Cieszę się, że po na poły, jak się domyślam, desperackim, oświadczeniu dwóch naszych kolegów Romana Graczyka i Janusza Poniewierskiego o rezygnacji z członkostwa SDP, portal się ożywił. Zaczęło się coś dziać. Pojawiły się głosy za, przeciw i ważące racje obu stron. Ja, po głębszym namyśle, zaliczam się do tej trzeciej kategorii. Nie rozmawiałam z obu Panami, ale wydaje mi się, że dobrze rozumiem ich posunięcie.

Tak z ręką na sercu, jaki postulat szeregowego członka Stowarzyszenia, jeśli nie było nań zgody „góry”, został wcielony w życie? Proszę mi wybaczyć, ale ja sobie takowych nie przypominam. A nawet takie, negocjowane całymi miesiącami, spisane na niezliczonych brulionach, jak przychodzi co do czego, dostają jakby zadyszki. Myślę choćby o projekcie reformy mediów  publicznych. Ciekawam, ilu centymetrową warstwą kurzu zdążył się już pokryć? Dlaczego Stowarzyszenie nie bije się o jego realizację? Jeśli nie w całości, to choćby pojedynczych zapisów. Tym bardziej, że siła przebicia jest nawet większa, niż w chwili, kiedy ów projekt był w obróbce. Przedstawiciele Stowarzyszenia piastują dziś ważne funkcje w mediach, od Telewizji Polskiej po Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, nie wspominając Parlamentu RP. Pamiętam spotkanie w SDP przed wyborami 2015 z udziałem obecnego posła Krzysztofa Czabańskiego. Sala na Foksal pękała w szwach. Ileż wtedy padło sensownych propozycji, koniecznych zmian na rynku mediów, nie tylko publicznych. Ileż deklaracji? Słów krytyki pod adresem propagandowych mediów publicznych? I cóż z tego zostało dzisiaj?

Za rządu koalicyjnego PO/PSL Stowarzyszenie łajało dziennikarzy mediów publicznych i prywatnych raz po raz. Teraz jakby nabrało - przysłowiowej - wody w usta. Dlaczego tak się właśnie stało?! Po podwójnie wygranych wyborach przez Zjednoczoną Prawicę? Czy dlatego, że wśród wybrańców ludu są przedstawiciele naszej profesji? I głupio krytykować dawne  koleżanki czy kolegów po piórze, bo a nóż jakiś okruch spadnie temu czy innemu z pańskiego stołu? Punkt siedzenia zależy, wiadomo od czego … to banał, ale jakże trafny. Tak się właśnie stało z naszymi dawnych kolegami dziennikarzami. Mają inne sprawy na głowie, a kolejka chętnych do podziału tortu w dowód wdzięczności za poparcie, jest długa, oj długa.

Panowie Graczyk i Poniewierski zarzucili Stowarzyszeniu m.in. to, że SDP stał się jako wątłą przybudówkę PiS. Czy tak trochę nie jest? Przedstawiciel władz warszawskiego oddziału SDP nadal reprezentuje interesy Stowarzyszenia w TVP? Czy już nie? Czy dlatego dziennikarze Stowarzyszenia jakby oślepli i ogłuchli na jawną propagandę mediów publicznych, że nie wydali z siebie żadnego oświadczenia czy stanowiska piętnującego zjawisko nierzetelności, bezstronności i braku etyki zawodowej?

Po ludzki żal mi Marzeny Paczuskiej, choć jej w dużej mierze zawdzięczam fakt wywalenia mnie z telewizji. Nie jestem drobiazgowa. Ale prawda jest taka, że jak dotąd, tylko ona zapłaciła za nadgorliwość i usłużność wobec partii rządzącej. Nie dało się spokojnie oglądać kolejnych wydań „Wiadomości” pod jej kierownictwem. Na korytarzach telewizji powtarza się do dziś, że jej największą zasługą w ogóle nie docenioną przez pryncypałów z ul. Nowogrodzkiej było to, że „trzymała wszystko i wszystkich za mordę”. Bo taki koleżanka ma temperament. I takich żołnierzy potrzebuje każda partia. W każdej instytucji jej podległej. Takim żołnierzem jest też Jacek Kurski. W woltach politycznych, lojalnościowych i towarzyskich tego ostatniego nie warto nawet wspominać. Odsiewając mniej istotne kwestie muszę przyznać, że Marzena jest rasową dziennikarką, ma znakomite i cięte pióro, jak chce. Teraz na placu boju pozostali – w najlepszym wypadku – jej stażyści. I jakim cudem ci stażyści mają zrobić profesjonalne media publiczne, w których kodeks etyki zawodowej dziennikarzy stanie się ich abecadłem zawodowym? Nie ma szans, by odczarować zjawisko napiętnowane przez Panów Graczyka i Poniewierskiego o  „zaniku rzetelnej, bezstronnej informacji na rzecz perswazji.”

Stawianie retorycznego pytania, czy: „poziom wolności mediów i swobody wypowiedzi  jest dziś niższy niż przed kilku laty?” sprawy nie załatwia.  Już za czasów Jezusa z Nazaretu wiedziano, że wolnością można się udusić. Wracając do czasów nam współczesnych, proszę sobie wyobrazić, ile trupów dzień w dzień słałoby się na ulicach, gdyby kierowcy nie przestrzegali przepisów kodeksu drogowego? Najmądrzejszy nawet tekst opublikowany na niszowym portalu przeczyta garstka. Nie do porównania z siłą rażenia informacji przekazanej w głównych „Wiadomościach” TVP, „Faktach” TVN czy w „Wydarzeniach” Polsatu.

Mimo wszystko cieszy wiadomość, jaką podały Wirtualne media, że TVP Info wygrywa z konkurencją, czyli TVN24 i Polsat News. W końcu, bliższa ciału koszula, mam na myśli swoje przywiązanie do tego, co polskie i publiczne. Jakieś takie dziwne skrzywienie. Oglądałam niedawno jedno z wydań cyklu „O co chodzi?”. Prowadzącym był Bronisław Wildstein, a jego rozmówcą Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Osoba zdecydowanie broniąca status quo, czyli wyznawcy frazesu: „Żeby było, jak było”.  Nie wiem, czy gospodarz programu jest członkiem Stowarzyszenia, ale zrobiło mi się go potwornie żal. Nie ze względu na głoszenie słusznych poglądów i próby przyparcia rozmówcy „do ściany”. Tylko na sto procent nieprzychylnych mu realizatorów. Kadrowali obu Panów tak, jakby to gość był tu osobą ważniejszą. Robi się to bardzo prosto. Ustawia kamerę pod nieznacznym kątem, tak, by mając obu w kadrze, przerysować wysokość jednego z nich. Albo jeszcze prościej, oferując gościowi fotel na podwyższeniu, a gospodarzowi bez podwyższenia. Ważność obu dżentelmenów podkreślono również oświetleniem. Zbliżenie gospodarza było mniej doświetlone, niż zbliżenie gościa, a już plany w półzbliżeniu obu Panów sprawiały wrażenie, jakby nagranie odbywało się w jakiejś piwnicy. I w tym przypadku twarz gospodarza, kiedy kadrowani byli obaj, czyli przez ramię gościa, niemal zlewała się z tłem. Kontrplan, czyli kiedy kamera filmowała gościa przez ramię gospodarza, twarz tego pierwszego dziwnym zbiegiem okoliczności była podświetlona. I tych właśnie dość prostych trików realizatorskich, nie są w stanie zrozumieć i poprawić nawet najlepsi publicyści prasowi. Bo dziennikarstwo telewizyjne jest osobnym zawodem, niż dziennikarstwo prasowe, trzeba go się po prostu nauczyć. Kiedy palnęłam tę prostą oczywistość podczas jednej z pielgrzymek do Częstochowy, oburzyło się wielu kolegów. Tymczasem – cytując klasyka – to oczywista oczywistość. Nieliczni półgębkiem i gdzieś w zaułku, by inni tego nie dostrzegli, gratulowali odwagi. To tylko drobny przykład na potwierdzenie starej prawdy, że z wiernymi ale miernymi daleko się nie zajedzie!

Rozumiem także skrupuły i wściekłość, w większości funkcyjnych dziennikarzy SDP, na akt apostazji kolegów. Zapewne oni myślą całościowo, muszą wyważyć racje wielu stron. Wychodzą ze słusznego założenia, że nie kala się własnego gniazda. Jeden nawet genialny publicysta nie zastąpi setek mniej rozpoznawalnych członków Stowarzyszenia płacących składki. Kościół zresztą też boryka się z podobnymi dylematami. Znam ludzi, którzy zmienili wyznanie, zasilili szeregi Kościoła prawosławnego, zniesmaczeni opieszałością Watykanu z odsunięciem od posługi arcybiskupa Juliusza Petza, po jego domniemanych, lub nie, wybrykach seksualnych. 

Koledzy funkcyjni zapraszają do otwartych debat, zgłaszania propozycji, możliwości składania oświadczeń czy postulatów podczas zbliżającego się zjazdu. Tylko Panowie, jak wspomniałam wcześniej, co z nich wynika finalnie? W najlepszym wypadku, niewiele, albo zgoła nic. Trzeba też oddać sprawiedliwość przeciwnikom postępku dwójki dezerterów, że wybory są jawne, transparentne i wieloetapowe. Czyli pod tym każdym względem wzorcowe. Zatem, nieobecnie, nie wystawiający się w szranki konkursowe,  racji mieć nie mogą.

Mało mam na co dzień styczności z obecnym szefem Stowarzyszenia. I napisałam w ostatnim czasie sporo gorzkich słów na temat SDP. Niemniej uważam, że nie ma w tej chwili lepszego kandydata na jego miejsce. Nie zazdroszczę mu zresztą tej posady. Użerać się z bracią dziennikarską to nie łatwe zadanie. Za budowę Radia Wnet i szkolenia młodego narybku dziennikarskiego, należą mu się najszczersze słowa uznania.  Jest, poza tym, tytanem pracy. Jakby jeszcze rozpoczął prawdziwą dyskusję w „rodzinie”, z której cokolwiek będzie wynikało, i nieco bardziej podostrzył pióro, jak to miało miejsce za rządów PO/PSL, byłby prezesem moich marzeń. I wiem na pewno, że nie tylko moich.

Marzanna Stychlersz-Kłucińska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl