisać – trzeba było myśleć jak to zrobić, by przejść przez ucho igielne czujności partyjnej i ominąć tchórzy i lizusów. Potem była już sława, wierszówka i śmiejące się z podziwu twarze czytelników.

   Nie widziałem nigdy Jacka na stoku. Nie wiem jak radzi sobie na nartach. Ale slalomistą w swoich reportażach był niezłym. Głupole zadrukowywali kolumny wielkich gazet. Ale niewielu to czytało. Śląska „Gazeta Robotnicza” miała ponad milion dziennego nakładu, „Trybuna Ludu” niewiele mniej. Obie nadawały się świetnie do zawijania śledzi. „Kultura”, „Polityka”, „Literatura” były czytane.

   Kąkolewski pukał do drzwi domowych niemieckich oprawców z SS, Kapuściński schodził z kirgiskiego konia, Seidler pisała o sabotażu w socjalistycznym zakładzie pracy.

   To byli nauczyciele Snopkiewicza. Władza wypatrzyła go – piszącego w pisemkach niszowych – i posadziła od razu na wysokiego konia. Szło nowe, już niegomułkowe. Tak się zdawało. I choć daleko nie zaszło i zbrodni stalinowskich nie rozliczyło – Edward Gierek, Maciej Szczepański, Jerzy Ambroziewicz, a przy nich Snopkiewicz to miała być po siermiężnej sokorszczyżnie telewizja nowa. I rzeczywiście gmachy na Woronicza wybudowano dobrze – tak, że do dziś służą. Zbudowano też nowe zespoły.

   Od 1972 roku rozpoczyna się telewizyjna kariera publicysty, reportera, kierownika reporterów i ich nauczyciela. Telewizja zaczęła produkować reportaże, filmy dokumentalne na coraz wyższym poziomie. W publicystyce krajowej to zasługa Józefa Błachowicza, Lucyny Smolińskiej, Mariusza Waltera i właśnie Jacka Snopkiewicza otoczonego nowymi, dokształcającymi się zawodowo w Łódzkiej Szkole Filmowej.

   Redaktor – kierownik wrażliwy na siłę argumentów i niewieścią urodę, otoczony był zawsze zdolnymi dziennikarzami i wianuszkiem koleżanek. Popierał odważnych, co owocowało nagrodami na festiwalach. Talentem wyróżniała się Tamara Sołoniewicz , mówiąca śpiewnym, wschodnim akcentem, wywodząca się tak jak filmowane przez nią żubry gdzieś tam spod Białowieży. Warto też wspomnieć o Krystianie Przysieckim, Wiesławie Duraju, Jacku Grelowskim, Macieju Jeczeniu, Łucji Klimas.

   Wtedy narodził się Jacek Snopkiewicz – pedagog, który potem nieustannie już będzie wyszukiwał zdolnych i uczył rzemiosła.

   Przełom pierwszej Solidarności zaowocuje w życiorysie Snopkiewicza zorganizowaniem i prowadzeniem Zespołu Reporterów i Dokumentalistów „Fakt”. Wtedy też w latach 1980-1982 angażuje się politycznie, organizując w telewizji w ramach organizacji partyjnej tzw. struktury poziome, opozycyjne wobec aparatu władzy. Jest bardzo popularny w środowisku dziennikarskim. Zostaje – przy zmobilizowanym nacisku „rewizjonistów” – wybrany delegatem na IX nadzwyczajny zjazd PZPR w 1981 roku. 500 dni nadziei solidarnościowej kończy się 13 grudnia.

   W telewizji na Woronicza jest jednym z pierwszych poddanych weryfikacji. Panowie z komisji, głównie wojskowi, choć występujący po cywilnemu, są zaskoczeni, gdy „podsądny” zaczyna od poproszenia, by się przedstawili. Na tym „rozmowa” się urywa. Tak jak 513 krajowych dziennikarzy mass mediów zostaje wyproszony za bramę. I na długo, bo na 8 lat.

   Idzie na kurs pszczelarski i z dyplomem zawodowym zakłada pasiekę. Tak jak wówczas wielu z nas pęta się po prywatnych firmach, gdzie często fakt wyrzucenia z zawodu pomaga żurnaliście. Spotykamy się. Pamiętam jeden z „pomysłów” Jacka. Ponieważ trzeba było ostro kombinować z zaopatrzeniem w benzynę, a potem z bezpiecznym jej przechowywaniem. Jacek wymyślił: „będziemy trzymać paliwo w butelkach po szamponie”. I trochę takiej oryginalnej kolekcji zgromadziliśmy w jego garażu. Benzyna była niezbędna, bo do różnych doraźnych prac trzeba było jechać – i wracać przed godziną policyjną – poza Warszawę.

   To były gry fizyczne niezweryfikowanych. A umysłowe, to szperanie po archiwach, kwerendy i pisanie. Snopkiewicz zaczął od scenariuszy dla teatru. Potem skupił się na historii okupacyjnego oporu i bezpiece.

   W połowie lat 80. udało mu się wyjechać na krótko do rodziny do Stanów Zjednoczonych. Później był reporterem pisma „Strażak” i pracował w wydawnictwie „Iskry”. Działał w nielegalnym Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, którym kierowali wówczas Stefan Bratkowski, Maciej Iłowiecki i Dariusz Fikus. Snopkiewicz był członkiem Zarządu. Podczas obrad Okrągłego Stołu był jednym z ekspertów strony opozycyjnej, pracujących w podgrupie do spraw środków masowego przekazu.

   Wrócił do TVP po wyborach 4 czerwca.

   A oto przebieg kariery w szczegółach: pod koniec 1989 roku objął stanowisko pierwszego redaktora naczelnego i dyrektora programowego „Wiadomości”, nowego serwisu informacyjnego TVP. Programem tym zarządzał do 1991 r.. Potem był kolejno redaktorem naczelnym „Kuriera Polskiego”, kierownikiem działu reportażu w „Nowej Europie” oraz doradcą prezesa w Interpressie. Po kilu latach powrócił do pracy w TVP. W 1994 został dyrektorem Ośrodka Szkolenia i Analiz Programowych. W okresie prezesury Ryszarda Miazka i Roberta Kwiatkowskiego (1996-1997) kierował Telewizyjną Agencją Informacyjną, był rzecznikiem TVP za prezesury Roberta Kwiatkowskiego i Jana Dworaka. Od 2000 był dyrektorem Akademii Telewizyjnej, następnie pracownikiem Teatru Polskiego Radia i wykładowcą w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. W 2009 p.o. prezesa Zarządu TVP. Bogusław Szwedo mianował go zastępcą szefa Agencji Informacyjnej oraz redaktorem naczelnym kanału informacyjnego TVP Info. W 2000 roku został dyrektorem Biura Koordynacji Programowej TVP. Później wicedyrektorem TVP 2 ds. publicystyki. Wreszcie od 2013 do 2016 ponownie dyrektorem Akademii Telewizyjnej. Nadal zmienia uczelnie, na których wykłada. Przychodzą nowe pokolenia. Nauka o telewizji przyciąga.

   Trochę dużo tej ankiety personalnej. Przydałaby się anegdota. Otóż, gdy było w TV już trochę tego nowego, redaktor Jacek wymyślił i prowadził w TVP cotygodniowy program zwany „Panoramą”. Był tam przegląd wydarzeń. Często towarzyszył mu w studio popularny, ale i mądry (co nie zawsze idzie w parze) dziennikarz-filolog po UJ Jacek Maziarski. Kiedyś przebrali się za zwierzęta. I koński łeb deklamował o polityce mężów z pierwszych stron gazet. Skończyło to się zdjęciem programu, ale w pamięci telewidzów ta PANORAMA pozostała na długo.

   Przed sierpniem - lubelscy kolejarze, a potem w sierpniu 1980 r. - gdańscy stoczniowcy wstawali z kolan. Dziennikarze też stawali się coraz odważniejsi. Mały, ale śmiały Stefan Bratkowski doczekał się nikczemnych ataków i wreszcie wyrzucenia z partii. Wówczas to wielu dziennikarzy partyjnych oddało legitymacje. Wśród nich i Jacek Snopkiewicz.

   W dziennikarskim fachu powinno się działać bez strachu, bo „ten” i panika to najgorsi doradcy. Zaczyna się to wszystko od decyzji kandydata, ale i bystrego oka przyjmujących na te studia. Otóż nie każdy się nadaje. Nie będąc dziennikarzami, wielu politycznie mianowanych decydentów mediowych w ogóle nie ma wyczucia kto z kandydatów rokuje, a kto jest jedynie zaspokojeniem nie wyżytych ambicji rodziców. Podobnie jest z przyjmowaniem już do pracy. Umiejętność wyszukiwania właściwych ludzi to najważniejszy krok do sukcesu. Umiejętność dokonywania wyboru – tematu, problemu któremu chce się poświęcić najwięcej uwagi, pracy to krok ku osiągnięcia wysokiego poziomu zawodowego, sukcesu.

   Snopkiewicz historyk-pisarz jest konsekwentny. Jako autor scenariuszy oraz książek dokumentalnych z pasją dokumentuje historię Urzędu Bezpieczeństwa.

   Najnowsza pozycja książkowa (ponad 500 stron, wydawnictwa „RYTM” to „Bezpieka. Zbrodnia i kara?”. Znak zapytania w tytule to pierwszy sygnał, że kara dla zbrodniarzy była symboliczna. Reporter historyczny Snopkiewicz obszernie przypomina między innymi tych najważniejszych: Romkowskiego, Różańskiego, Brystigerową, ich zwierzchników, gorliwych pomocników. Zdjęcia, dokumenty. Wśród nich - do uzmysłowienia jak to wszystko było możliwe – takie oto „zobowiązanie”:

   „Ja, Szenauk Aleksander współpracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zobowiązuję się wiernie służyć sprawie wolnej, niepodległej i demokratycznej Polski. Zdecydowanie zwalczać będę wszystkich wrogów demokracji. Sumiennie wykonywać będę wszystkie obowiązki służbowe. Tajemnicy służbowej dotrzymam i nigdy jej nie zdradzę. W razie rozgłaszania wiadomych mi tajemnic służbowych, będę surowo ukarany według prawa o czym zostałem z góry uprzedzony.

   Szenauk Aleksander, dnia 19.12.1946 r.”

   „Bezpieka. Zbrodnia i kara?”.  jest panoramą powstania i upadku Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, formacji czasów stalinowskich. Ujawnia wstrząsające fakty prześladowań, terroru i zabójstw. Manipulacji informacyjnej. Bezprawia. Bezkarności setek oprawców oraz ich mocodawców. Podaje szczegóły ucieczki Józefa Światły oraz procesów wysokich funkcjonariuszy resortu: Romkowskiego, Różańskiego, Fejgina. Ukazuje też kulisy powołania i metody działania Służby Bezpieczeństwa, następczyni MBP.

   „Bezpieka...” jest reportażem historycznym opartym na kwerendzie archiwalnej i dowodach z pierwszej ręki. Odwołuje się do tekstów artykułów w „Nowej Europie” i „Kurierze Polskim”  oraz zbioru scenariuszy słuchowisk dokumentalnych „Rozwiązanie honorowe”, a także cyklu „Oskarżeni”, publikowanego na łamach „Tygodnika Kulturalnego” (1988-1989), pierwszej edycji zeznań funkcjonariuszy UB. Cykl ten był inspiracją powstania, napisanych przez autora wspólnie ze Stanisławem Maratem, „Ludzi bezpieki” (1989), po latach w rankingu miesięcznika „Uważam Rze Historia” uznanych za jedną z najważniejszych książek o UB.

   „<Bezpieka… > jest reporterską całością, ale nie kończy tematu. Czas bezprawia wciąż odkrywa nowe fragmenty okrucieństwa, przemocy i zła" – pisze autor, Jacek Snopkiewicz.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl