Mówi się, że w prowadzeniu tzw. polityki historycznej mamy łatwiej od naszych bliższych i dalszych sąsiadów, bo oni chcąc ją uprawiać, muszą często kłamać, albo oskarżać innych, a my po prostu możemy mówić i pisać prawdę. Ostatnio jednak okazało się to nie takie proste, gdyż mówienie prawdy doprowadza do szału tych, co często się z nią – z różnych powodów –  świadomie mijają. I oskarżają nas o to, co sami czynią co chwila.  

Taki na przykład Jair Lapid, VIP z Izraela, a więc osoba, która winna szczególnie ważyć słowa, ponieważ jej słowom przypisuje się znaczenie opiniotwórcze, powiada, że były „polskie obozy śmierci” i że Polacy wymordowali setki tysięcy Żydów. Nie wie czy nie chce wiedzieć (a może dobrze wie?!), że to jest kłamstwo, podpadające pod nowe ustanowione w Polsce prawo,  znowelizowaną ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej.  

Przypomina mi to przygodę Teresy Prekerowej, „Sprawiedliwej wśród narodów świata”, która przed laty napisała opartą na badaniach naukowych książkę o Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, dzięki której Polskie Państwo Podziemne uratowało tysiące Żydów, ukrywając ich przed Niemcami w warunkach szalejącego terroru okupanta. Gdy zaczęła mówić o tej książce w Żydowskim Instytucie Historycznym, żydowscy słuchacze, którzy zapełniali salę, zaczęli tupać i krzyczeć, że nie chcą tego słuchać, tak głośno i tak długo, aż autorka książki w końcu wybiegła z sali z płaczem.  

Świadectwo walki o rzetelne rozumienie historii stosunków polsko-żydowskich w czasie okupacji dał w jednym ze swoich tekstów Jerzy Narbutt, przez lata przyjaciel Władysława Bartoszewskiego, opisując pięciogodzinną dyskusję autora „1859 dni Warszawy” na ten temat z grupą Żydów, z którymi toczył bój słowny „do bólu wątroby”, jak napisał pan Jerzy, zaświadczając wielką rzetelność historyczną swego przyjaciela. Jak również brak sukcesu tej batalii. Działo się to w latach 60. ubiegłego wieku w warszawskim KIK-u. Mówiąc nawiasem, trzeba dodać, że ci,  co długo żyją, utalentowani i wybitni, z twórczym dorobkiem, wyróżniający się przez lata postawą heroiczną, mogą też w ostatniej dekadzie swojego życia podlegać swoistej auto degradacji. Szkoda, bo „warto być przyzwoitym” do końca…

Waldemar Łysiak, zdziwiony, że dla niektórych publicystów swoista „nieprzemakalność” dość dużej części mieszkańców Izraela na prawdziwe argumenty, jest nowością, pisze w ostatnim numerze „Do Rzeczy”, że z żydowskim antypolonizmem walczył już w 1994 roku i  wielekroć zderzywszy się ze ścianą całkowitej odporności na fakty, doszedł do wniosku, że w tym pokoleniu, a także w najbliższych następnych (a dlaczego – o tym poniżej) generacjach dzieci i wnuków ówczesnych Żydów izraelskich (a już zwłaszcza amerykańskich, o których trzeba by napisać osobno) nie mamy najmniejszych szans, by przebić się do nich z prawdą. A dlaczego także do tych młodych generacji? Otóż w wyniku precyzyjnego, nierzadko żywionego złą wolą i nieuzasadnioną wrogością, przekazu tak ukształtowanej, jak to się mówi, wrażliwości, która jest niczym innym jak tylko uprzedzeniem opartym na ignorancji i wszczepionej nienawiści do Polaków tout court. Wiedziała o tym już w czasie wojny Zofia Kossak, inicjatorka „Żegoty”, pisząc w1942 roku w pamiętnej odezwie do Polaków, zatytułowanej „Protest”, wzywającej do ratowania Żydów zagrożonych Zagładą, „chociaż są naszymi największymi wrogami” (cytuję z pamięci). Pisarka, rzecz jasna, miała na myśli ich wrogość w stosunku do Polaków, a nie odwrotnie. Sama zaś pośmiertnie została uhonorowana medalem Instytutu Yad Vashem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”.

O jakim przekazie, żywionym ignorancją, z domieszką złej woli i wrogości opartej na stereotypach, mówię tutaj? Mam na myśli z jednej strony przekaz międzypokoleniowy, prościej mówiąc to, co starsza generacja przekazuje swoim dzieciom i wnukom , a z drugiej działanie wspomnianego Instytutu Yad Vashem, który młodzież licealną przysyła do Polski, ale nie po to, by poznała nasz kraj, który od niemal 1000 lat gościnnie przyjmował ich przodków wypędzanych kolejno z wszystkich krajów Europy zachodniej, lecz po to, by tych młodych ludzi w swoisty sposób zahartować, żeby jako przyszli żołnierze byli dobrymi obrońcami ojczyzny otoczonej 250-milionowym morzem wrogich Izraelowi Arabów. W tym celu prowadzi się tę młodzież, opasaną kordonem służb, oddzielającym ją od jakiegokolwiek kontaktu z Polakami (bo to antysemici – mówi się jej – którzy mogą ich skrzywdzić, a nawet zabić), do obozów Zagłady – Auschwitz-Birkenau, Majdanek czy Treblinka. Po takiej pielgrzymce dusza młodego człowieka twardnieje jak stal, a serce wysycha na wiór, pierwszymi zaś jego wrogami stają się, naturalnie, Polacy.

Wyłączni inicjatorzy i główni, a właściwie jedyni sprawcy Holokaustu, czyli Niemcy, paradoksalnie, cieszą się nadal żydowską estymą, a Polacy, pierwsza ofiara Hitlera i jego tysięcy pomocników, co mimo zepchnięcia do roli podludzi i niewolników, zdobywali się jednak dość często na heroizm przechowywania swoich sąsiadów mimo grożącej im za to i ich rodzinom śmierci, są potępiani za popełnione i niepopełnione zbrodnie lub co najmniej za rzekomą i rzeczywistą obojętność wobec Zagłady Żydów. A przecież bardzo trudno zdobyć się na coś więcej niż współczucie, nawet w tak ekstremalnej sytuacji, gdy samemu walczy się o przetrwanie własne i rodziny w warunkach skrajnej degradacji społecznej, jaką spowodował niemiecki okupant.  

I odwróćmy kartę. Gdy 17 września 1939 roku Sowieci, alianci Hitlera na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, napadli na Polskę, nie zdarzyło się, by ktokolwiek z żydowskich współpracowników NKWD (a był ich legion) czy spośród innych osób żydowskiego pochodzenia ocalił jakiegoś Polaka czy polską rodzinę, ukrywając ją przez blisko dwa lata u siebie przed sowieckimi siepaczami. Jeden z nieżyjących już historyków (nie pamiętam nazwiska) przed wielu laty gotów był ustanowić nagrodę miliona złotych dla takiej osoby lub osób – nikogo takiego nie udało się znaleźć. W filmie Wajdy „Katyń” NKWD-ysta ratuje Annę, żonę oficera zamordowanego w Katyniu, rzecz jest zapewne oparta na rzeczywistym zdarzeniu, ale jest to najwyraźniej etniczny Rosjanin.

Obywatel Izraela, zdaje się o nazwisku Arens, przyjechał z żoną do Warszawy, której przedtem nie znali. Zobaczyli m.in. wiele tablic w różnych punktach miasta mówiących o różnych liczbach rozstrzelanych przez „hitlerowców” Polaków. Wróciwszy do domu, rozmawiali o tym ze znajomą, mówiąc jej m.in., że Niemcy prawdopodobnie zabili w czasie wojny ok. półtora miliona (!) Polaków. Ona na to powiedziała tylko dwa słowa: – Za mało. Jak z takimi ludźmi prowadzić dialog?

 

W trakcie pisania tego tekstu dotarła do mnie wiadomość o słowach premiera Mateusza Morawieckiego wypowiedzianych w Monachium, w odpowiedzi na pytanie dziennikarza amerykańskiego (???, a może raczej oficera izraelskich służb?) Renana Bergmana. No, cóż, pomyślałem sobie, premier, tak zręczny w działaniu dyplomatycznym, wpadł po prostu na minę. Ale przecież powiedział prawdę, udokumentowaną i wiadomą powszechnie w Polsce. Zwracam uwagę, że pytanie Bergmana sala nagrodziła owacją, a po słowach polskiego premiera zapadła (wroga?) cisza. A potem w Izraelu zawrzało, nie tylko w mediach, lecz także na szczytach władzy. Premier Netanjahu dzwonił oburzony do Morawieckiego. Jego słowa uznano powszechnie za próbę negowania Holokaustu.

 

To jakieś pokrętne myślenie! Po tym, co napisała Hannah Arendt w książce „Eichmann w Jerozolimie” z 1963 roku, gdzie autorka dowiodła współpracy Judenratów w gettach z Niemcami, obfitującej dostarczaniem do transportów do gazu tysięcy rodaków; historycy oceniają, że bez tej współpracy Niemcy nie zdołaliby w ogóle wprowadzić w czyn decyzji z Wansee o tzw. „ostatecznym rozwiązaniu” kwestii żydowskiej. Dalej – po wyznaniach Calela Perechodnika, który w swej książce pytał dramatycznie „Czy jestem mordercą? I było to pytanie retoryczne, ponieważ, jak wielu młodych Żydów (o czym też pisała Hannah Arendt), był on członkiem policji żydowskiej w getcie w Otwocku i osobiście własną żonę i córkę umieścił w transporcie do Treblinki, oprócz wielu innych mieszkańców tego getta, których wraz z kolegami  wyciągał z ich kryjówek i zaganiał do podstawionych wagonów. Po wyczynach wreszcie Chaima Mordechaja Rumkowskiego, przed wojną działacza syjonistycznego i przemysłowca,  od 1941 roku Przełożonego Starszeństwa Żydów w getcie łódzkim, które współorganizował, a potem współpracował z Niemcami przy jego likwidacji, jeździł karocą,  uchodził za króla getta i był współodpowiedzialny m.in. za wywiezienie i zamordowanie w Chełmnie nad Nerem ponad 15 tysięcy Żydów – dzieci do lat 10, starców i chorych. Stawiany przez Niemców w obliczu podobnych żądań, jakie stawiali Rumkowskiemu, Adam Czerniaków, szef Judenratu getta warszawskiego w 1942 roku popełnił samobójstwo. Pytanie, czy były jedynie takie dwa wyjścia, jest zasadne i mogą na nie odpowiedzieć tylko zawodowi historycy, badający te sprawy.

Wspomniałem o milionie złotych nagrody za uratowanie Polaków przez Żyda podczas pierwszej okupacji sowieckiej , do której kandydata nie udało się znaleźć. Warto zadać pytanie, ilu oficerów polskich leżących w dołach katyńskich lub innych, leży tam dlatego, że zostali wydani NKWD przez młodych Żydów, obywateli polskich, służących w milicji bolszewickiej, ilu policjantów czy urzędników, a nawet żydowskich i polskich kupców oraz inteligencji znalazło się w sowieckich łagrach z tej samej ręki, nie mówiąc o morderstwach na polskich dominikanach w Czortkowie i innych mordach dokonanych przez Żydów na Polakach na Kresach, o czym pisał prof. Jerzy Robert Nowak w dobrze udokumentowanej książce „Przemilczane zbrodnie”.  A to, że przy czterech wywózkach, od lutego 1940 do czerwca 1941, w których wywieziono ponad milion polskich obywateli (z których wielu nigdy nie wróciło), NKWD-yście (lub dwom) towarzyszył zawsze mówiący po polsku Żyd, wyczytujący z listy nazwiska kolejnych nieszczęśników, czyż nie jest dowodem na żydowskie współsprawstwo, tym razem polskiego holokaustu, czy może inaczej mówiąc – ludobójstwa na Polakach – o które musiał się upomnieć dopiero amerykański historyk, Richard C. Lukas, autor „Zapomnianego Holokaustu”, książki napisanej w latach 80. ub. wieku. To tylko kilka przykładów.

 

Premier Morawiecki użył angielskiego terminu perpetrators, co znaczy: sprawcy, przestępcy. A więc był precyzyjny.  Chodziło mu o to, że przestępcami w czasie II wojny światowej byli zarówno Polacy, jak i Żydzi, Rosjanie, Ukraińcy czy Białorusini. Niekoniecznie czy nie wyłącznie w kontekście Zagłady Żydów. Wśród 1200  skazanych przez sądy Polskiego Państwa Podziemnego za szmalcownictwo byli przedstawiciele wszystkich tych nacji. A czy wydawanie przez obywateli Państwa Polskiego polskich oficerów Sowietom nie było przestępstwem? Co chwila możemy zadawać takie retoryczne pytania.

 

Nie unikamy na co dzień przyznawania się do polskich przestępców czasu wojny i okupacji. Piotr Skwieciński przypomniał w „Sieci” sprawę Szczebrzeszyna, który znany jest nie tylko z tego, że tam chrząszcz brzmi w trzcinie. W czasie okupacji Niemcy zmusili tam chłopów do pełnienia roli zagończyków w stosunku do ukrywających się Żydów. I chłopi, niestety, podobno ochoczo wywiązali się z tej roli. Ale tak jak Szewach Weiss w kontekście Jedwabnego mówi, że on zna inne stodoły (to jest takie, w których Polacy ukrywali Żydów, tak jak ukrywali i jego), każdy z nas może powiedzieć, że zna inne wsie. Na przykład Dąbrowę Rzeczycką, gdzie ukrywał się przez ponad dwa lata młodziutki Jerzy Kosiński, późniejszy powieściopisarz, wraz z rodzicami. Cała wieś o tym wiedziała i nikt ich nie wydał. W Markowej rodzina Ulmów też by zapewne przetrwała, gdyby nie policjant ukraińskiego pochodzenia, który ich wydał. Czy wiedział, że będzie współzabójcą dwojga dorosłych ludzi i siedmiorga dzieci, w tym tego, które właśnie podczas rozstrzeliwania zaczęło się rodzić?

 

Nie byłoby tak wielu polskich „Sprawiedliwych wśród narodów świata”, gdyby takie działanie jak w Szczebrzeszynie było na polskiej wsi powszechne, jak to niekiedy dowodzą żydowscy pseudo świadkowie, albo dzieci czy wnuki tychże. Bo właśnie na wsi łatwiej było przechować ukrywających się Żydów (były te „inne stodoły”, ziemianki i inne meliny). A owych dzieci i wnuków świadków przychwycono ostatnio na bezczelnym  kłamstwie, jak w przypadku Jaira Lapida czy Renana Bergmana, których opowieści o ich przodkach albo nie mają związku z Polską (Lapid), albo są konfabulacją (Bergman), w której kilkuletnie dziecko otrzymuje nagrodę od polskiego Ministerstwa Oświaty w latach trzydziestych.

 

Piszę to wszystko nie po to, by siać defetyzm, ulegać przeświadczeniu, że nic nie da się zrobić. Zawołanie Wojciecha Młynarskiego „Róbmy swoje…” jest wciąż aktualne i najmądrzejsze w podobnej sytuacji. Nigdy nie jest tak, by w jednolitym murze obojętności naprawdę nie można było spowodować jednego czy drugiego wyłomu, gdyż ten mur składa się najczęściej, jak już wspomniałem z ignorancji, uprzedzeń i złej woli. Ale i po tamtej stronie ludzie dobrej woli się znajdują, a także tacy¸ którzy mają wiedzę i znają historię, a poza tym, zwłaszcza wśród młodych ludzi jest wielu takich, których można do poznania prawdy przywieźć.

 

Ewa Kurek, wreszcie pokazana w telewizji publicznej, zwróciła co prawda uwagę, że wymarło już pokolenie dawnych żydowskich uczonych, przyjaznych Polsce, takich jak Jacob Goldberg, autor trójjęzycznej książki o przywilejach królewskich dla Żydów w I Rzeczypospolitej w XVI, XVII i XVIII stuleciu (pisałem o tym niedawno na naszym Portalu). Ale z drugiej strony wspomniała też, że mamy sporą grupę hebraistów na odpowiednim poziomie, m.in. na

KUL-u. Czy są wykorzystywani do dialogu z Izraelem i ze środowiskami żydowskimi w USA?. Oczywiście, że nie.

 

Skala zaniedbań i zaniechań w tej mierze w ciągu ostatnich blisko 30 lat jest olbrzymia. Po prostu przez większość tego czasu rządzili Polską niewłaściwi ludzie i ci, którzy mogli walczyć o renomę Polaków, nie robili tego, ulegając narracji żydowskich i innych oskarżycieli, tylko dlatego, że za nią stała wielka  siła. Zaproponowano nam więc tzw. pedagogikę wstydu, którą dopiero od dwóch lat odrzuca Prawo i Sprawiedliwość, dbając o suwerenność i podmiotowość naszej polityki wewnętrznej i zagranicznej. I jak zwykle, gdy jego przedstawiciele mówią prawdę i zarazem są w zgodzie z głoszonymi przez siebie ideałami i z imponderabiliami, narażają się na zarzut dążenia do konfliktu, niezręczności lub popełniania rażącego błędu politycznego, ponieważ powszechnie uważa się, że w polityce trzeba zawsze kombinować, ukrywać własne myśli, jak potrzeba to kłamać lub milczeć, nawet wtedy, gdy zwykła przyzwoitość nakazuje krzyczeć.

 

Dr Ewa Kurek, z głębi swego trzydziestoletniego doświadczenia badaczki stosunków polsko-żydowskich, doradza spokój, determinację i robienie swojego, przewidując, że tych, którzy podobnie jak owi niedoszli słuchacze  Teresy Prekerowej nie chcą znać prawdy historycznej, żadna siła do niej nie przekona. Trzeba to zostawić i tyle.

 

Uważa ona równocześnie, jakkolwiek osobliwie by to brzmiało, że od tej dyfamacyjnej nawały ocalić nas mogą przede wszystkim zamordowani Żydzi, ci z nich, którzy pozostawili po sobie jakieś świadectwa,  dzieła artystyczne czy pamiętniki, jak na przykład Icchaak Kacenelson, autor „Pieśni o zamordowanym narodzie żydowskim”, w której wymierza sprawiedliwość widzialnemu, także żydowskiemu, światu czasu wojny i okupacji. „To są źródła porażające, które przekazują prawdziwe informacje. (…)Wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego w Monachium jest zgodna z żydowskimi źródłami historycznymi.” – powiedziała Ewa Kurek. Badaczka podkreśla, że swoje książki też napisała na podstawie źródeł żydowskich. Trzeba je tylko w jak największym stopniu rozpowszechnić. Dodajmy, że jeden z przekazów mówi, iż Kacenelson, mężczyzna potężnej postury, został zatłuczony przez Niemców kijami w obozie Auschwitz-Birkenau 1 maja 1944 roku.

 

Myślę, że nie możemy się cofnąć i że potrzebna jest wszechstronna ofensywa informacyjna, o której pisałem już trochę w tekście zatytułowanym „Coś trzeba z tym zrobić” i o której jeszcze napiszę.

 

Jerzy Biernacki





 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl