Na pewno prezydent Lech Kaczyński nie byłby zadowolony z poczynań śląskiego wojewody. Wymyślono tam bowiem, by nazwę placu przy dworcu głównym zamienić. Chcą wyrogować Wilhelma Szewczyka, dziennikarza, pisarza, osobę godną i zasłużoną i nadać temu miejscu patronat Marii i Lecha Kaczyńskich.

   Rozległy się protesty. Zarówno w stolicy czarnego węgla jak i w innych miastach, nawet w Bochni. List otwarty do wojewody śląskiego Jarosława Wieczorka napisał jeden z nestorów naszego dziennikarstwa. Aleksander Rowiński znamienity reportażysta jeszcze z czasów "Po prostu", współtwórca "Dziennika zachodniego", "Ekspresu reporterów" - szlagiera wydawniczego drukującego prace najlepszych.

   List, który ze względu na szacunek dla autora, należy przytoczyć w całości - to sygnał ostrzegawczy: nie idźcie bezmyślni pochlebcy tą drogą. Na pewno nasz wspaniały prezydent śp. Lech Kaczyński nigdy by nie zaakceptował propozycji skłócającej ludzi.

   Jest wiele godnych miejsc na Śląsku, którym jego imię może przynieść zaszczyt. To nie tak, panowie!

   Już pomysł eliminacji z nazw ulic górnika Wincentego Pstrowskiego, człowieka być może nachalnie wykorzystywanego - był niedobry, niemądry. A teraz to już naprawdę wstyd i głupota.

   Oddaję głos redaktorowi Aleksandrowi Rowińskiemu:

_____________________________________________________________________________________________________________

LIST OTWARTY DO WOJEWODY ŚLĄSKIEGO JAROSŁAWA WIECZORKA

Szanowny Panie Wojewodo

Postanowił  Pan zdjąć z szyldu jednego z placów Katowic nazwisko Wilhelma Szewczyka.  Jest to decyzja ahistoryczna, a pośpiech dla tego dzieła można interpretować z najgorszą dla decyzji Pana Wojewody opinią.

Wilhelma Szewczyka poznałem, gdy po studiach w Warszawie, podjąłem pracę w „Dzienniku Zachodnim”. W tych latach opiekunowie poprawności politycznej PRL-u, oprócz prasy partyjnej, pozostawili na rynku tzw. prasę „czytelnikowską”, jako wyraz poszanowania swoich obywateli bezpartyjnych.

Po dwóch latach pracy dostałem zadanie utworzenia tzw. dodatku niedzielnego gazety „Dziennik Zachodni”. Miał on załatwiać problemy społeczne, kulturalne i liczył całe cztery strony. W tym czasie poznałem bliżej Wilhelma Szewczyka. W świetlanej roli orędownika , zabiegającego o utworzenie właściwego prasowego forum dla twórców i artystów Śląska. Zasób sił intelektualnych Śląska zepchnięty był, odwiecznie, do opinii terenów produkujących węgiel i stal, do roboli. Mieliśmy godzić się z tym poglądem, iż populacje tych roboli /słowo wówczas ukute/ nie wytwarza muzyków, malarzy, poetów, pisarzy, kompozytorów, etc.

Wilhelm Szewczyk, postać na Śląsku znana – poeta, pisarz, poseł do Sejmu, „dusza człowiek”, ciepły, uczynny – z całą mocą zabiegał o powołanie tygodnika – wzorem kilku istniejących w kraju – jaki będzie oddawał swoje łamy wyższym potrzebom śląskiej braci.

Tak powstały „Przemiany” – tygodnik z wizytówką „Pismo Śląskiego Października”.

Zbliżenie z Wilhelmem Szewczykiem pozwoliło mi – współpracownikowi „Po prostu” – na stałe zasilanie warszawskich redaktorów  interesującymi kontaktami i informacjami  . Pewnego razu wielki, rozrachunkowy cykl publikacji, ściągnął na Śląsk bezkompromisowy duet dziennikarski: Jerzy Ambroziewicz, Jan Olszewski. Publikacja, jaką tworzyli, poszła do cenzury. I tak powstał gwóźdź do trumny tygodnika „Po prostu”.

Historia „Przemian” zamknęła się w jeszcze krótszym okresie. I tak wyleciał z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zastępca redaktora naczelnego Wilhelma Szewczyka, Andrzej Wydrzyński  (a zarazem kierownik literacki katowickiego Teatru im. Wyspiańskiego).

Wtedy najściślej związałem się z Wilhelmem. Z żalem rozstałem się z moim dodatkiem niedzielnymi „Dziennika Zachodniego”, bo nie mogłem odmówić propozycji tak wybitnej w swoich poczynaniach osoby. Szewczyk nie obsadził zwolnionego etatu zastępcy redaktora naczelnego – w czytelnym akcie protestu – a ja przejąłem sekretarzowanie redakcji w tygodniku z wizytówką „Pismo Śląskiego Października”.. Niedługo cieszyliśmy się swoimi obowiązkami. Po czołowym artykule pisma, pod zachęcającym tytułem „KTO SIEDZI GÓRNIKOWI NA KARKU”, otrzymaliśmy list solidarnościowy od studentów Wojewódzkiej Szkoły Partyjnej. Ogłosiliśmy z wielką satysfakcją deklarację „nawróconych”. Następnego dnia sekretarka z telefonem w ręku, przejęta, wzywała naczelnego do rozmowy z ekscelencją – wojewódzkim sekretarzem PZPR Janem Szydlakiem. Wilhelm oddał mi słuchawkę ze słowami: mnie nie ma, a ty broń naszych racji za wszelką cenę.

Sekretarz Szydlak - przez górników zwanym Szydlokiem - a urodzonym jako Teobald, zażądał  wydania listu jaki przyszedł ze szkoły partyjnej z kilkunastoma podpisami. Odmówiłem zasłaniając się tajemnicą zawodową, gdyż nadawcy zastrzegli sobie anonimowość. Odmówiłem władcy hut, kopalń i – jak zapewne mniemał – dusz.

W teatrze życiowych zdarzeń dwie sceny zostały mi na zawsze.

 Pierwsze: wezwani następnego dnia do Szydloka: Wilhelm Szewczyk oraz zwolniony z partii Andrzej Wydrzański i ja, niezmiennie bezpartyjny. Wysłuchaliśmy krótkiego kazania, jakie to popełniliśmy nędzne uczynki, zamieszczając niesłuszne polityczne /ówczesna terminologia/ publikacje i że nie zasługujemy na redagowanie przez nas pisma, Partia /przez duże P/ tego sobie nie życzy. Toteż – oznajmił przywódca wojewódzki – tygodnik z najbliższym numerem zostanie zamknięty. I tak to się stało. Druga scena: dwaj nieszczęśnicy zostali pożegnani i wyszli, a ja zatrzymany na krótką rozmowę w stylu – nie wiem czy porównanie to wytrzyma krytykę – cara Iwana Groźnego. „Wy – rzekł car Szydlok – nie macie czego szukać na Śląsku, wracajcie skądeście przyszli. Dostajecie też zakaz pisania do wszystkich gazet. Weźcie się za inną robotę”.

I tak, tułając się na bezrobociu, wspomagany po cichu przez kolegów po fachu, przetrwałem w zawodzie. Inna sprawa – ale to już do pamiętników, jakie napiszę  - że po raz drugi wyleciałem z posady naczelnego redaktora tygodnika, którego rekord dotychczas nie został pobity – przy numerze czwartym nakład bezzwrotny 150 tysięcy egzemplarzy. Tu musze odnotować troskliwe serce nowego garnituru ówczesnej Partii /przez duże P/ :wspomogli  mnie dwuletnią zapomogą. Obym w tym czasie poszukał innego zajęcia.

Ci doradcy od Pana Wojewody, którzy będą sprawdzać wiarygodność moich wynurzeń, dostrzegą Moskala w erze śląskiej Wilhelma Szewczyka. Moskala jako ścisłego współpracownika – i powiedzą „aha”!

Istotnie, był między nami Moskal. Jerzy Moskal – twórca szaty graficznej pisma, wybitny plakacista, scenograf, ilustrator. W ciągu kilku lat stworzył jedyne w Polsce, muzeum scenografii z powodzeniem działające w Katowicach. W krótkim okresie istnienia tygodnika „Przemiany” przewinęli się przez naszą redakcję kompozytorzy – Kilar, Górecki, Kazanowski /dzisiaj zapomniany/, dyrygent Krenz, cała plejada grafików – absolwentów Wydziału Grafiki krakowskiej ASP, wkrótce zażywający międzynarodowej sławy malarz Zdzisław Lachur. Poeta, eseista, Tadeusz Kijonka, wyszedłszy ze szkoły Wilhelma Szewczyka, gdy za jego wstawiennictwem rozmokły nakazy Partii /przez duże P/, gdy odbudowywano pamięć po zgilotynowanych z wyroków partyjnych „Przemianach”, powstał miesięcznik społeczno - kulturalny „Śląsk”. Po Wilhelmie Szewczyku, z Jego nadania, pojawił się Tadeusz Kijonka, z talentem, samozaparciem, z rozmachem, otwierając drzwi dla wszelkich twórców tej ziemi, stał się redaktorem naczelnym tego tak potrzebnego tu i teraz czasopisma.

Mnie żegnał przy rozstaniu ze Śląskiem naczelny, pieszczotliwie zwany Wilusiem, z przezorności wobec metod „systemu”, dobrze mu znanych, wręczył mi oprawione roczniki „Przemian”, oraz konfiskaty cenzury, ze słowami: kiedy przyjdą po mnie, tego nie dostaną, będzie u ciebie w Warszawie. Jak chciał – tak jest.

W zakończeniu tego listu, niestety, taka myśl również błąka mi się za uszami, że pospieszna decyzja Pana Wojewody o wymazaniu z ulicznego szyldu popularnego działacza, pisarza, śląskiego patrioty miała ukryty cel: podzielić.

Na koniec deklaracja, przy tym oświadczeniu: czy abym nie kierował się jakimś niecnym zamiarem wobec osób zamiennie wprowadzanych na szyld katowickiego placu na miejsce Wilhelma Szewczyka. Więc taka oto moja zawodowa legitymacja.

Jestem biografem Szmula Zgielbojma – syna Narodu Żydowskiego deklarującego obywatelstwo Polski jako jedynej Ojczyzny. Pewnego dnia zostałem zaproszony do Prezydenta Warszawy, Lecha Kaczyńskiego, na rozmowę. Rozmowie towarzyszyła prof. Barbara Otwinowska – kustosz Pamięci Narodowej. Lech Kaczyński był rzecznikiem sprowadzenia do Polski prochów Zygielbojma, zgodnie z Jego ostatnią wolą wyrażoną w testamencie. Jako członkowi Polskiego Parlamentu na Uchodźstwie, Zygielbojmowi przysługuje pogrzeb państwowy. Gospodarz spotkania – a miałem ich setki – Prezydent Lech Kaczyński ujął mnie bezpośredniością, rzeczowością przypisaną do sprawy i – tu ukłon – wizjonerstwem.

Potem jeszcze, w dwu rozmowach układaliśmy zasady realizacji „Planu Zygielbojm”. Realizacja jednak uległa zawieszeniu. Powody: wybory na Prezydenta Polski, pilniejsze zadania na nowym stanowisku. A później nastąpił Smoleńsk. Tak rozpoczęła i zakończyła się moja współpraca z Kimś, z którym obcowanie przynosi szacunek dla jego osoby i działania. Obecnie – po dwu latach starań – „Plan Zygielbojm” znalazł się w decyzyjnych rękach Wicepremiera, Ministra Kultury, Piotra Glińskiego.

Panie Wojewodo. Gdy zameldowałem się na Śląsku, a było to w czasach stalinizmu, z entuzjazmem i w ramach tzw. prac społecznych dziennikarzy i urzędników z różnych miast – sadziłem drzewa na nieużytkach dla przyszłego chorzowskiego parku kultury i wypoczynku. Zapewne zna Pan dobrze wygląd i rolę tego miejsca obecnie. Z późniejszych podróży poznałem Śląsk dobrze. Chętnie podpowiem, gdzie pamięć o Lechu i Marii Kaczyńskich – z czcią może i powinna być utrwalona. Bez społecznych szkód, jakie wywołuje obecna, feralna Pana decyzja.

I jeszcze jedna historyczna konstatacja. W okresie chwiejącego się już Peerlu, propaganda ułożyła taki slogan: „Reformy - tak, wypaczenia – nie” Całym sercem jestem za odkomuszaniem. Przy słusznej, chwalebnej, zdrowej i oczekiwanej idei odkomuszania nazw ulic i placów, śni mi się – wspominając Wilhelma Szewczyka – tamta zasada. A więc: odkomuszanie – tak, wypaczenia – nie. Za wiernym, szlachetnym i roztropnym Polakiem, który potrafił znaleźć się w każdej sytuacji, imć Zagłobie, rzeknę „miarkujcie się mości panowie”.

Aleksander Rowiński
Redaktor Oficyny Literatów Rój  FILM

608 173 318

roj@roj.waw.pl

Warszawa, 22 grudnia 2017 roku

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl