Komisja Europejska oczekuje, że Polska podporządkuje się decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z nakazem powstrzymania wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej.  Nakaz sądowy został wydany na podstawie art. 39 statutu Trybunału Sprawiedliwości UE, ratyfikowanego przez wszystkie państwa członkowskie, w tym Polskę – przypomniała na konferencji prasowej rzecznik KE Mina Andreewa.

    Zadnych dyskusji, koniec, kropka. I Bruksela coraz głośniej domaga się wstrzymania wycinki, grożąc już dziś, że jeśli do tego nie dojdzie, KE rozpocznie tzw. procedurę praworządności. Na to odpowiedż resortu środowiska: ”Wstrzymanie wycinki w Puszczy Białowieskiej, tak jak chce tego Komisja Europejska, spowoduje szkody w środowisku o szacowanej wartości 3.2 mld złotych”. Dalej podkreśla, że jego działania są zgodne z przepisami dyrektywy ptasiej i środowiskowej”, i na koniec dość pokrętna figura stylistyczna -  „już na pierwszy rzut oka nie jest oczywiste, iż  żądanie KE jest uzasadnione – bo jej stanowisko w znacznej mierze opiera się na hipotezach”. Mam nadzieję, że tłumacz się z tą skomplikowaną konstrukcją językową upora.

    I już rozpoczęło się pandemonium. Jedni wypowiadają się za polskim rządem, inni przeciw, rytualny taniec wojenny trwa. „Polska może być pierwszym krajem w 65-letniej historii Trybunału Sprawiedliwości UE, który odmówił wykonania jego postanowienia” – straszy TVN24. Aktualny sędzia TS Marek Safjan – czy nie zachodzi tu czasem konflikt interesów? - wskazuje: ”Mimo, że decyzja TS UE … jest postanowieniem tymczasowym, to powinna być natychmiast wykonana” - szkoda tylko, że nie powiedział dlaczego, skoro to decyzja tymczasowa. Posłanka PO Gabriela Lenartowicz składa do prokuratury generalnej zawiadomienie o możliwości popełnienia przez ministra Szyszkę przestępstwa, mgr inż. Andrzej Antczak z  Nadleśnictwa Hajnówka twierdzi: ”W decyzji TS UE jest zapis, że Polska ma niezwłocznie zaprzestać wycinki drzew „z wyjątkiem sytuacji, zagrażającej bezpieczeństwu publicznemu, a  przecież taka sytuacja właśnie zaistniała”. A  publicysta Jerzy Targalski radzi po swojemu:  „przeszedłbym do ataku przeciwko władzom unijnym”.

   Jaki widać opinie są mocno rozstrzelone, ale niekoniecznie według znanej sztancy liberalna lewica – konserwatyści. Wydaje się, że tym razem podział przechodzi linią zawodowcy – ignoranci, profesjonaliści – politycy, bo tych kilkunastu ekologów, którzy koczują w Puszczy, to przecież także politycy. Być może w zrozumieniu sprawy pomoże właśnie opublikowana propozycja przepisów do nowej ustawy regulującej nakładanie sankcji międzynarodowych, które zostaną wdrożone po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii.  Chodzi o ułatwienia w odcinaniu grup terrorystycznych od  źródeł finansowania, a także zamrażania czy zamykania kont bankowych osób podejrzanych o działania przeciw prawu. Ale będą też  inne nowe przepisy, m.in. dotyczące jurysdykcji Trybunału Sprawiedliwości UE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Bo też nie bez powodu 17 stycznia tego roku Theresa May powiedziała „Brexit znaczy Brexit”. Wprawdzie chodziło głównie o niekontrolowaną lawinę imigrantów, którzy powodują zapaść brytyjskich służb publicznych i  obniżają poziom  bezpieczeństwa, ale także o pożegnanie się z Trybunałem Sprawiedliwości i Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. „Chcemy przejąć z powrotem kontrolę nad naszym prawem i skończyć z wyrokami  sądu w Luksemburgu” – powiedziała w styczniu pani premier, i była to odpowiedź na publiczne oczekiwania większości Brytyjczyków, bardzo zirytowanych  kolejnymi werdyktami  obu europejskich trybunałów. Może warto zapoznać się z dotychczasowymi kontrowersjami krajów członkowskich z TS i wyciągnąć z tego  wnioski. 

   Na początek – jakie są kompetencje Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej? 1/ kontrola legalności aktów prawnych UE; 2/ czuwanie nad poszanowaniem przez państwa członkowskie obowiązków, wynikających z traktatów; 3/ dokonywanie wykładni prawa UE, odpowiadając na pytania zadawane przez sądy krajowe.  Jednak  już od dawna TS wykazuje niezwykłą ambicję w regulowania prawodawstwa narodowego 28 krajów członkowskich, ingerowaniu w „British/ Hungarian/ Polish way of life”, i jedna z głównych motywacji Brexitu była właśnie jego inwazyjność oraz brak umiejętności negocjacyjnych z drugą stroną sporu. W  brytyjskiej konserwatywnej prasie, Timesie, Daily Telegraph czy  Daily Mailu, wciąż natykam się na kolejne dyskusje, które świadczą z jednej strony o ambicjach  kontrolnych TS, z drugiej –  o niechęci,  a zdarza się i furii  Brytyjczyków na te ciągłe  gry „w przeciąganie liny”. A oto kilka przykładów: oto Guardian z sierpnia 2010 roku i artykuł Michelle Everson pt. ”Europejski Trybunał Sprawiedliwości czy instytucja polityczna?” Pani Everson, profesor prawa w University of London, pisze: ”Coraz bardziej kontrowersyjne wyroki,  coraz silniejsza erozja tej instytucji, która została stworzona z tak szlachetnych pobudek”.  I nawiązuje do ówczesnych kłopotów Niemiec z TS.  A na swoje końcowe pytanie czy brytyjskie prawo może zaprotestować przeciw werdyktom Trybunału Sprawiedliwości, jak zrobili to przedtem Niemcy, odpowiada: ”W moim odczuciu, brytyjski opór wobec niepopularnej polityki TS.  Nie byłby aktem przeciw Europie. Przeciwnie – być może uratowałby europejskie prawo”. Trzeba przypomnieć, że artykuł  ten pojawił się w lewicowym Guardianie, a po drugie - w 2010 roku, kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o Brexicie.  Sytuacja nad Tamizą nabrzmiewała przez lata, aż w końcu pękła,  a my wciąż jeszcze musimy się zmagać z  kolejnymi aktami ingerencji  TS UE w naszą materię prawną! Oto kolejny tekst, tym razem Michaela Howarda i Richarda Aikensa z „The Telegraph”.  Autorzy zarzucają Trybunałowi Sprawiedliwości, że „rutynowo ingeruje w najbardziej podstawowe prawa rządu, wybranego w wolnej elekcji”,  oraz,  że oto „w Brukseli nominaci z Komisji Europejskiej tworzą dla nas prawo  – a cały system jest monitorowany przez Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu, który dysponuje władzą nad naszymi parlamentami i naszymi sądami”. Nic dodać, nic ująć.

    Tak więc kontrowersje wokół Trybunału Sprawiedliwości i jego wyroków trwają od lat. I już  zdajemy sobie sprawę z jego słabych punktów - nadmiernego upolitycznienia, ambicji sterowania systemami prawnymi 28 państw członkowskich – nie licząc się z lokalnymi tradycjami prawnymi i obyczajami - oraz, w konsekwencji, o jego  powolnej utracie wiarygodności.  Pisały o tym media niemieckie, bardzo często brytyjskie, więc dyskusja w naszych, polskich, to naprawdę nic nadzwyczajnego. Po prostu teraz padło na nas. I teraz my, podobnie jak Niemcy, Brytyjczycy czy Węgrzy, musimy bronić swoich spraw i uzyskać jakiś zdrowy konsensus. Na koniec pytanie: w polskich mediach  wciąż widać naszych europosłów, którzy tłumaczą nam okoliczności brukselskich utarczek. To dobrze. Ale to dopiero połowa ich obowiązków. Druga połowa, to lobbowaniu na rzecz polskich spraw tam, w Brukseli, wyjaśniając  zagranicznym mediom i kolegom z ław PE  polski punkt widzenia. Z europosłami w Brukseli jest jak z korespondentami zagranicznymi w Warszawie. Trzeba ich informować, informować i raz jeszcze informować o tym, co naprawdę dzieje się z Polsce, aby obok tradycyjnej, lewicowej mieli jeszcze jedną, obiektywną narrację.

Elżbieta Królikowska-Avis. 7 lipca 2017

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl