Jeszcze parę lat temu „trójmiejskiego układu” nikt w mediach praktycznie nie zauważał. Tych nielicznych, którzy pisali o jego istnieniu, zastraszano, pozbawiano środków do życia, w najlepszym razie wyśmiewano i otaczano środowiskową anatemą.

Symbioza lokalnych władz, przedsiębiorców, dawnych komunistycznych służb, przestępców, organów ścigania i dziennikarzy do tej pory jest widoczna. Biznesmeni i mafiosi wspierali finansowo samorządy, rządzący reklamowali się w mediach, a dziennikarze odwdzięczali się swoim dobroczyńcom usługami propagandowymi. Nad wszystkim czuwali policjanci, adwokaci, prokuratorzy i sędziowie, których zadaniem było karanie niepokornych pismaków. To oni od ćwierćwiecza animują życie Trójmiasta. Pisał o tym ostatnio Sylwester Latkowski - co charakterystyczne, jego demaskatorska książka „Układ Trójmiejski”, na Wybrzeżu przeszła bez echa.

 

Pod prąd

Gdańszczanka Maria Giedz ukończyła warszawską Akademię Teologii Katolickiej. Jest dr. nauk humanistycznych, dziennikarką i podróżniczką. Współpracowała m.in. z „Tygodnikiem Gdańskim”, „Wieczorem Wybrzeża” oraz przez 12 lat z „Dziennikiem Bałtyckim”. Była też stażystką w „The Washington Post”, „The Plain Dealer” i „Time Magazine”. Obecnie pracuje w gdańskim „Magazynie Solidarność”. Na listopadowym zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich weszła do Zarządu Głównego SDP. Jej pasją są Kurdowie, ale w przeszłości angażowała się w sprawy lokalne - w sopockim ratuszu, mówi się o niej „psychicznie chora”, bo kilkanaście lat temu zaszła za skórę Jackowi Karnowskiemu, bohaterowi afery korupcyjnej ze słynnym sędzią „na telefon” Ryszardem Milewskim i jego asystentką Marią Bradtke, która umorzyła większość stawianych prezydentowi zarzutów.

Błażeja Torańskiego znam jedynie powierzchownie. Spotkaliśmy się parę razy w Warszawie, w siedzibie SDP. Nie wiedziałem, że jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego i byłym działaczem NZS. Ktoś wspomniał mi tylko, że to brat przyrodni Teresy Torańskiej. Jego ulubionymi tematami  - jako dziennikarza m.in. „Wprost”, „Życia Warszawy”, „Rzeczpospolitej” i „Do Rzeczy” - są korupcja, lobbing i związki polityki z biznesem. Jesienią ukazała się jego książka „Knebel”, traktująca o cenzurze w PRL. Podobnie, jak Marię Giedz, pasjonują go podróże… Nic więc dziwnego, że tych dwoje doświadczonych dziennikarzy, postanowiło porozmawiać o tym, o czym - szczególnie w Trójmieście - na dziennikarskich salonach głośno się nie mówi. 

 

Niemiecki fortel

11 grudnia br. na portalu SDP ukazał się wywiad Torańskiego z Giedz. Tekst rozpoczyna się pytaniem o polskie media na Wybrzeżu, ale w związku z ich całkowitym zanikiem, rozmowa natychmiast skręca w stronę stosunków panujących w „Dzienniku Bałtyckim”. Tekst nosi tytuł, nawiązujący do głośnego przed paru laty filmu, „Układ zamknięty”. I tak jak obraz Ryszarda Bugajskiego, jest ostry, a nawet kontrowersyjny. Nie zmienia to jednak faktu, że opowiedziana przez Marię Giedz historia jest prawdziwa - być może redaktorka „Magazynu Solidarność”, mówiąc o „Dzienniku Bałtyckim”, jako o miejscu w którym „gwałcone jest dziennikarskie sumienie”, odrobinę demonizuje problem, jednak to, że wielokrotnie dochodziło tam do zwalniania dziennikarzy „pod pretekstem, że czegoś nie zrobił”, że „notorycznie szantażowano autorów, aby pisali pod dyktando”,  jest smutną rzeczywistością. Giedz nie zaskakuje również stwierdzeniami: „To jest gazeta polskojęzyczna, która nie informuje, nie edukuje i nie opiniuje. Nie spełnia więc trzech podstawowych celów mass mediów. Na jej łamach (…) publikowane są przede wszystkim reklamy. Promocje towarów i usług”, „(…) ktoś daje reklamę, więc trzeba o nim pisać pozytywnie”.

Dziennikarka ujawnia również podstęp, jakim posłużył się koncern z Pasawy, kupując najbardziej opiniotwórcze wówczas pismo na Wybrzeżu. Mówi, że po likwidacji RSW „Ruch” dziennikarze zamierzali sami kupić „Dziennik Bałtycki” i „Wieczór Wybrzeża”. Nie mieli na to jednak środków. Nie miała ich także „Solidarność”. „Stąd zrodził się pomysł wprowadzenia na nasz rynek kapitału zachodniego. Nie chcieliśmy jednak wpuścić do Trójmiasta kapitału niemieckiego, sprzedaliśmy więc 51 proc. udziałów francuskiemu wydawcy Robertowi Hersantowi. (…) Pod koniec lata 1994 roku, Hersant sprzedał nasze gazety niemieckiej grupie wydawniczej Passau. „Dziennik Bałtycki” miał wtedy wysoką sprzedaż i nakład, zwroty niewielkie, spore zyski, był gazetą informacyjną i opiniotwórczą. To była bardzo dobra gazeta. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak to możliwe, że Hersant sprzedał Niemcom „kurę znoszącą złote jaja”. (…) Podejrzewaliśmy, że kupił nas za nie swoje pieniądze, ale nikt nigdy tego nie udowodnił”.

Błażej Torański z kolei przypomina okoliczności zakupu przez Niemców z Pasawy „Dziennika Łódzkiego”. „Pracował tam Sławomir Jastrzębowski, od lat redaktor naczelny „Super Expressu”. Franz Xaver Hirtreiter prezes-dyrektor generalny Verlagsgruppe Passau powiedział niby żartem polskim dziennikarzom: „Nie mogliśmy was podbić militarnie, to podbiliśmy ekonomicznie”.

 

Felieton, czy donos?

Dziennikarze - jak wszyscy obywatele demokratycznego państwa - mają prawo do swobodnego wyrażania swoich opinii. Zwłaszcza w kontekście ślimaczącego się procesu repolonizacji mediów. Wygląda jednak na to, że nie we wszystkich kwestiach, a już na pewno nie na temat praktyk panujących w gazecie, należącej do niemieckiego koncernu. Tu zmowa milczenia nadal obowiązuje. Co najsmutniejsze jej przestrzegania pilnują osobiście trójmiejscy dziennikarze. Najlepszym tego przykładem jest ich paniczna reakcja na publikację rozmowy Torańskiego z Giedz.

Histerię ludzi, w większości związanych zawodowo z Verlagsgruppe Passau, można by pominąć milczeniem - bo wiadomo, że bronią „układu”, których żywi ich od dziesięcioleci. Nie da się jednak pozostać obojętnym wobec wypowiedzi Tadeusza Woźniaka, który - jako prezes gdańskiego oddziału SDP i członek Zarządu Głównego tego stowarzyszenia - również postanowił zabrać głos w obronie „trójmiejskiego układu”. Red. Wożniak zastanawia się „jak i dlaczego doszło do ukazania się tej kuriozalnej publikacji oraz nad wnioskami, jakie powinniśmy wyciągnąć z tej przykrej sprawy". Czyżby Tadeusz Woźniak nawoływał do cenzury? A może do innych sankcji wobec red. Marii Giedz? Może liczy, że jego „felieton” spowoduje reakcję gdańskiego wymiaru sprawiedliwości, znanego skądinąd z wyjątkowej bezstronności?

Samego red. Woźniaka do bezstronnych niestety zaliczyć nie można, ponieważ nadal jest stałym współpracownikiem „DB”, dla którego regularnie prowadzi wywiady ze słynnym człuchowskim jasnowidzem. Prezesowi pomorskiego SDP nie przeszkadza to jednak rozmowę Torańskiego z Giedz następująco komentować: „Tekst jest pełen poważnych oskarżeń, kwalifikujących się do zgłoszenia prokuraturze, spraw sądowych, interwencji związków zawodowych czy Stowarzyszenia, akcji protestacyjnych itd.” Przyznaje również, że kilkanaście lat pracował „na kierowniczych stanowiskach” w „Wieczorze Wybrzeża” i „Dzienniku Bałtyckim” i stwierdza, „że przedstawiona w „Układzie zamkniętym” sytuacja jest nieprawdziwym, karykaturalnym obrazem rzeczywistości, pełnym fałszywych oskarżeń  i uproszczeń.”

 

W obronie kapusia

Nie wiem, dlaczego Tadeusz Woźniak broni niemieckich mediów w Polsce. Nie pierwszy zresztą raz stanął po stronie „trójmiejskiego układu” - dwa lata temu optował za pozostawieniem zarządów pomorskich mediów publicznych, związanych z poprzednią władzą. Z kolei zastępca prezesa, Janusz Wikowski, redaktor portalu SDP „Czas Pomorza”, kilka miesięcy temu bronił tajnego współpracownika bezpieki, Henryka Jezierskiego, przed usunięciem z Rady Programowej TVP 3 Gdańsk. W maju 2017 r. obaj panowie, na łamach tegoż portalu, napiętnowali gdańską telewizję publiczną, za emisję materiału kompromitującego urzędniczkę sopockiego ratusza (pracę dziennikarzy nazwali „brudnym dziennikarstwem”).

Tadeusz Woźniak zauważa, że „Fałszowanie rzeczywistości szkodzi odpowiedzialnemu ukazywaniu istniejących problemów.” Zastanawia się też nad wnioskami płynącymi z publikacji wywiadu Błażeja Torańskiego z Marią Giedz… Cóż dla mnie wniosek jest prosty - przeprowadzenie pełnej repolonizacji mediów. I jest to sprawa bardziej niż pilna. Zwłaszcza, mając na uwadze fakt, że Verlagsgruppe Passau jest właścicielem 16 z 17 regionalnych dzienników, ukazujących się w naszym kraju, co bez wątpienia nie pozostaje obojętne na kształtowanie się wartości i postaw, czytających te pisma Polaków.



Krzysztof M. Załuski - publicysta, pisarz i manager. W latach 1987 – 2004 mieszkał zagranicą. Publikował w rozgłośniach radiowych i prasie w Polsce, Niemczech, Holandii, Szwajcarii i Kanadzie. Jest autorem czterech książek. Redagował sopocką gazetę „Riviera”, był prezesem Fundacji Energa i dyrektorem Biura Prasowego Energa S.A, kierował redakcją Programów Publicystycznych TVP3 Gdańsk.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl