Około dwa tysiące lat temu ważność prawdy zakwestionował namiestnik rzymski w zniewolonym Izraelu. Po czym, gdy kapłani żydowscy, popierani przez tłuszczę („krew jego na nas i na syny nasze”), zażądali ukrzyżowania Jezusa, zgodnie ze swym przekonaniem, że prawdę można kwestionować, umył ręce, zatwierdzając wyrok Sanhedrynu. Na człowieku (bo sądził, że to tylko człowiek), który kiedyś powiedział: „prawda was wyzwoli”. A więc prawda ma związek z wolnością. I czyż nie są to dwie kategorie najbardziej umiłowane przez Polaków właściwie od początku  istnienia naszego państwa, od chrztu Polski w 966 roku?

Tymczasem w ostatnim stuleciu, po odzyskaniu niepodległości i ocaleniu kraju i narodu  (a przy okazji co najmniej części Europy) od bolszewickiego zbrodniczego najazdu, i po krótkim okresie intensywnej odbudowy państwa, gros wysiłku i starań Polaków zajęła walka o prawdę i o wolność. O prawdę brutalnie unieważnianą i wolność ze szczególnym okrucieństwem zabieraną. W okresie wojny i okupacji była to walka o życie i przetrwanie, walka, której mimo hekatomby ofiar nie przegraliśmy. Niemieckie kłamstwa o tysiącletniej Rzeszy, o narodzie panów (Hererenvolk), o niemieckim prawie do przestrzeni życiowej (Lebensraum) nie robiły na nas wrażenia, były przedmiotem drwin i żartów, stały się w polskim odbiorze po prostu pojęciami anegdotycznymi.

 

Gorzej było w następnym okresie, podczas okupacji sowieckiej, sprawowanej per procura przez „polskich” namiestników, gdyż  przynajmniej w pierwszym okresie  spora część elit, zwłaszcza pisarzy i artystów, uległa pewnym pseudo ideologicznym złudzeniom, często udając, że nie wiedzą, iż zostali skorumpowani wyjątkowo dobrymi warunkami życia. Unieważnienie prawdy i odebranie wolności zaszło tak daleko, że większość społeczeństwa nie wiedziała w ogóle, co się w kraju dzieje, że w linczach sądowych mordowani są najlepsi synowie ojczyzny, patrioci, żołnierze zwani potem wyklętymi, którzy nie pogodzili się z utratą niepodległości, z totalitarnym ustrojem. Chociaż nie wszystko dawało się przed wszystkimi ukryć.

 

Najlepszym przykładem skuteczności komunistycznej blokady informacji jest to, co zrobiono z polską powszechną świadomością dotyczącą utraty polskich Kresów. Odcięcie od Polski niemal połowy jej terytorium tak skrzętnie przed większością Polaków zostało ukryte i zatarte w ich świadomości, że właściwie byli oni wolni od wszelkich bólów fantomowych w tej mierze. Szczególnie dotyczyło to młodego pokolenia, urodzonego krótko przed wojną lub w czasie jej trwania. Żywa pamięć o Kresach przetrwała niemal tylko w środowisku, nader licznym co prawda, kresowiaków. Dopiero po latach, w wyniku rozluźnienia ucisku policyjnego i napływania informacji ze strony radiostacji emigracyjnych, mimo ich zagłuszania, a następnie poszerzenia przestrzeni wolności w okresie 16-miesięcznego karnawału Solidarności, nastąpił (częściowy jedynie, jak sądzę) powrót polskiej świadomości do tego, co stało się z Kresami i czym one naprawdę dla Polski były. Ale nie dotyczy to wszystkich Polaków,  komunistyczny kamuflaż tej politycznej zbrodni okazał się trwalszy od samego komunizmu. A teraz jeszcze Litwini i Ukraińcy  zacierają jak mogą historyczne ślady kresowej polskości, szczególnie w Wilnie i we Lwowie.

 

Zmagamy się tedy z unieważnianiem prawdy od 1945 roku właściwie bez przerwy, bo cezura roku 1989 w gruncie rzeczy niewiele w tej mierze zmieniła. Na miejsce systemu kłamstw państwa totalitarnego niemal natychmiast weszła rozwijająca się błyskawicznie i wszechobejmująca poprawność polityczna (political correctness). Wprowadzona do języka debaty publicznej, w intencji jej zwolenników miała łagodzić kanty, eliminować skrajności i ostrość wypowiedzi, wznosić na wyższy poziom kulturę polityczną, lecz wkrótce stała się nowym systemem kłamstw, swoistym woalem kładzionym na rzeczywistość, której prawda (często przykra, a czasami potworna) nie powinna ujrzeć światła dziennego.

Po jednym z występów Fransa Timmermansa przeciwko Polsce, w okresie awantury o Trybunał Konstytucyjny, Witold Waszczykowski, minister spraw zagranicznych, zwrócił się wprost do niego i powiedział, że w swych oskarżeniach opiera się jedynie na swoim wyobrażeniu o tym, co dzieje się w Polsce z Trybunałem, a nie na prawdzie. Timmermans nic nie odpowiedział, ale widać było, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Najwyraźniej dla niego, jak dla Piłata, prawda nie jest ważna, można ją po prostu pominąć. Z podobnymi zarzutami w innym momencie wystąpił w Parlamencie Europejskim profesor Ryszard Legutko, wykazując oskarżającym Polskę eurodeputowanym, że opierają się na nieprawdach suflowanych im przez „polską” totalną opozycję i „Gazetę Wyborczą”. Nawet nie przyjęli tego do wiadomości.

Bo w owym „sporze” Unii Europejskiej z Polską już nawet nie stosuje się poprawności politycznej, tylko wprost wali się, że tak powiem, nieprawdę w oczy. Zdaje się, dobrze o tym wiedząc, że z prawdą są na bakier. Jest to przejaw cynizmu najczystszej wody, gdyż chodzi o to, byśmy nie odkryli, że de facto sprawa praworządności wisi timmermansom zwiędłym kalafiorem, bo przecież jej łamanie w Katalonii, na Malcie, a także w Niemczech (czyż ukrywanie przez media – z nakazu rządu – prawdy o zeszłorocznych wydarzeniach w Kolonii nie jest przejawem pogwałcenia praworządności?!) nie spotyka się z ich potępieniem, a urojone łamanie praworządności w Polsce (urojone, bo przecież go nie ma) to powód do ataków i niszczenia naszej renomy w świecie. Obecna reforma sądownictwa, będąca pretekstem do unijnych ataków na Polskę, w kluczowych swych rozwiązaniach powiela system wymiaru sprawiedliwości istniejący w krajach Zachodu (jak np. wybory sędziów przez reprezentantów władzy wykonawczej). Ale to nie jest w ogóle brane pod uwagę.

 

Jak widać dla europejskich neoliberałów prawda jest kategorią całkowicie unieważnioną. A nieliczenie się z nią dobrze służy ich interesom.

 

Jerzy Biernacki

 

PS. Sympatyków twórczości filmowej Aliny Czerniakowskiej pragnę poinformować, że w każdą niedzielę, w telewizyjnej trójce, w dobrym czasie oglądalności, o godzinie 20.10 można obejrzeć jeden z ok. 100 jej filmów dokumentalnych. Jest to jakaś niewielka rekompensata dla Autorki „Odkryć prawdę”, dla której od momentu usunięcia jej z TVP przez Roberta Kwiatkowskiego w 2001 roku (po emisji filmu o roku 1920 pt. „Musieli zwyciężyć”) nie ma tam miejsca. Jeszcze jedna osoba, którą ominęła „dobra zmiana”. Ale są widocznie w TVP  ludzie, którzy doceniają wartość jej ogromnego dorobku. Takie u nas bywają paradoksy (J.B.)

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl