Wciąż mówimy i piszemy o podstawowym podziale światowych mediów, lewicowo-liberalne i konserwatywne. Ale są i inne podziały, niemniej ważne, które sięgają daleko w przeszłość. Np. Wielka Brytania. To tylko skok przez Kanał La Manche, zwany na Wyspach English Channel, a jednak kupując w okienku pocztowym znaczek do Polski/ Francji, proszę o „znaczek do Europy”. Brytyjskie media rządzą się swoimi prawami. Inny jest zestaw tematów, inna ich hierarchia. Najpierw wiadomości z kraju, potem trzy mocarstwa, następnie byłe kolonie, a potem reszta świata.

   W końcu sierpnia najwięcej miejsca poświęcono – nie, nie Brexitowi – ale 70. rocznicy podziału Brytyjskiego Raju na Indie i Pakistan. Miało to miejsce w sierpniu 1947 roku, kiedy w powojennej Wielkiej Brytanii, zmęczonej i wyniszczonej wojną, z labourzystą Clementem Attlee w fotelu premiera, powstał projekt demontażu Imperium. Ostatni wicekról Raju, lord Mountbatten i przywódca Kongresu Narodowego Jawaharlal Nehru, opowiedzieli się za jednością kraju, ale Liga Muzułmańska – za wyodrębnieniem państwa dla wyznawców islamu. Lord Mountbatten spotkał się z Nehru, podpisali odpowiednie dokumenty, i tak rozpoczął się jeden z największych exodusów w historii, Hindusów na wschód, a muzułmanów na zachód. Przesiedlono wtedy ok. 10-12 mln ludzi, kilka tysięcy kilometrów drogi, bez żadnej organizacji i w bardzo krótkim czasie. A po drodze – religijne rzezie, w których zginęło ok. 1 mln Hindusów, Sighów i muzułmanów.  I tak powstał Pakistan, a potem, w roku 1961, Bangladesz. W sierpniu Brytyjczycy znów zadawali sobie to samo podstawowe pytanie, o sensowność podziału Indii, czy lord Mountbatten miał prawo podejmować tak straszną w skutkach decyzję, a odpowiedź najczęściej brzmiała – nie. Ale wspominało się też o roli Ligi Muzułmańskiej w tej decyzji, o silnych naciskach, wywieranych na Mountbattena, by powołać do życia „państwo mono-religijne”. Ostateczną odpowiedź na pytanie „czy warto było?” daje stan gospodarki indyjskiej i pakistańskiej. Republika Indii, względnie stabilna demokracja, kwitnąca gospodarka, oraz targany wewnętrznymi i zewnętrznymi konfliktami, kulejący ekonomicznie Pakistan.

   Przez cały tydzień w BBC, ITV i Channel 4 – wypowiedzi polityków z Delhi i Islamabadu, pisarzy jak Salman Rushdie i Hanif  Kureishi, pokazywane były kroniki Pathe, dokumenty z tamtych lat i fabuły jako „Klejnot w Koronie” czy „Droga do Indii”. Przez brytyjskie media przetoczyła się kolejna fala post-kolonialnych rozrachunków, a ich wynik – jak zwykle, bardzo ambiwalentny. Z jednej strony – premiera  filmu „Victoria and Abdul”, historia zażyłości królowej Wiktorii i jej sekretarza Abdula Karima, i wyraźna romantyzacja „tajemniczych, uduchowionych Indii”. A z drugiej – artykuły jak ten z Daily Maila Stephena Glovera: „Po orgii bicia się w piersi przez BBC, można pomyśleć, że Brytyjczycy w Indiach zachowywali się jak naziści. A jednak zrobiliśmy tam parę dobrych rzeczy”, i  wymienia angielski, który zintegrował wielki i wielojęzyczny kraj, podstawowe zasady demokracji, struktura państwa, infrastruktura, drogi, koleje, gmachy użyteczności publicznej, szkoły, szpitale. Nad Brytyjczykami do dziś wisi cień Imperium, a jego ocena wciąż dzieli społeczeństwo na pół.

   Następny temat na medialnej giełdzie w tym czasie, to potyczki Downing Street z Brukselą, tym razem o zasady polityki celnej. Londyn proponowała tymczasową politykę celną, w taki sposób, aby w dzień ogłoszenia Brexitu, business, import i eksport, mógł być w sposób płynny kontynuowany. Przypomnijmy, że aż 51% brytyjskiej wymiany z zagranicą, to handel z Unią Europejską. UE oczywiście wyśmiała ten projekt i usiłowała forsować swój. Najpierw załatwienie trzech podstawowych spraw – swobodny przepływ ludzi, „rachunek rozwodowy” oraz granica Belfastu z Republiką Irlandii, a potem dopiero cała reszta.  Premier Theresa May zaproponowała pomysł, wyartykułowany w radiowym programie BBC „Today” przez wysokiego oficjela  urzędu straży granicznej. „Granica między Północną Irlandią a Republiką – powiedział – będzie >niewidzialna>”. „No physical structure”, żadnych budynków, szlabanów, etc. Ale co to znaczy „niewidzialna granica”?  Nic dziwnego, że ten pomysł został nazwany „istną fantazją”.  Toteż nic dziwnego, że reputacja Theresy May pogarsza się z tygodnia na tydzień. Podobno – jako ostatni gest rozpaczy – zamierza 1 października, na dorocznej konwencji torysów w Manchesterze, przeprosić konserwatystów za opieszałość w realizacji Brexitu oraz błędne i nietrafione decyzje przyspieszonych wyborów, które skończyły się utratą większości torysów w Izbie Gmin. A wszystko to, aby utrzymać się na fotelu premiera. Jednak – zważywszy, że i Margaret Thatcher i Tony Blair, którzy trzykrotnie wygrywali dla swoich partii wybory, stracili przywództwo z powodu wewnętrznego balotażu – ma się czego bać. Z moich rozmów z brytyjskimi dziennikarzami wynika, że pani premier ma nikłe szanse przetrwania dłużej niż do 1 października. I już pojawili się kandydaci, chętni do objęcia teki premiera, obaj to prominentne figury torysowskiego establishmentu – David Davis i Jacob Rees – Mogg. Jest też modernistka, dzisiejsza minister spraw wewnętrznych Amber Rudd. Jednak wziąwszy pod uwagę nastroje w kraju – torys tradycjonalista ma chyba większe szanse na zatrudnienie na Downing Street.

   Trzeci wątek końca sierpnia, to okrągła 20 rocznica śmierci lady Diany, księżnej Walii, w wypadku samochodowym w paryskim tunelu d’Alma. Pisało się więc o listach królowej do damy do towarzystwa lady Henrietty Abel Smith, o tragicznej śmierci Diany, która „była wielką stratą dla kraju”. O „wyjątkowości Diany”, „jej umiejętności inspirowania innych pracą charytatywną”, chwaliła również swoich wnuków, Williama i Harry’ego za ich ówczesną dojrzałość i odwagę. Wyemitowano także kilka dokumentów, w tym jeden wartościowy informacyjnie, zrealizowany przez BBC, z udziałem obu synów lady Diany, gdzie zwierzali się ze swoich motywacji uczestniczenia w tym filmie”.Chcieliśmy, żeby ludzie dowiedzieli się, jaką była naprawdę osobą, matką. Byliśmy jej to winni, ponieważ kiedyś byliśmy za mali, żeby jej bronić”. Zważywszy, że kiedy zmarła, byli zaledwie małymi chłopcami, było to wyznanie i wzruszające i, biorąc pod uwagę okoliczności, wstrząsające zarazem. Pokazano i drugi dokument BBC, „Diana: The Day Britain Cried”,  hagiografię księżnej, w końcu najlepszej broni w rękach antymonarchistów, czyli  także BBC.  No i film  francuski, plotący głupstwa na temat „stanu technicznego limuzyny, w której zginęli lady Di i jej partner, Dodial-Fayed”, który twierdził, że „Mercedes był wrakiem”. Na rynku wydawniczym pojawiła się także książka „Diana and Dodi: The Truth”. Czyli – kolejna „cała prawda całą dobę”. Bo jeśli sobie uzmysłowimy, że jej autor Michael Cole, pracował kiedyś  dla ojca Dodiego, Mahommedaal-Fayeda, byłego handlarza bronią i podejrzanej figury, już wiadomo, że jest to stek nonsensów, kolejnych oskarżeń rodziny królewskiej o spowodowanie katastrofy,  w istocie morderstwie na Dodim i Dianie. Książka nie oszczędza także MI5 i MI6, czyli kontrwywiadu i wywiadu, oraz ich roli w zbrodni.

    No i coś na deser – konserwatywna prasa przy końcu sierpnia poświęciła tematowi wiele miejsca,  Flame Festival. Oto w stylowym Tunbridge Wells, ulubionym uzdrowisku brytyjskich królów, odbył się Festiwal Płomieni, a w istocie festiwal perwersyjnego seksu. ”Get back to nature, odkryj swoją dziką stronę!” – zachęcali organizatorzy. A więc były nocne pokazy filmów, w tym oczywiście Pasoliniego, były spektakle teatralne, „wariackie gry” i „wspólne kąpiele w jacuzzi”. Z obecnością gwiazd przemysłu porno, które prowadziły gry i zabawy z fetyszami, m.in. „footfetish”, porady dla sadystów i masochistów, naukę pisania „listów erotycznych” i „erotyczne przebieranki”, to już dla transwestytów. Mieszkańcy konserwatywnego Tunbridge Wells  wystosowali podobno  kilkaset skarg do władz miasta. Ale zważywszy, że większość brytyjskich samorządów pozostaje w rękach lewicy, labourzystów, liberałów i zielonych, na nic się to wszystko zdało. Flame Festival, „festiwal zboczonego seksu” jednak się odbył. Tak więc obok znanego i często przywoływanego podziału światowych mediów na lewicowe i konserwatywne, każde z państw ma swoje, uwarunkowane historią, dalszą lub bliższą, fiksacje. I dopiero, kiedy tam trafimy, odkrywamy prawdziwą duszę brytyjskich/ francuskich/ polskich mediów.

Elżbieta Królikowska-Avis

12 września 2017

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl