Koniec stycznia 1945 r. 72 lata temu. W południowej części Prus Wschodnich słychać już coraz wyraźniej kanonadę sowieckich dział. Bojcy Czerwonej Armii coraz bliżej miasteczka o nazwie Hohenstein. Tu stoi będąc chwałą oręża i narodu niemieckiego: „Tanneberg-Nationaldenkmal” (Tanneberg pomnik narodowy).  Zbudowany na wzór warownego i groźnego w swym wyglądzie zamku krzyżackiego z 8 wieżami. Pod jedną z nich spoczywał feldmarszałek Rzeszy Paul von Hindenburg i jego żona. Trumny już pospiesznie zabrano do zachodniej części walącej się w gruzy Rzeszy Hitlera. Nagle miasteczkiem wstrząsa przegromny wybuch, ziemia się trzęsie.  Sami Niemcy zniszczyli pomnik ich niemieckiej dumy. To tu ściągano rzesze niemieckiej młodzieży by wzbudzać i pobudzać siłę niemczyzny. Dlaczego rozwalili to, co tak bardzo teutońskie, co tak bardzo miało pokazywać ich siłę?

Tu fałsz gonił fałsz. Hohenstein to po polsku Olsztynek. A Tannenberg to Stębark. Dlaczego w miejscowości o zupełnie innej nazwie umieszczono pomnik kompletnie innej miejscowości? Trafne pytanie.  Chodziło o świadome i zaplanowane fałszerstwo historyczne. A  nawet więcej. O rewanż nad Polakami, a nawet  ogólnie Słowianami.  15 lipca 1410 ok. 30 km na południe od Olsztynka rozegrała się batalia między Polakami Króla Władysława Jagiełły, a  rycerzami Wielkiego Mistrza Ulricha von Jungingena. Tych pierwszych wspierali Litwini, Rusini, Tatarzy, a tych drugich rycerstwo z Europy Zachodniej. Bo to przecież walka z barbarzyńcami w mniemaniu tych ostatnich. Pod Grunwaldem był polski obóz, a pod Stębarkiem krzyżacki. Jedna bitwa, ale różne jej nazwy w dwóch krajach. U nas to Bitwa pod  Grunwaldem. W Niemczech pod Stębarkiem, czyli po niemiecku Tannenbergiem.

Koniec sierpnia 1914 r. Wojska niemieckie pod  dowództwem Paula von Hindenburga i generała Ludendorfa rozbiły drugą armię rosyjską generała Samsonowa. Ten ostatni, jak głosi legenda, popełnił samobójstwo w  okolicach  leśniczówki Karolinka w  okolicach Wielbarka. Do dziś  stoi tam pomnik w lesie (ale można go odnaleźć) upamiętniający tej fakt.

Czy Samsonow faktycznie popełnił tam samobójstwo?  A  gdzie jest niezwykle bogaty ponoć  skarbiec carskiej armii? Niektórzy twierdzą, że nie, bo zabili go sami swoi. A  skarb być może czeka na swego szczęśliwego znalazcę.

504 lata Niemcy czekali na rewanż nad słowiańskimi, i nie tylko, narodami. Podobno był to pomysł generała Ludendorffa. I tu ten fałsz.  Bo wiktoria na Samsonowem rozegrała się w wielu miejscach w południowej części Warmii i Mazur, między Nidzicą, a Szczytnem, także w samym Olsztynku i wcale nie w okolicach Stębarka-Tannenbergu. To, że  tu stacjonował sztab 8 armii nie oznaczało, że tu były prowadzone jakiekolwiek walki. Natomiast odwet na Słowiańszczyźnie, czemu nie? Ale taka iskra-pomysł wystarczyła.
Już w 6 lat po zakończeniu I wojny światowej, zwaną też wielką, a 10 lat po bitwie Niemcy rozpoczęli budowę pomnika.

Budowano go w latach 1924-1927. Pochowano tu 20 nieznanych żołnierzy. Swoim kształtem miał przypominać-jak twierdzili niektórzy- Stonehenge w płd. Anglii, a 8 wież i czerwona cegła krzyżackie warownie. Wykuto 14 herbów wschodniopruskich miast, najbardziej zniszczonych w I wojnie. Pomnik nabrał szczególnego znaczenia, gdy w sierpniu 1934 r. pochowano tu z fanfarami Hindenburga, a później jego żonę.
Pomnik, który zawierał fałsz od samego początku miał przyciągać i pobudzać niemieckiego ducha i-nie ukrywajmy-rewanżyzmu. By przyciągać młodzież z całej Rzeszy w Olsztynku specjalnie zmodernizowano i unowocześniono dworzec kolejowy (obecnie zaniedbany) oraz sprowadzono z Królewca skansen (istnieje do dziś). Styczeń 1945 r. położył kres tego już wtedy Mauzoleum Hindenburga (ostatecznie zmieniono nazwę). W ostatniej chwili wywieziono wspomniane 2 ciała (spoczywają obecnie w maleńkim kościółku na południu Niemiec), a sam pomnik wycofujące wojska wysadziły w powietrze. Dlaczego ? By zwycięzcy żołnierze Czerwonej Armii nie zbeszcześcili go, a także pamięci o nim.
Potem go rozbierano, granitowe płyty posłużyły do budowy w Warszawie obecnie byłego gmachu jedynej najważniejszej byłej już partii oraz cokołu położonego naprzeciwko pomnika Partyzanta. A w Olsztynie posłużyły one jako budulec Pomnika Wyzwolenia Warmiii Mazur. Długo po wojnie zabierano stąd  cegły. I to tak skutecznie, że  teraz rośnie tam tylko trwa i z trudem można znaleźć podstawę jednej z wież. Z pomnika, który istniał zaledwie 18 lat nie zostało nic.

Koniec lutego 2014 r. W dużej sali wystawowej olsztyńskiego Biura Wystaw Artystycznych, na białych płóciennych ekranach widok rozwalonego pomnika. To zaproszenie na  wystawę Doroty Nieznalskiej, znanej z kontrowersyjnych pomysłów „Tanneberg-Denkmal kult pamięci !” Artystka odwołuje się do historycznej spuścizny niemieckiego dziedzictwa kulturowego. A ponadto chce przypomnieć: proces budowania zbiorowej tożsamości, świadomego współdziedziczenia historii, miejsc pamięci, ale również problem pamięci/zapomnienia, zniweczenia, zatarcia śladów”. Artystka rozdawała też oryginalne bilety wstępu z napisem „Tanneberg-Nationaldenkmal”. Wymowa wystawy była chybiona. W samym jej tytule był fałsz. Bo oficjalnie pomnik ten tak się nigdy nie nazywał.  Pytałem o to na finisażu wystawy. Ponoć tak radził jeden z profesorów. Czyżby sam nie znał historii ? Pomnik ten najbardziej został zapamiętany z okresu hitlerowskiego, gdy stał się demonstracją siły groźnego reżimu. Co mamy zatem pamiętać ? Jaką świadomość współczesnych ma teraz budować ?

A pieniądze na ten chybiony przecież z punktu widzenia polskiej polityki historycznej pomysł dało   Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.  Czyżby w  Warszawie nie znali i nie wiedzieli jak naprawdę wyglądała historia na terenie byłych Prus Wschodnich. I tak lekką  ręką  dano wiele tysięcy złotych. Bo o czyją dziedziczność i zbiorową tożsamość tu chodzi. Chce  to podkreślić. Szanujemy to co niemieckie. Ale czy musimy, gdy ma to zupełnie inną wymowę. Czy polskie państwo ma wspierać zbiorową pamięć innych narodów?

Prof. Andrzej Chwalba z Uniwersytetu Jagiellońskiego w książce: „Samobójstwo Europy Wielka Wojna 1914-1918” tak napisał: „W niemieckiej propagandzie bitwa pod Tannenbergiem stanowiła piękny przykład skutecznej obrony ziemi ojczystej oraz udany rewanż za pierwszy Tannenberg, czyli Grunwald 1410 roku. Dla kreatorów mitu nie było ważne to, że Rosjanie pod Grunwaldem nie walczyli, ale to, że tym razem  pokonano Słowian. Dzięki takiej interpretacji mógł powrócić mit o odwiecznej wojnie niemieckiej kultury z barbarzyńskimi Słowianami”.

O tym jak zaniedbany jest nasz, polski pomnik pod Grunwaldem pisałem w „sdp.pl” w artykule: „Wciąż przegrywamy pod Grunwaldem? W dn. 29-07-2016”. I to w czasie, gdy polski kapitał, polskie pieniądze wsparły nie najszczęśliwszy, z naszego punktu widzenia, projekt, obcy nam narodowo. A jak kapitał niemiecki został spożytkowany koniukturalnie na kupno polskich gazet w „Kapitał nie jest polityczny? Czy to węszenie spisków i wrogów?” w dn.  04-01-2017. Czy nie jesteśmy sami sobie winni takim niesłychanym paradoksom?
Na finisażu wystawy odnoszono się do przemijania, do tego, że pomniki powstają, ale potem upadają i przykrywa je kurz historii.  Jeden z dyskutantów  odnosząc się do pomnika tannenberskiego posłużył się łacińską paremią : „sic transit gloria mundi” (tak przemija chwała tego świata) i wyraźnie powiedział, że taki los  czeka prędzej, czy później wszystkie pomniki. Ale

czy naprawdę ? Ten pod  Grunwaldem jednak trwa.

    Andrzej  Dramiński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl