Tadeusz Mocarski, poeta, pisarz, tłumacz, urodził się w 1943 r. we wsi Janczewo, 2 km od Jedwabnego. W Jedwabnem uczęszczał do liceum.

Bronisław Ramotowski, rodzony brat jego matki, urodził się i do śmierci mieszkał w Jedwabnem. Jest (był) jednym z niewielu naocznych świadków jedwabieńskiej hekatomby. Dlaczego napisałem „jest”? Bo Ramotowski spisał w notesie rozmowy, opisał zdarzenia tak, jak je widział, jak zapamiętał. Notes przez wiele lat znajdował się w posiadaniu rodziny Mocarskiego, a to, wedle słów poety, znaczyło tyle, co rozmowy z wujem – człowiekiem wykształconym, oczytanym. Jak zobaczymy, był to też człowiek o niepospolitym umyśle.

Książka Mocarskiego „O, Jedwabne, Jedwabne…”, wznowiona właśnie, w stosunku do pierwszego, niemal powielaczowego wydania rozszerzona, to owoc lektury notesu Bronisława Ramotowskiego, relacji ciotek, które wielekroć rozmawiały z Ramotowskim. I własnych refleksji Autora.

Mocarski zaczął pisać tę książkę już w 1959 r., ale zamysł zarzucił, postanowił napisać o czymś innym. Jednak 6 rozdziałów było gotowych…

Ta niezwykła książka łączy w sobie dwa wielkie żywioły: żywioł prawdy opartej na faktach i żywioł metafizycznej refleksji: nad zbrodnią, nad strachem, nad manipulacją, nad ludzką naturą… I jeszcze nad czymś: nad wojną, a właściwie nad WOJNĄ.

W sferze pierwszej książka podaje trzy jedynie, ale za to absolutnie fundamentalne fakty, które nigdy nie znalazły się w żadnych protokołach przesłuchań w trakcie prowadzonych po macoszemu i zapewne „pod tezę” śledztw, w efekcie czego zakwestionowaniu uległy fakty takie, jak to, czy w Jedwabnem byli tego dnia Niemcy lub czym zajmował się naprawdę Karol Bardoń, spiritus movens zbrodni na Żydach. Oficjalna wersja głosi do dziś, że w Jedwabnem Niemców nie było, zaś Karol Bardoń, człowiek mętnej przeszłości, zajmował się w Jedwabnem naprawą samochodowych silników…

Obok „faktów” podstawowych w wersji oficjalnej, takich, jak wepchnięcie do stodoły Śleszyńskiego 1600 ludzi, te, o których wspomniałem, wskazywały, że np. Karol Bardoń nie mógł reperować samochodów, bo ich w Jedwabnem w ogóle nie było, więcej, nie było nawet motocykli!

Inny argument, mający podtrzymać wersję o polskim sprawstwie, dotyczy kwestii aprowizacji. Świadkowie mówiący o obecności w miasteczku ruchomej niemieckiej Einsatzgruppe, w krwawych rajdach po okolicy mordującej Żydów wszędzie, gdzie na nich natrafiła, są (byli) kontrowani przez innych „świadków”, twierdzących, że na małej kuchni gdzieś w wiejskiej chacie nie dałoby się ugotować blisko 70 posiłków (tylu ludzi miała liczyć Einsatzgruppe), jak również nie byłoby ich na czym podać. Dopiero jakaś kucharka wyjaśniła (ale zeznanie nie trafiło do oficjalnych dokumentów!), że Niemcy wozili ze sobą… kuchnię polową i niezbędny sprzęt!

Ostatni wreszcie argument – owych 1600 Żydów… W Jedwabnem ponoć mieszkało ich w ogóle mniej niż 300, do tego część pod wpływem krążących plotek o tym, co ma się stać 10 lipca 1941 r., zbiegła do lasu, ratując życie.

A owa stodoła Śleszyńskiego? Według tych, co byli i widzieli, nawet obrys obecnego mauzoleum na miejscu zbrodni jest znacznie, znacznie większy, niż realne wymiary tamtej stodoły…

No comments, Mr Gross…

Tyle fakty.

Ale książka Tadeusza Mocarskiego ma jeszcze wspomnianą sferę metafizyczno-moralno-filozoficzną. Pobrzmiewają w niej oczywiście echa zapisków Bronisława Ramotowskiego z jego rozmów ze wspomnianym Karolem Bardoniem. Bardoń – niemal szatan w ludzkim ciele, śląski folksdojcz, kanalia najczystszej wody – wypełniał tak naprawdę „misję” zleconą mu przez SS: miał znaleźć w Jedwabnem ochotników, Polaków, którzy spędziliby miejscowych Żydów na rynek, a potem zagnali ich do stodoły. Taki szatański plan mieli Niemcy: winien miał być „polski antysemicki motłoch”. A Niemcy? Tych kilku, co byli w Jedwabnem, miało… bronić Żydów! Ale że byli nieliczni… Co mogli zrobić…

Rozmowy Ramotowskiego z Bardoniem tego właśnie dotyczyły: moralnego obrzydzenia podobnym postępowaniem. Bardoń używał rozmaitych argumentów, ale zawsze natrafiał na zdecydowany opór Ramotowskiego. Ten dyskurs moralny, to ukazanie rozlicznych implikacji sytuacji wojennej - terroru, moralnych rozterek, bezradności wobec przemocy, strachu, zupełnej moralnej beznadziei położenia narodu pod butem zdecydowanego na wszystko okupanta – to jest wspaniała część tej książki Mocarskiego. Pisząc wcześniej o wojnie napisałem to słowo wielkimi literami. To nie przypadek. Bowiem WOJNA w rozważaniach Ramotowskiego, a później samego autora, staje się najważniejszą chyba dramatis personae. Ona, WOJNA, rozdawała karty – zresztą nie tylko w tej odsłonie swojej roli, ona taką personae była zawsze, jak ludzkość ludzkością. Była – jak pisze Mocarski – „piątą porą roku” człowieczeństwa, „ósmym dniem tygodnia”. Trzeba przeczytać książkę „O, Jedwabne, Jedwabne…”, żeby poznać te meandry historii, etyki, człowieczeństwa i zwierzęctwa, te setki możliwych moralnych implikacji sytuacji człowieka na WOJNIE.

Bardoń poniósł klęskę – do swej bestialskiej „misji” znalazł jednymi 2 czy 3 osoby. Wielu Polaków, by uniknąć represji za niezgodę na udział w niemieckim mordzie, także schroniło się w okolicznych lasach.

A przecież ten mord się dokonał…

I na koniec ironia historii: Bardoń został po wojnie skazany na karę śmierci. Ale „prezydent” Bierut ułaskawił go, wyrok zamieniono na więzienie, nie takie znów długie… Co się dalej stało z Karolem Bardoniem, głównym wykonawcą poleceń SS – nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, co stało się z Bronisławem Ramotowskim. Dwa dni gryzł się z myślą, że nie może milczeć wiedząc, jak to wszystko się odbyło. Postanowił, że pójdzie i zaprotestuje jako Polak i jako człowiek. Rodzina, najbliżsi błagali: „nie idź!” „Nie mogę nie iść” – powiedział w końcu. Udał się na posterunek niemiecki i powiedział dobrą niemczyzną wszystko, co przemyślał i co o postępowaniu okupantów sądzi. Dwa dni później został rozstrzelany i pochowany w zbiorowej mogile wraz z 20 innymi Polakami.

 

Wojciech Piotr Kwiatek  

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl