Każdy ma takich prawników, na jakich zasłużył – aż chciałby się wykrzyknąć, cytując klasyka teorii na różne okazje. Pracuję nad filmem, ale zrobiłam przerwę, by napisać ten tekst. Do łez niemal rozbawiła mnie wypowiedź prof. Marka Safjana. Kiedy ten dostojny i strojący się jeszcze do niedawna w szaty prawnika poważnego, udaje dzisiaj zatroskanego Obywatela III Rzeczpospolitej.  Trzeba wiedzieć, że prof. Safian jest jednym z licznych prawników, którzy mogą mówić o sobie jako o beneficjentach porozumień Okrągłego Stołu z 1989 roku.  w przeciwieństwie na licznych prawników, zwolenników tzw. zakonu Jarosława Kaczyńskiego, którzy dopiero od około roku mogą mówić i oddychać pełną piersią.

Prof. Safian jest prawnikiem i sędzią. Lubi mówić o sobie: specjalista w zakresie prawa cywilnego i nauczyciel akademicki. Jego studenci z pewnością stoją w pierwszych szeregach młodych ludzi, protestujący m.in. pod domem Jarosława Kaczyńskiego, pod hasłami „Wolność, Równość, Demokracja”. Zapytani przez Adama Borowskiego, co te słowa właściwie dla nich oznaczają – zwłaszcza demokracja, większość z nich pokazała mu gest Kozakiewicza, obróciła się na piecie od interlokutora i jeszcze głośniej skandowała „Wolność, Równość, Demokracja”.

W swoim CV prof. Safian może sobie także wpisać: prezes Trybunału Konstytucyjnego i sędzia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.  W rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej, którego nota biograficzna umieszczona pod wywiadem na stronie internetowej „Gazety”, zwanej przez nieżyczliwych „Koszerną” jest znacznie dłuższa niż sędziego Serafina. Pan Michał dla odmiany chwali się, że jest stypendystą Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze. uh …Pewne jest jedno, takie i podobne życiorysy przypadają do gustu redaktorowi naczelnemu Adamowi Michnikowi. Bratał się wprawdzie z generałem Czesławem Kiszczakiem, nazywając go „człowiekiem honoru”, kochał swego czasu Lecha Wałęsę i Jarosława Kaczyńskiego, kiedy ten ostatni rozdawał karty w polskiej polityce na początku lat 90-tych XX wieku, ale jednak stypendystą Departamentu Stanu USA nie był.

- Musiałem trzy razy powtarzać, co robi PiS. Prawnikom z UE nie mieści się to w głowach – wyznał szczerze dziennikarzowi prof. Safian, i kontynuuje -  Ludzie zrozumieli, że tu chodzi o to, czy będziemy społeczeństwem wolnym. Że bez wolności sądów nigdy nie będziemy pewni, czy sędzia w naszej sprawie wyda sprawiedliwy wyrok.

Ci ludzie, którzy bez przerwy indagują profesora, to nie byle kto. Bo 2, 5 tysiąca osób ze wszystkich krajów europejskich, reprezentujących różnorodne kultury polityczne i prawne. I większość z ich pytania sprowadza się do jednej kwestii: „Co się u was dzieje?”. Denerwuje się czasami prof. Safian musząc trzy razy powtarzać to samo, czyli, że "mamy do czynienia z ustawą rozwiązującą Sąd Najwyższy i możliwością mianowania sędziów SN przez prokuratora generalnego". I dalej, ale to już ostatni cytat z tej rozmowy, zainteresowanych odsyłam do tekstu źródłowego: „Ludzie wychowani w tradycjach i wartościach Unii i demokracji zachodnich, zwłaszcza Francji, Niemiec czy Hiszpanii, nie są w stanie tego zrozumieć. Nie dociera do ich świadomość, że coś takiego może się zdarzyć. Nie chcą uwierzyć, że to jest prawda”. Uf …

Przyznam, że ja nawet wierzę Panu profesorowi, że on mówi szczerze. Marek Serafin nie ma szans logicznie wytłumaczyć komukolwiek tego, co się w Polsce dzieje, jako że on sam prawdziwej Polski i Polaków nie zna. Przetrwał ostatnie z górą ćwierć wieku oderwany od ziemi, ludzkich, codziennych spraw. Przepraszam, chcąc być bardziej precyzyjna, muszę dodać, że na początku XXI wieku, prof. Safjan był nieco bardziej obeznany z ludzkimi sprawami. Zwłaszcza z ludźmi, którzy rozgoryczeni na niesprawiedliwe, ich zdaniem, wyroki zapadające w polskich sądach, przychodzili do redakcji „Tygodnika Solidarność”. Ja i moi koledzy wysłuchawszy wiele wstrząsających niesprawiedliwości, będące dziełem przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, ruszaliśmy z interwencją „w miasto”. Mnie przypadł wówczas w udziale wywiad z prof. Safjanem. Kiedy podawałam mu konkretne fakty, najpierw milkł a na twarzy widać było frasunek. Może i niekłamany. Po namyśle radził, by osoby czujące się skrzywdzone, udały się po pomoc do Rzecznika Praw Obywatelskich. A tam w fotelu szefa zasiadał prof. Andrzej Zoll. Też, najczęściej, prof. Zoll po zadaniu mu niewygodnego pytania myślał w milczeniu. I zawsze obiecał z troską pochylić się nad każdą ludzką niesprawiedliwością. Efekt był zawsze taki sam. Skarżący się otrzymywał kilkunasto-stronicową odpowiedź, z której absolutnie nic nie wynikało. Ponad to, by adresat tego listu przestał zawracać głowę przedstawicielom w togach. Bo ci muszą łapać „prawdziwych przestępców”, a nie tych w białych kołnierzykach, i na początku lat 90-tych, nieodłącznie, w białych skarpetkach i grubych łańcuchach na szyi. Nowa elita biznesowo-polityczna, zanim wbiła się w szyte na miarę garnitury, i przywdziała ciemne skarpetki, potrzebowała czasu. Bycie biznesmen dobrze ubranym trwa.

Najbardziej jednak śmieszy mnie próba logicznego wytłumaczenia przez tych szacownych przedstawicieli w togach sędziowskich faktu, iż obecne zmiany w sądownictwie to nic innego jak wprowadzenie w Polsce procedur, które obowiązując w oświeconej części Unii Europejskiej od dziesięcioleci. Kiedy jeden czy drugi poważny prawnik, przytłoczony pytaniami zadanymi przez wnikliwego dziennikarza, nie wie co odpowiedzieć, powtarza niczym mantra  formułkę: „My weszliśmy do Unii Europejskiej po to, by trzymać się reguł ustalanych w Brukseli, m.in. przez wiceprzewodniczącego Fransa Timmermansa  i szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. A ci zgodnie twierdzą, że za łamanie praworządności unijnej [cokolwiek to słowo-wytrych oznacza], Polsce mogą grozić kary finansowe. Już w przyszłym budżecie UE”. Co na takie dictum można odpowiedzieć? Nic, poza wzruszeniem ramion. Chociaż nie, można. Ten manewr może się nie udać choćby z powodu premiera Węgier Viktora Orbana. Zapowiedział on, że nie zgodzi się na żadne sankcje wobec Polski, w tym finansowe także. On, jak i każdy w miarę rozgarnięty człowiek wie, że nie na wszystkie dziedziny życia polityczno-społecznego monopol ma Bruksela. Nie ma. Koniec kropka. A już na pewno nie ma monopolu jeśli chodzi o sprawy ustrojowe. Te pozostają w wyłącznej dyspozycji władz każdego suwerennego kraju, w którym aktualnie rządzący doszli do władzy w wolnych, właśnie demokratycznych wyborach. A tak jest w Polsce.

Po upuszczeniu trochę swojej dziennikarskiej „żółci” wracam do przerwanych zajęć. Życzyłaby sobie, by to tych kilkunastu zdaniach, rozpętała się dyskusja dziennikarzy, tych z jednej, ale i z drugiej strony współczesnej żelaznej kurtyny. Jaką wykopały uzgodnienia w Magdalence w 1989, a przypieczętowała tragedią pod Smoleńskiem i podwójnie wygrane wybory przez Zjednoczoną Prawicę w 2015 roku. Marzenie ściętej głowy?! Chętnie podyskutowałabym także z uczniem Adama Michnika, autorem cytowanego fragmentu wywiadu z prof. Markiem Safjanem.

Sądzę, że mniej emocji wywoływały ustawy – nazwijmy je tak – reformujące polskie sądownictwo, gdyby ich twarzą od początku był wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.  Merytoryczny, spokojny i do tego przystojny.  Szkoda, że został wyeksponowany dopiero, by bronić stanowiska rządu dopiero w Senacie. Nie mam absolutnie nic przeciwko ministrowi Zbigniewowi Ziobrze, ale jednak minister Warchoł był znacznie lepiej przygotowany od odpierania zarzutów opozycji i środowisk związanych z PO i Nowoczesną.

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl