Wielu z nas tęskni do dawnego Teatru Telewizji i jego znakomitych spektakli, poprzedzanych niezwykłymi w swej zwykłości i jasności przedmowami Stefana Treugutta. Wiadomo, że pewne rzeczy są niepowracalne. Ale zapowiedzi dotyczące Teatru Telewizji w nowej ramówce sezonu 2017-2018\ (skąd inąd nadmiernie rozrywkowej) wydawały się zachęcające. I oto mamy za sobą pierwszą realizację tych zapowiedzi – spektakl pt.” Wojna – moja miłość. Szpiegowska historia” w reżyserii Wojciecha Nowaka, z udziałem Małgorzaty Kożuchowskiej i Ireneusza Czopa. Anons w „Tele-Tygodniu”, iż rzecz jest poświęcona Krystynie Skarbek, „ulubionej agentce Winstona Churchilla” (Churchill ‘s favorite spy), mógł zelektryzować każdego, kto miał jakiekolwiek pojęcie o agentkach i agentach osławionego brytyjskiego SOE (Special Operations Executive  – Kierownictwa Operacji Specjalnych).

Nie piszę „słynnego” czy „sławnego” SOE, albowiem ocena działania tego centrum brytyjskiego wywiadu, operującego głównie na terenie okupowanej przez Niemców  południowej Francji, we współdziałaniu z tamtejszą partyzantką, nie jest jednoznaczna, zwłaszcza jeśli chodzi o dosyć lekkomyślny stosunek do kwestii bezpieczeństwa agentów w relacji z bezwzględnym postępowaniem gestapo i sił niemieckiego kontrwywiadu. Wysłanie do Francji jako agentki hinduskiej księżniczki, z oczywistych względów skazanej na natychmiastowe zdemaskowanie (co, rzecz jasna, nastąpiło) jest tego najjaskrawszym przykładem. Ale to dygresja.

Krystyna Skarbek-Giżycka, gdy wreszcie po wielu przygodach, wielokrotnych wyprawach z Budapesztu do Warszawy i z powrotem (m.in. wspólnie z Janem Marusarzem, bratem Stanisława), po sprytnym ograniu niemieckich śledczych, dzięki któremu wydostała na wolność siebie i swego kochanka, polskiego oficera, dostała się do Londynu i do brytyjskiej służby wywiadowczej, była niezwykle doświadczoną i najlepiej jak można przygotowaną agentką. Zrzucona w rejon okręgu Vercors, współdziałając z francuskimi partyzantami, narobiła Niemcom niemało szkód, nie mogąc przewidzieć,  że ci, w swoim stylu, zemszczą się na miejscowej ludności, dokonując jej rzezi z powietrza i z lądu. Dzięki swojemu sprytowi, odwadze, perfekcyjnej znajomości języka francuskiego potrafiła wybrnąć z najtrudniejszych sytuacji, osiągać zamierzone cele, wykonywać nałożone na nią i jej oddział zadania, skutecznie absorbując siły niemieckie na tyłach frontu po czerwcowej inwazji aliantów w Normandii w 1944 roku, gdy nie bez trudności rozwijała się w następnych tygodniach ich ofensywa na północ i wschód.

Mamy więc tutaj do czynienia z postacią wybitną,  autentyczną bohaterką, wielokrotnie odznaczaną za odwagę i skuteczność działania, niezwykle wysoko cenioną przez dowódcę wyprawy francuskiej, Rogera (Francisa Cammaertsa), a także przez ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii, o czym już wspomniałem.

Nie uchroniło jej to od problemów wielu ludzi wojny, którzy nie potrafią jakże często odnaleźć się w świecie pokoju. Krystyna Skarbek po demobilizacji odrzuciła niezbyt zresztą zachęcające propozycje pracy dla państwa brytyjskiego i postanowiła iść własną drogą. Naiwnie nieco (jak dziś możemy oceniać) myślała wraz ze swoim partnerem, Andrzejem Kowerskim (nawiasem mówiąc, znanym jej od lat szkolnych) nawet o powrocie do Polski. Było to w 1951 roku, skończyłoby się  jak nic oskarżeniem o szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii i śmiercią w ubeckiej katowni. Podejmowała różne prace, m.in. została stewardessą na statku w rejsie z Londynu do Australii i z powrotem, gdzie poznała późniejszego egzekutora jej osobistego fatum, niejakiego Denisa Muldowneya, psychopatę, z jego urojonymi prawami do jej miłości, który zasztyletuje ją w londyńskim hotelu w czerwcu 1952 roku.

I teraz wróćmy do spektaklu Teatru Telewizji. Niewiele dowiedzieliśmy się z niego o rzeczywistej robocie wojennej Krystyny Skarbek, nota bene pochodzącej po mieczu z owego sławnego rodu, mającego w swym gronie m.in. pisarza i działacza społecznego pierwszej połowy XIX wieku, Fryderyka, i budowniczego największego wówczas w Europie teatru lwowskiego (ponad 1400 miejsc dla widzów), Stanisława. Owszem sceny wojenne są pokazywane w spektaklu, lecz jedynie w jakichś niewiele znaczących migawkach, jak gdyby na marginesie „głównej akcji”, która rozgrywa się w hotelu Shelbourne, należącym do niejakiego Gordona (Ireneusz Czop), w ostatnim dniu życia bohaterki.

Napisałem słowa „głównej akcji” w cudzysłowie nie bez kozery, ponieważ autor sztuki niejako odsunął na bok to, co było treścią życia bohaterki, powiadamiając o niej widzów jedynie z grubsza, całe światło rzucając na jej nieciekawą sytuację w owym momencie, gdy nie ma środków do życia, gdy szuka dla siebie jakiejś pomocy, telefonując do mężczyzn, którzy kiedyś się nią interesowali (ale teraz są już w swoich innych układach osobistych), w tym także do Andrzeja, który wszelako pojawi się za późno. Oglądamy czterdziestoletnią kobietę, której psychika jest mocno rozchwiana, by nie rzec, że jest w rozkładzie. Będąc w sytuacji beznadziejnej, posługuje się, zgoła przesadną, kokieterią wobec właściciela hotelu, najwyraźniej ulegającego jej urokowi, będącemu jakimś jaśniejszym punktem w jego szarym i – jak sam przyznaje – tchórzliwym życiu. Gdyby  – metodą piłkarską – zmierzyć procentowo liczbę scen rozbierania i przebierania się aktorki grającej główną rolę, kokietowania zachwyconego nią i jej pięknością Gordona, zapraszania go do oglądania jej nagości w wannie, a także rozgrywania czy odgrywania  różnych scen zawierających erotyczne obietnice (choć niekoniecznie mające być dotrzymanymi!) w porównaniu do pozostałej materii przedstawienia – to byłby to zdumiewająco wysoki procent. Czy o to powinno  chodzić w spektaklu mającym opowiedzieć biografię bohaterki, zawierającą w sobie co najmniej kilka scenariuszy na filmy mrożące krew w żyłach i wyposażone w suspens o najwyższym możliwym napięciu?

Autor sztuki widocznie uznał, że te wszystkie przygody wojenne, z punktu widzenia jego pojmowania współczesnej dramaturgii, są sprawą drugorzędną, nie mogącą zainteresować widza, a natomiast wart pokazania jest tylko moment załamania psychicznego tej niezwykłej kobiety, ostatni dzień jej życia, gdy znalazła się na ostrym zakręcie i próbowała z niego wyjść na prostą, co nieoczekiwanie przerwał wbity w serce nóż psychopatycznego mordercy. Z punktu widzenia aktorki, ambitnej, zarazem świadomej swej kobiecości i potrafiącej ją ukazać, te wszystkie sceny swoistego niby kuszenia szarego i dosyć nijakiego mężczyzny (ale jednak mężczyzny!) były atrakcyjnym materiałem  do gry scenicznej; różniąc się od bohaterki urodą, aktorka potrafiła „zagrać” jej piękność czy może czar, jaki umiała rzucać na mężczyzn.

I dlatego do Małgorzaty Kożuchowskiej nie można mieć pretensji, gdy z pewnością nawet w nadmiarze odtwarza, że tak powiem, owe w gruncie rzeczy pretensjonalne chwyty bohaterki, tak jak chciał ją widzieć autor scenariusza.  Ale dlaczego takie właśnie szczególne ujęcie spotkało Krystynę Skarbek, która istotnie w swoim prawdziwym życiu oczarowywała wielu mężczyzn, ale z pewnością działo się to całkiem spontanicznie i niejako niezależnie od jej woli, a w każdym razie nie musiała w to wkładać jakiegokolwiek wysiłku, jak to ma miejsce w spektaklu. Z wielkiej bohaterki wojennej, która wykazała charakter, wolę, konsekwencję i determinację patriotyczną we wszystkich swych działaniach, zrobić żałosną dosyć uwodzicielkę, która trochę nie wiadomo po co (może autor chciał powiedzieć, że po prostu taka była w całym swoim życiu, co jest nieprawdą!) robi to, co robi, zachowuje się jak bohaterka jakiejś dzisiejszej Zapolskiej, co jest może niezbyt sprawiedliwym porównaniem wobec zacnej (choć nie tak cnej zgoła) pani Gabrieli. A opowiadamy tu o osobie, która napisała w jednym ze swych listów, że „Szczęście, to jedyna rzecz, którą możemy dawać innym, nie mając jej sami.” Niczego, co znajduje się niejako w nastroju tych słów, dosyć dobrze charakteryzujących Krystynę Skarbek, nie można było znaleźć w spektaklu Wojciecha Nowaka.

Obciąża to przede wszystkim autora sztuki, który po prostu źle, w moim mniemaniu, wytypował sobie temat. Nie dziwi mnie to specjalnie, gdy dowiaduję się, że tym autorem jest Dominik Rettinger, m.in. scenarzysta filmu „Kamienie na szaniec”, który z wychowanków Aleksandra Kamińskiego zrobił bezmyślnych chłopaków biegających z pukawkami i sądzących, że w ten sposób zbawią świat. Film zmiażdżyła swoim omówieniem w „Naszym Dzienniku” Barbara Wachowicz, największa znawczyni biografii i twórczości Aleksandra Kamińskiego, wielkiego wychowawcy pokolenia Kolumbów, oraz życia i pokroju moralno-intelektualnego jego wychowanków.

Po raz kolejny mamy do czynienia ze zmarnowaniem wielkiego tematu i co ciekawe kolejny raz dotyka to prawdziwych bohaterów polskiej niedalekiej przeszłości.  Chcących poznać prawdziwą Krystynę Skarbek, znakomitą Polkę, kochającą rodziców córkę, wychowaną w polskiej przedwojennej szkole, patriotkę i odważną, pełną poświęcenia bojowniczkę, a zarazem kobietę czarującą i spragnioną miłości odsyłam do książki Joanny Kryszczukajtis-Szopy pt. „Szyfrowane drogi”, gdzie na stronach od 55 do 103 znajdą opowieść o naszej bohaterce. A w pozostałych częściach książki są jeszcze inne szpiegowskie historie ze sporym polskim wsadem oraz biografie kilku agentek SOE różnych narodowości, nie bez krytycznych ocen wobec tego centrum angielskiego wywiadu czasu drugiej wojny światowej. Miarą niewdzięczności Anglików, którzy nie zapewnili swojej najlepszej agentce odpowiednich warunków życia i pracy po demobilizacji, jest fakt, że za swą bohaterską służbę Zjednoczonemu Królestwu otrzymała nagrodę w wysokości… 100 funtów szterlingów. Ale tego też nie dowiedzieliśmy się ze spektaklu Teatru Telewizji.

Jerzy Biernacki

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl