The Beatles, czyli Bitelsi  najsłynniejszy muzyczny kwartet świata o niewiarygodnej wręcz sławie i nieprawdopodobnych sukcesach. Nie ulegli mirażowi taniej sławy. Nie poddali się zewnętrznej presji. Po sierpniowych w 1966 r. koncertach w San Francisco ogłosili, że nie będą więcej występowali na żywo, na scenie. Dlaczego? Chyba najważniejszą przyczyną było to, że  histerie nastolatków, ciągłe wrzaski powodowały, że grając nie słyszeli samych siebie. Oto miara geniuszu i prawdziwej sztuki. „Granie w takich warunkach nie ma żadnego sensu”-ogłosili. Ale były i inne powody. Także w sierpniu 1966 r. wydali swój najbardziej wysublimowany muzycznie album „Revolver”. Tak, to miał być  rzeczywiście wystrzał z rewolwera.  Coś  zupełnie nowego. Zaczynał się od gorzkiego tekstu jak to poborca podatkowy zabiera im lwią część przychodów (Taxman), potem słynny utwór o samotności ze  smykami (Eleanor Rigby), oczywiście „Żółta łódź podwodna” (Yellow Submarine) radosny utwór także dla dzieci, utwór Georga Harrisona z towarzyszeniem sitar, zupełnie nowego hinduskiego instrumentu (Love you to) i zupełnie nowatorski, psychodeliczny kawałek Lennona „Tomorrow never knows”.  Z  odtwarzaniem taśm od tyłu, jednostajnym dźwiękiem bębnów, pełnym przetworzonych elektronicznych dźwięków. Coś, czego jeszcze nikt nie grał i nie wydawał przed nimi. Tego nie dało się odtworzyć na scenie. I wtedy, by zapełnić pustkę po skończeniu z koncertami Paul McCartney wpadł na pomysł płyty w studio, ale  jakby na żywo z głosami publiczności z sali koncertowej. Do pracy nad albumem, który zatytułowali „Orkiestra Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza” (Sgt. Pepper’ s Lonely Hearts Club Band) przystąpili już jesienią, w listopadzie 1966 r., a skończyli w kwietniu 1967 r.  Pięć miesięcy i ponad 400  godzin  nagrywania. Swoje  dzieło wydali dokładnie 01 czerwca 1967 r. w Londynie, a dzień później w USA.  Dokładnie 50 lat temu.  Ale płytę uważa się za najlepszy, najdoskonalszy, najwszechstronniejszy rockowy album wszechczasów. Wtedy wszystko, co robili Beatlesi było nowatorskie, ożywcze. Inni ich tylko kopiowali. To oni po raz pierwszy w 1967 r. wydali  pojedyńczą płytę, ale w podwójnej okładce. Na ostatniej stronie umieścili swoje zdjęcie oraz wydrukowali wszystkie teksty. Nikt tego do tej pory nie robił! Po rozłożeniu można było zobaczyć ich zdjęciem w  niesamowitych strojach z zupełnie innej epoki, kilkaset lat wstecz.  I  na żółtym tle, co niezwykle  efektownie  oddawało i tak  bardzo  kolorowe ich stroje.  Ale najważniejsza  była okładka. Nazwa  grupy  „Beatles” to jakieś czerwone krzaczki. Marihuana? Obok  czwórki prawdziwych muzyków, ich  sobowtóry z wosku, z  kolekcji Madame Tussauds w Londynie. A za nimi? Różne sławne i historyczne postacie. Mae West aktorka, Edgar Allen Poe pisarz, Fred Astaire aktor, sławny amerykański bard Bob Dylan na którym się częściowo wzorowali, Stan Laurel i Oliver Hardy czyli Flip i Flap: komicy, Aldous  Huxley pisarz,  Johnny Weissmuller pływak i aktor,  George Bernard Shaw pisarz, Sonny Liston bokser, albert Einstein sławny fizyk, Marlena Dietrich aktorka uff! By wymienić tych najznamienitszych.  Jeszcze jakaś  palma, lalka  z  napisem  „Witajcie Rolling Stones” (Welcome Rolling Stones). A  przed tym tłumem duży bęben z tytułem albumu.  A  muzyka?  Niezwykła, tak jak teksty.  Najpierw  ostry,  rockowy  tytułowy kawałek. A  potem z „Niewielką pomocą moich przyjaciół” (With a little help from my friends). Kolejny, rozbudowany utwór to „Lucy na niebie z  diamentami” (Lucy in the Sky with Diamonds). Spójrzmy na angielski tytuł. I pierwsze litery głównych wyrazów. LSD? Tak. Wiele osób  szukało w  okładkach, czy  tekstach  The Beatles  różnych  podtekstów, odniesień, przekazywania różnych niesamowitych informacji.  John Lennon, bo to on był autorem stanowczo temu zaprzeczał.  Odpowiadał, że  jego  syn Julian (imię miał po babci, która zginęła tragicznie w wypadku samochodowym) przyniósł  rysunek do domu z takim tytułem. Może jednak twórca się myli, bo tekst jest wyraźnie  psychodeliczny już od początku:   „Twoje zdjęcie w łodzi na rzece z mandarynkowymi drzewami i marmoladowym niebem, ktoś Cię woła odpowiadasz całkiem wolno, dziewczyna z kalejdoskopowymi oczami”. A dalej? „Celofanowe kwiaty żółte i zielone..spójrz na dziewczynę ze słońcem w oczach, odeszła...taksówki z papieru dobijają do brzegu, czekają by Cię zabrać w nieznane

”...i znowu na koniec wraca dziewczyna o kalejdoskopowych oczach. Fantazja podpowiadała artyście bardzo dużo.  A muzyka też mieszała w głowie. „Ona opuszcza dom” (She’s  leaving home) to opowieść wzięta z...gazety. Samo życie. „We środę o piątej rano, gdy zaczyna się dzień, cicho zamyka drzwi swojej sypialni. Zostawia notkę z nadzieją, że chciałaby powiedzieć więcej, schodzi na dół do kuchni mnąc chusteczkę, cicho przekręca klucz drzwi na zapleczu, wychodzi, jest wolna”.  Te  ostatnie  słowa „Jest wolna” (she is free) to opisywany przez Lennona  dramat młodych ludzi, straconego pokolenia (lost generation), zupełnie nie rozumianego  przez rodziców, starszych. Dziewczyna naprawdę poczuje się wolna, gdy opuści rodzinny dom. A rodzice? Jest też o nich. Dali jej przecież większość swego życia, poświęcili je dla niej. Dali je wszystko, co można kupić za...pieniądze! A córka? W piątek jest już o dziewiątej daleko, czeka na umówione spotkanie z kierowcą. A  rodzice pytają co zrobiliśmy złego, nie wiedzieliśmy, że to było zło? Coś, co tkwiło w córce od lat przełamało się w niej”.  I  jeszcze te pyszne aranże, znakomite smyki. Takie utwory mogli nagrywać  tylko wielcy.Ten utwór chyba najpełniej pokazuje jak Beatlesi oddawali :”napięcie między pokoleniami, samotność zagubionego dziesięciolecia i gorzką słodycz młodzieńczej miłości w każdych czasach...” jak pisał znawca muzyki Christopher Porterfield. Tak jak „Będąc tu dla dobra Mr. Kite’a” (Being for ythe benefit of Mr. Kite”).  Wielkim można wszystko.  Tytuł i cały tekst opiera się na obrazkach plakatu cyrkowego z XIX wieku. Lennon kupił go przypadkowo w jednym z antykwariatów. A w utworze słychać nawet...walca, którego tańczą zaproszeni goście. Wodewilowa muzyka przygotowana przez rockową grupę przecież. Tak się kończyła pierwsza  strona winylowej płyty.

Drugą otwierał George Harrison tylko z towarzyszeniem hinduskich sitar i śpiewał w „W Tobie i poza Tobą” (Within you without you): „Rozmawialiśmy o przepaści, która nas dzieli/I ludziach, którzy kryją się za ścianą iluzji/Prawdy nie widzą, a kiedy odchodzą/Niestety, jest już za późno/Z naszą miłością możemy zbawić świat/gdybyśmy tylko o tym wiedzieli”. Nie dziwi, że uważano go za największego filozofa wśród muzyków The Beatles. Ten tak odmienny od innych utwór kończył bezmyślny, pogardliwy rechot tłumu. McCartney śpiewał
O tym, co go spotka, gdy będzie miał 64 lata (When I’m sixty-four); Walentyno, czy będziesz mi przysyłała życzenia urodzinowe i butelkę wina? I „czy wciąż będziesz mnie potrzebowała, czy wciąż będzie mnie karmiła, gdy będę miał 64 lata?”. Końcowe „hu” świadczyło, iż nie boi się przyszłości starzenia się. 18 czerwca 2017 r. Sir Paul McCartney skończy 75 lat! Sam sobie wyśpiewał świetlana przyszłość.

Potem na płycie pojawia się ponownie tytułowy utwór, zapowiadany rytmicznie przez perkusję. Ostatni „Jeden dzień życia” (A Day in the Life) to dwie części tego samego utworu. Zaczyna Lennon „Czytałem dziś wiadomości...i  dalej o obojętności tłumów. Potem Paul  o drodze na spotkanie, gdy ktoś do niego coś mówił on oddał się marzeniom.  I jeszcze raz Lennon, która powtarza informację za gazetą, iż odkryto 4 tysiące  dziur w Blackburn w hrabstwie Lancashire. I choć były raczej małe, policzono je wszystkie. I teraz wiedzą ile ich trzeba by zapełnić Albert Hall. Po co? No  właśnie.  To o naszej głupocie i bezmyślności. Utwór wyróżniał się muzycznymi fragmentami spajającymi te 2 wersje. Ale końcówka to już  absolutne mistrzostwo. Paul  chciał zaprosić  140  muzyków orkiestry symfonicznej by każdy na swoim instrumencie  zagrał coś do najwyższego dźwięku. Muzyków było w końcu mniej, poprzebierano ich w śmieszne stroje. Ale dźwięk każdego instrumentu nagrano 4  razy. I to było to. A  finał to e-dur zagrane naraz przez kilku muzyków na  fortepianie. Napięcie opada i zostawia niesamowite wrażenie. W Ameryce mówiono, że  słuchają Beatlesów by dowiedzieć się, co słychać w Londynie!

W zamyśle The Beatles miał to być album koncepcyjny.  Utwory zachodzą na siebie, wszystko tworzy całość. I zupełne nowatorstwo muzyczne. Tego w muzycznym światku nikt nie potrafił. Bitelsi choć nieobecni na scenach znowu szokowali. Znów byli najlepsi!  I są po dziś.  Ich  album „1”, bo zawierał 27 utworów, które stały się jedynkami na listach przebojów w Wlk. Brytanii i USA ukazał się w 2000  roku i sprzedano go w liczbie 3,5  mln. Rekordów The Beatles nikt nie jest w stanie pobić.

A  Joe  Cocker  swoją brawurową wersją „Z małą pomocą moich przyjaciół” na festiwalu w Woodstock w  sierpniu 1969 r. sprawił, że nad  tym niesamowitym rockowym wydarzeniem , choć ich nie było, unosił się duch The Beatles

 

                            Andrzej Dramiński


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl