Nie dajmy się zwieść decyzji sądu uwalniającego od zarzutów dwóch dziennikarzy zatrzymanych przez policję i oskarżonych o naruszenie „miru domowego” w pomieszczeniach PKW. Sąd ugiął się pod naciskiem wielu środowisk medialnych i organizacji broniących praw człowieka. Przez dwa tygodnie trwała parodia, która nigdy nie powinna się zdarzyć.  

Jedno jest pewne. Polska jest partyjnym krajem, w którym wolni są tylko sprawujący władzę. Wszyscy inni, szczególnie wyróżniani są pod tym względem ludzie mediów, jeśli tylko okażą w jakiejkolwiek formie niechęć do tej władzy, występują jawnie jako jej krytycy, są karani. W różny sposób. Począwszy od represji ekonomicznych, poprzez listy proskrypcyjne w mediach publicznych, a skończywszy, jak to ma miejsce w ostatnich tygodniach, na sankcjach z kodeksu karnego. Podczas gdy prezydent Komorowski zachłystuje się na pokaz i dla promocji własnej osoby - już jako kandydata na powtórną elekcję - hasłami o 25 latach wolności, o Polsce jako kraju demokratycznym o wspaniałych osiągnięciach, jednocześnie najprawdopodobniej z Pałacu prezydenckiego idą polecenia, które już nie są tylko zaprzeczeniem zdobyczy demokratycznych i wolnościowych urzeczywistnianych w Europie od dziesiątków lat, ale kpiną z wolności i swobód obywatelskich. Wręcz pogwałceniem wolności i niezależności mediów. To się już stało, a teraz sąd podjął decyzję, która winna zapaść następnego dnia po zatrzymaniu.

Byliśmy przez dwa tygodnie świadkami teatru absurdu, którego to państwo, dokładnie nie wiadomo z jakich względów, przerwać nie umiało. Zacietrzewienie partyjne to z pewnością jeden motyw, nakazujący sądowi trzymać na ławie oskarżonych niewinnych dziennikarzy, którzy w listopadzie podczas okupacji pomieszczeń PKW wykonywali swoje obowiązki. Inny to nieudolność i brak samodzielności sędziów. Szczytne słowa o niezawisłości sędziowskiej okazują się w tej konkretnej sytuacji, zresztą nie tylko w tej, zwykłym pustosłowiem. Sędziowie w III RP czują się raczej urzędnikami państwowymi, wypełniającymi swoją rolę zgodnie z oczekiwaniami władzy. Nie zaś zgodnie z duchem sprawiedliwości, co w istocie powinni robić. Wiedzą dobrze, że wypełnianie autentycznej misji sędziego, będzie się równać początkiem końca ich sędziowskiej kariery. Jeśli jakimś cudem uda im się utrzymać w zawodzie, zawsze będą spychani do piątego szeregu. Oddelegowywani do sądów w miejscowościach, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Przez te dwa tygodnie swoją wiernopoddańczość władzy, pokazywały w całym cynizmie i bezwstydzie policja i sąd. Jestem nawet przekonany, że w Warszawie skupia się specjalna kategoria sędziów – konformistów nastawionych na robienie kariery.  Bezwstydna policja, która nie mając do tego prawa zatrzymuje dziennikarzy. A potem  korzystając z kolejnego przepisu, który ma jeszcze stalinowski rodowód, tzw. trybu przyspieszonego, wysmaża do sądu fikcyjne – w czasach UB nazywało się to sfingowane – oskarżenie.

Sąd nie był w stanie respektować nawet tego stalinowskiego przepisu, który jasno mówi, że jest to postępowanie uproszczone, gdzie decyzje zapadają prawie natychmiast. Odroczenie rozprawy nie może trwać dłużej niż trzy dni. Tymczasem warszawski sąd rejonowy dla dzielnicy Śródmieście uczestniczył w parodii trybu przyspieszonego. A swoją decyzję wydał – o czym jestem przekonany – po długich i wyczerpujących konsultacjach z „odpowiednimi czynnikami”.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl