Każdy w miarę kulturalny człowiek wie, że prawdziwa cnota krytyki się nie boi. Żołnierz na odcinku media publiczne Jacek Kursi niewątpliwie zapomniał i o tej maksymie. Wystarczył jeden tekst Łukasza Warzechy o oportunizmie związkowców, obruszenie się kilku posłów rządzącej partii, i już kolega Warzecha nie ma czego szukać w programie „W tyle wizji”. Jeżeli to nie małostkowość, to niby co?!

Podzielając oburzenie wielu kolegów ze Stowarzyszenia  na brak obiektywizmu w mediach publicznych, ostatnie posunięcie szefostwa TVP związane z zawieszeniem jednego z prowadzących program w TVP Info, czyni z tej stacji – w linii prostej - ramię propagandowe ekipy rządzącej.

Łukasz Warzecha jeszcze nie tak dawno uważany był powszechnie za dziennikarza prawicowego. Powierzono mu prowadzenie konferencji promujących programy ugrupowań spod stempla Zjednoczonej Prawicy. Była prezes Polskiego Radia Barbara Stanisławczyk jego wybrała do przewodzenia uroczystości promującej jej książkę pod znamiennym tytułem „Kto się boi prawdy? Walka z cywilizacją chrześcijańską w Polsce”. W roli gościa honorowego wystąpił nań prof. Andrzej Zybertowicz, doradca obecnego prezydenta ds. bezpieczeństwa, a całość imprezy objęło patronatem wpływowe dziś środowisko Frondy.

Daje, Łukasz Warzecha nie napisał swojego tekstu, obraźliwego w mniemaniu wyżej wspomnianych, na łamach znienawidzonej „Gazety Wyborczej” ani tygodnika „Polityka”, ale w wyjątkowy przychylnym rządzącej ekipie tygodniu „Do Rzeczy”. I przechodząc do meritum, cóż takiego napisał Łukasz Warzecha, co tak rozwścieczyła żołnierza PiS w gmachu przy ul. Woronicza?  Zacytujmy istotny fragment: „Związek zawodowy – a związki zawodowe są populistyczne z samej swojej natury – wybrał po prostu całkowicie arbitralnie najbardziej spektakularny przedmiot ataków (nadają się do tego zwłaszcza sieci handlowe), wzmacniając w ten sposób swój polityczny wpływ. Nie ma tu żadnej spójnej myśli, żadnej konsekwencji – jest uszczęśliwianie ludzi na siłę i arogancka interwencja w wolność gospodarczą oraz osobistą, w której nie chodzi o nic więcej jak tylko o własną korzyść związkowców, czyli wąskiego grona zawodowych darmozjadów”.

Nie preferuję w tekstach publicystycznych epitetów, typu „darmozjadów”, bo to po prostu nie eleganckie. Ale co do przesłania trudno się nie zgodzić. Zrozumiałą rzeczą jest, że każda strona broni własnego gniazda. Piotr Duda reprezentuje związek NSZZ „Solidarność” i w sposób taki, jaki potrafi, stara się powiększyć swój stan posiada. Atmosfera polityczna mu sprzyja, więc kuje żelazo, póki gorące. Ponadto istotą każdego związku zawodowego na świecie jest populizm. Tu nie ma na co się obrażać. Przekaz ma być lapidarny, bez niuansowania złożonych kwestii gospodarczo-społecznych i dosadny. By media internetowe mogły tak skonstruowaną wypowiedź zacytować. Pracowałam w „Tygodniu Solidarność” wiele lat i było dokładnie tak samo. Z tej powszechnie akceptowanej praktyki wyłamywał się raz po raz Janusz Śniadek, ale niezbyt długo zagrzał miejsca na stanowisku przewodniczącego. Między innymi dlatego, że jego wypowiedzi dla szeregowych członków Solidarności były zbyt rozwlekłe i mało czytelne. W „Tygodniku” podobnie, tylko za tego szefa związku możliwe były na łamach pisma wypowiedzi krytykujące – nazwijmy to – etatystyczną politykę kraju. Jeżeli przez nieopaczność redaktora naczelnego ukazała się jakaś opinia, która nie spodobała się przewodniczącemu, awantura była gotowa.  Nie przyjmowano też spokojnie najmniejszej uwagi o potencjalnej nieudolności kierownictwa związku, jeśli chodzi o kurczące się jego szeregi. Inaczej niż to ma miejsce na Zachodzie, gdzie branżowe centrale związkowe są tak potężne, że żaden szef resortów gospodarczych nie ośmieliłby się pominąć reprezentanta któregoś z nich podczas procedowania ustawodawstwa dotyczącego kodeksu pracy. Resumując, kiedy o tej sytuacji poszeptywano wewnątrz związku, i wiedzieli o niej dziennikarze coraz bardziej niszowego pisma, jakim stał się „Tygodnik Solidarność”, opinia publiczna miała spokój. Kiedy odważył się wspomnieć o niej tygodnik o większym zasięgu, zagotowało się. I tak bardzo, że żołnierz Jacek Kurski zawiesza autora tejże publikacji. I to w sytuacji, kiedy Łukasz Warzecha był bodaj ostatnim dziennikarzem jakoś związanym z telewizją publiczną, który nie próbował wyprzedzać oczekiwań włodarzy z ulicy Wiejskiej czy Nowogrodzkiej. Zaskakiwał błyskotliwymi ripostami, punktował niedouczenie polityków, prezentował niekiedy odmienny pogląd niż prowadzący czy pozostali zaproszeni goście. Słowem, dzięki jego udziałowi audycja stawała się ciekawsza, miała temperaturę, a widz dowiadywał się więcej. Był takim kwiatkiem na torcie upolitycznionych mediów. Kiedy podobny los spotka Grzegorza Jankowskiego, media publiczne niewiele będą się różnić od propagandowej stacji TVN, tylko a`rebours. Przykro mi, ale niewielu jest w TVP prowadzących programy publicystyczne tej klasy, co Bogdan Rymanowski. I długo nie będzie, bo to są lata pracy i doświadczenia.

Prezes Kurski może sobie też pogratulować kolejnego désintéressement. Niedawno wyjątkowo kulturalny, obyty w świecie, od zawsze przychylny opozycji PRL-owskiej, a po 1989 roku prawicy – europoseł PiS prof. Zdzisław Krasnodębski  był uprzejmy poinformować na Twitterze, że „To było ostatnie zaproszenie od TVP Info, jakie przyjąłem”. Chodzi o flagową audycję TVP Info „Minęła dwudziesta”.  Drugą zaproszoną osobą był Paweł Kukiz. Ostatecznie ten ostatni miał dla siebie cały czas antenowy. Prof. Krasnodębski miał na tyle taktu i dyskrecji, że nie podał oficjalnie prawdziwego powodu swojej decyzji. I niech tak już pozostanie.

Żeby było jasne, media publiczne za czasów rządu PO/PSL były też skrajnie upolitycznione. I dwiema rękami należy podpisać się pod słowami szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego, że  „Telewizja Polska dopuściła do przekazu informacyjno-publicystycznego rzeczy, które przez lata były niedopuszczane, albo wręcz wyśmiewane i niszczone, dzięki niej na rynku medialnym jest pluralizm”.  Ale już druga część wypowiedzi świadczy, w moim przekonaniu, o niezrozumieniu idei mediów publicznych. Nie oznacza to li tylko, że „sama TVP jest pluralistyczna, ponieważ - jak uzasadniał - w debatach, które się w niej odbywają, spierają się różne osoby”. Gołym okiem „widać”, że w programach informacyjno-publicystycznych większą atencją prowadzących cieszą się politycy ekipy rządzącej. Sednem sprawy jest jakość oferty programowej i obiektywizm przekazu. Niekiedy sztandarowy program informacyjny TVP „Wiadomości” w materiałach stricte informacyjnych nie uwzględniają w ogóle innego punktu widzenia niż partyjny. A toż to przecież abecadło zawodu dziennikarza. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo to wiedza powszechnie znana. Jeśli nie, tym gorzej dla tych, którzy o tym nie wiedzą.

Trudno też przyjąć stanowczą deklarację wicepremiera prof. Piotra Glińskiego o tym, które programy i w których stacjach tv bardziej dzielą Polaków i sieją nienawiść. Wg wicepremiera jest nim „Szkło kontaktowe” w TVN, a ten, który jest delikatniejszy i oparty na humorze – to „W tyle wizji”.  O gustach, jak radził klasyk, się nie dyskutuje.  Bywają skrajnie nieobiektywne wydania „Szkła kontaktowego”, obrażające wręcz inteligencje widzów. Ale cechy te obecne są także w stacji preferowanej przez prof. Glińskiego. Łamańce ideologiczno-towarzyskie w wykonaniu jeszcze niedawnej kandydatki SLD na prezydenta Magdaleny Ogórek, budzą pusty śmiech czy obrażanie bez pardonu ludzi przez Krzysztofa Feusette.  W porównaniu z nimi Łukasz Warzecha prezentował doskonałe rzemiosło dziennikarskie  i takież poczucie humoru. 

Wszystko to razem napawa smutkiem i bezradnością. Niemniej, wg ustaleń kolegów ze Stowarzyszenia, należy toczyć dyskusje „w rodzinie” i pisać co nam w duszy gra, choć media konkurencyjne maja znacznie więcej grzechów na sumieniu. Przy, jednakowoż, jednym zastrzeżeniu, media prywatne rządzą się nieco innymi prawami. Media publiczne winne być jak – przysłowiowa – żona Cezara, gdyż to my, podatnicy łożymy na jej utrzymanie.

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl