Bardzo wysoko cenię pisarstwo publicystyczne Witolda Gadowskiego, a szczególnie to, co pisze on w swoich felietonach drukowanych w „Niedzieli”. Jak również podzielam jego opinię o tym tygodniku, z tą zdaje się różnicą, że on jego wielorakie wartości odkrył niedawno, podczas gdy ja jestem czytelnikiem „Niedzieli” jeszcze od czasów, gdy wychodziła ona w formacie gazety, jak większość ówczesnych tygodników. Felietony Gadowskiego, szczególnie te zamieszczane od niedawna w tygodniku ks. Ireneusza Skubisia, wyróżniają się pięknym literacko, pomysłowym językiem (choć nie wymyślnym bynajmniej!) oraz odrębnym podejściem do tematyki politycznej, która jest żywiołem felietonisty. Jest to podejście zaprawione przekonaniem, iż w polityce etyka jest nie mniej ważna jak skuteczność. I że działanie skuteczne nie może i nie powinno odbywać się kosztem zasad moralnych, które, choć nieco zmodyfikowane w stosunku do moralności indywidualnej, w polityce także obowiązują. Przynajmniej od czasu romantyzmu (polskiego).

Witold Gadowski jednakże pisuje nie tylko do „Niedzieli”, ale i do „Sieci” i do „Gazety Polskiej”, a może jeszcze gdzie indziej, i z tego powodu, jak mi się zdaje, niekiedy nie jest w stanie – jeśli wolno posłużyć się terminem z innej dziedziny – zachować rygoru technologicznego swego pisarstwa. Bo nie chodzi o poziom  i styl, te stoją niezmiennie wysoko. Chodzi o coś takiego, co można by nazwać brakiem zrównoważenia składników argumentacji, jej rozmijanie się z rzeczywistością i podporządkowywanie jej intencji ogólnej, która rzecz konstytuuje, zamiast – logice wywodu.

Można było to zaobserwować w ostatnim felietonie zatytułowanym: „Jesteśmy zniecierpliwieni” w numerze 45 tygodnika z dnia 5.11.2017 r., jak również w tekście z poprzedniego tygodnia, który autor poświęcił tematyce rekonstrukcji rządu, nie ustrzegłszy się od popadania w ciąg banalnych zgoła twierdzeń i przypuszczeń. Ale zatrzymajmy się przy owym  „zniecierpliwieniu” autora, które na samym początku każe mu pisać tak: „Weta prezydenckie, zwlekanie z opublikowaniem „Aneksu do raportu z likwidacji WSI”, rozmywająca się reforma rynku medialnego, mająca przywrócić na nim jaką taką równowagę kapitałową, ślimacząca się reforma służb specjalnych, która zaczyna przybierać skarlałe formy – to tylko pewne zjawiska, które nieomylnie wskazują na fakt,  że reformy naszego kraju zaczynają grzęznąć.”

Uff! Spora to liczba zdań i twierdzeń, które wołają o sprostowania. O ile bowiem weta prezydenckie istotnie spowolniły reformę sądownictwa (patrz. mój tekst na naszym Portalu pt. „Dwa „pudła” z 26 lipca 2017 r.), o tyle nie ma w ogóle mowy o zwlekaniu z opublikowaniem „Aneksu do raportu z likwidacji WSI”. Owszem, mogliśmy tak myśleć przez długie lata, ale ostatnia wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego nie pozostawia wątpliwości: „Aneks” nie będzie w ogóle upubliczniony, nie ma więc mowy o żadnym zwlekaniu. Prezes Prawa i Sprawiedliwości dodał ponadto, że wcale nie chodzi o nazwiska, jak wielu przypuszcza, lecz o inne elementy i podkreślił, że cały czas zgadzał się ze śp. swoim bratem, który nie chciał dopuścić do opublikowania „Aneksu”.

Inna rzecz, to fakt, że jego miejsce to nie prezydencki sejf, lecz sejf Służby Kontrwywiadu Wojskowego, którego szef, Piotr Bączek (długoletni współpracownik Antoniego Macierewicza) blisko pół roku temu zwrócił się w tej sprawie do Prezydenta i dotychczas nie otrzymał odpowiedzi. Ale to pozostawmy na boku.

Nie jest też prawdą twierdzenie o rozmywaniu się reformy rynku medialnego, można mówić najwyżej o jej odkładaniu w czasie, nie ma bowiem wątpliwości, że obóz rządzący tę reformę zamierza przeprowadzić. Mam na myśli przygotowanie i promulgowanie ustawy o dekoncentracji rynku medialnego, co nie jest sprawą prostą, zważywszy stan zaistniały po latach błędnych decyzji i oddania tego rynku niemal w całości w obce (głównie niemieckie!) ręce. A po drugie nie może być mowy o jednoczesnym reformowaniu wymiaru sprawiedliwości i rynku mediów. Obóz rządzący i tak ma zbyt dużo otwartych frontów.

Trwają zapewne uzgodnienia z UE, która jak wiemy nie chce nam pozwolić na rozwiązania obowiązujące w wielu krajach Europy, jak gdybyśmy na to nie zasługiwali. Taki jest tenor zgoła wrogich wypowiedzi przedstawicieli kierownictwa Komisji Europejskiej. Trudno wreszcie mówić o ślimaczeniu się reformy służb specjalnych, skoro Prezes PiS właśnie dopiero co ją zapowiedział, w odpowiedniej kolejności, po sądach i mediach. A jak może zaczynać przybierać (owa reforma) „skarlałe formy” w tej sytuacji, doprawdy, nie sposób zrozumieć. Autor zapewne opiera się tutaj na jakiejś swojej tajemnej wiedzy o tym, że w tych służbach nie najlepiej się dzieje, że są tam rozległe sfery demoralizacji i z tym zapewne można byłoby się zgodzić. Dalszy wywód Autora o tym, że ci, co niedawno jeszcze wykazywali wielki zapał, obecnie „milkną i godzą się na kompromisy”, po prostu grzęźnie w nierzeczywistości.

Następnie czytamy o różnorodności środowiska Zjednoczonej Prawicy,  zapoznajemy się szczegółowo z jego składem („W jednym szeregu stanęli zatem chrześcijańscy demokraci, narodowcy, niepodległościowi socjaliści i wolnościowo usposobieni konserwatyści…”), co ma generować podobno ostre spory przy rozpatrywaniu każdego z poszczególnych rozwiązań w wymienionych i niewymienionych dziedzinach. Zapewne, gdy mowa o szczegółach, w których jak wiadomo tkwi diabeł i to chyba niejeden, różne dyskusje i spory muszą się zdarzać i na pewno się zdarzają.  A nawiasem mówiąc, konia z rzędem i to bułanego temu, kto mi wskaże w elicie Zjednoczonej Prawicy, nie mówiąc już o Prawie i Sprawiedliwości, chociażby jednego narodowca czy socjalistę, niech będzie, że niepodległościowego! Wrażliwość społeczna to jeszcze nie socjalizm. Tak jak zarzucany Mateuszowi Morawieckiemu etatyzm (bo nie prywatyzuje spółek skarbu państwa) nie wyklucza przywiązania do wolności gospodarczej.

Nie ma natomiast żadnych oznak słabnięcia czy załamania się woli przeprowadzenia już wspomnianych i innych reform, które przed nami. Że jest wprost przeciwnie, świadczy m.in. utworzenie „nowo starej” partii „#Porozumienie”, pod egidą wicepremiera Jarosława Gowina i konsolidacyjny tenor wypowiedzi na jej konwencji, jak również przyłączenie się do niej (a więc i do Zjednoczonej Prawicy)  republikanów i innych interesujących polityków. Jak np. Zbigniew Gryglas, dzielny obrońca renomy Narodowych Sił Zbrojnych, najbardziej zdemonizowanego i poddanego niezasłużonej dyfamacji ugrupowania wojskowego Polskiego Państwa Podziemnego. O „#Porozumieniu” powiedział on m.in.: „Tutaj jest wszystko, co mi w duszy gra – i światopoglądowy konserwatyzm i wolność gospodarcza (…)”. Do tego dochodzi jednoznaczna deklaracja ministra Gowina uznająca w całej pełni przywództwo Jarosława Kaczyńskiego, architekta zwycięskiego programu Zjednoczonej Prawicy, obecnie realizowanego i zapowiedź wspólnej walki o jej następną kadencję.

Nie podzielam opinii informatora publicysty, który zdemoralizowanej ekipie PO-PSL (podkreślając, że  jej przedstawiciele „pozrywali wszelkie hamulce moralne”) przypisuje profesjonalizm w przygotowywaniu ustaw, które obecnie rządzący piszą podobno na kolanie, w pośpiechu i nieprofesjonalnie. Bez wątpienia, nie wydają tyle pieniędzy co poprzednicy na konsultacje i tabuny prawników, którzy napisali takie buble prawne jak ustawa antyprzemocowa czy ustawa o opłacanej przez państwo metodzie prokreacyjnej in vitro. Już samo sformułowanie o leczeniu niepłodności metodą in vitro obraża ludzką inteligencję.

Być może ustawy PiS nie są doskonałe, ale jeśli chodzi o te dwie –  o KRS i Sądzie Najwyższym –  to nasuwa się pytanie: czy nie warto było, by Prezydent zrezygnował z ich wetowania, a później dogadał się z rządem co do ich nowelizacji w pożądanym przezeń kierunku? Słusznie zwrócił uwagę w wywiadzie z prezydentem Andrzejem Dudą dla TV TRWAM i Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk, że gdyby nie weto Prezydenta, to nie byłoby odrzucenia przez niezreformowaną Krajową Radę Sądownictwa 265 asesorów, nominowanych przez ministra sprawiedliwości, po wieloletnich studiach i ciężkich egzaminach, jedynie na podstawie formalnych braków w dokumentacji. Już sam fakt, że ani jeden asesor nie zyskał aprobaty KRS, dowodzi, że był to akt polityczny. Nie mówiąc już o znamiennym pytaniu rzecznika KRS, Waldemara Żurka, czy ktoś chciałby być sądzony przez asesora nominowanego przez ministra Ziobrę. Autodemaskacja in extenso.

Dalsze dywagacje Gadowskiego na temat słuszności weta Prezydenta, konieczności poprawiania pisowskich ustaw, zbytniego rozłożenia w czasie kolejnych reform (należało je  – wedle felietonisty – wprowadzić w pierwszym okresie rządów, korzystając z pierwszego impetu i świeżego entuzjazmu, który ma to do siebie, że przygasa w miarę upływu czasu rządzenia), należy po prostu odrzucić jako nieprawdziwe i niesłuszne. Większość reform jest kosztowna, koszty ich nie mogą rosnąć w nieskończoność, gdyż budżet nie jest z gumy, a pieniądze nie rodzą się na kamieniu, trzeba o nie ciężko walczyć, rozbijając „karuzele watowskie”, realizując strategię odpowiedzialnego rozwoju, tworząc zachęty dla przedsiębiorców do inwestowania, pobudzając innowacyjność, uciekając z pułapki niekończącego się zadłużania za granicą, rysując przed ludźmi wizję przyszłej Polski, Polski naszych marzeń. O liczbie otwieranych frontów już wspomniałem. Nie wolno zapominać, że prekursorski program gospodarczy Morawieckiego, jak również wszystkie reformy urzeczywistniane są pod artyleryjskim ostrzałem „mediów głównego koryta” i przy rosnącym sprzeciwie „totalnej opozycji”. To z pewnością nie ułatwia działania rządu. I czy muszę mówić, ile już zrobiono?! To rzecz niespotykana w najnowszej historii Polski.

Odrzucam również zarzut rzekomego sybarytyzmu, który miałby opanować rządzących, kiedy wiem, że znani mi ministrowie i ich zastępcy pracują jak w ukropie, od rana do nocy, kiedy widzę, że zapał nie gaśnie, tylko wciąż na nowo się roznieca, kiedy dostrzegam, że determinacja w dążeniu do tego, by zmienić Polskę, by naprawić Najjaśniejszą Rzeczpospolitą, nie maleje, ale wzrasta, bo jest nią przeniknięty polityk Nr 1, którego przywództwa nikt nie kwestionuje, a wręcz się je stale potwierdza.  Impuls idzie zazwyczaj od góry, od elit.

Wreszcie koniec z imposybilizmem, z tym, że nic się nie opłaca, że się nie da. Wciąż dzieje się coś nowego, o czym nie śniło się poprzednikom, jak na przykład kwestia reparacji od Niemiec za straty Polski poniesione w czasie II wojny światowej. Nawiasem mówiąc, niemal ważniejsze niż uzyskanie tych odszkodowań (w relacji państwo-państwo), jest – że tak powiem – informacyjne umiędzynarodowienie tej sprawy. Jest to bowiem niebywała okazja, by notoryczni ignoranci z Zachodu wreszcie, w minimalnym przynajmniej stopniu, dowiedzieli się, czym była dla Polaków ta wojna, jak się w niej zachowali (walcząc na wszystkich frontach) i jaki był straszliwy terror niemieckiego okupanta Polski, hitlerowskich Niemiec. Z jaką niebywałą butą i pogardą traktowali Niemcy – niekoniecznie tylko naziści – Polaków i w ogóle Słowian, mając ich za podludzi. O tym przecież – jak również o 6 mln ofiar – świat Zachodu nie ma pojęcia. Wie tylko o Holokauście, o Zagładzie Żydów, ale o tym, z czego się to wzięło, że z teutońskiej i pruskiej  buty, z idei Herrenvolku, z niesamowitego szowinizmu – nie wie i nie chce wiedzieć. Więc  możemy mu o tym opowiedzieć przy tej okazji.

Gdy czytam u Gadowskiego – wracając do tematu – o gronach karierowiczów, różnych typów podsiębiernych, pochlebców i potakiwaczy, którzy podobno obsiedli obóz rządzący, i o nepotyzmie powszechnym, które to zjawiska wróżą mu rychły upadek – odnoszę wrażenie, że pisząc to Autor opiera się raczej na wiedzy ogólnej o życiu politycznym, niż na zestawie konkretnych faktów i przykładów.

Nie wątpię, że obecna władza nie jest wolna od tego rodzaju słabości. Dziwnym trafem jednak słyszymy, że skutkiem owego nepotyzmu spółki skarbu państwa, które przynosiły przedtem straty, obecnie generują gigantyczne zyski a ich kondycja jest świetna. Największą zaś aferą była  „afera Misiewicza”, wymyślona od początku do końca, bezpodstawnie, a jej efektem jest tylko krzywda młodego, obiecującego działacza politycznego. Resztę aferalnych zaśpiewów CBA likwiduje w zarodku, jak ostatnio w Orlenie i Lotosie.

Rzecz jasna, wszelkie rozważania o zmianie premiera w obecnej chwili nie mają żadnego sensu. Popularność i miłość narodu, jaką zyskała Beata Szydło, jest skarbem nie do przecenienia i niemądry byłby, kto by ten skarb zmarnował. No a przecież prezesowi PiS to i owo można zarzucić (głównie zaś, że jest ideowy, co dla polityka nie zawsze jest dobre, a jego ideą jest Polska), ale nie głupotę. Gadowskiego stać by było na napisanie, że Beata Szydło (jak wielu innych na dużo niższych szczeblach) urosła w oczach, gdy została dowartościowana, ale tego nie zrobił. Napisał jedynie, że „jak dotąd (…) radziła sobie nadspodziewanie dobrze.” Trudno nie pamiętać jej lamentującego głosiku, gdy przemawiała trzy-cztery lata temu, chociaż to, co mówiła, świadczyło o potencjale. Najpierw doznała dowartościowania, gdy jako szefowa kampanii Andrzeja Dudy osiągnęła z nim razem zwycięstwo. Dwa lata premierostwa dodały jej orlich skrzydeł, w pełni zbudowała swoją tożsamość, nabrała także siły głosu. Stała się bojownikiem, także na niwie międzynarodowej. Przytarła rogów niejakiemu Martinowi Schulzowi, gdy chciał w PE zabronić, by jej klaskano na galerii. Wróciła z tej debaty zwyciężczynią. Prowadzi okręt polski pewną ręką, wie czego chce, bo wie, czego chcą Polacy.  Świat to docenił, jest w pierwszej dziesiątce najbardziej wpływowych kobiet globu.

Konkluzja? Cierpliwości, Ludu Boży, nadwiślański. Będzie rekonstrukcja rządu, jak będzie. W końcu listopada. Strukturalna. Jacyś ministrowie też się zmienią. Ale przewidywania na podstawie głębszej niewiedzy to średnio potrzebna robota. A Pana Witolda prosimy o powrót do tematyki polityczno-moralnej, bo w tym jest nieprześcigniony.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl