Nasza Konstytucja obowiązuje już 21 lat i że jest wadliwa, wiedzą co światlejsi politycy. A co uczciwsi z tych światłych mówią o tym publicznie. Lecz ich głos jest zagłuszany jazgotem opozycji, a energia polityczna rządzących absorbowana odparowywaniem jej ataków.

Art. 10 Konstytucji w pkcie 1 stanowi, że ustrój naszego państwa „opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej  i władzy sądowniczej.”  Pomińmy  wspaniałomyślnie owo, niczym z wypracowań szkolnych, „opiera  się”, a zwróćmy uwagę na „równowagę”; na czym miałaby ona polegać, jak miałaby się przejawiać?

W pierwszej (chronologicznie) konstytucji europejskiej nasi przodkowie odnosili „równowagę” nie tyle do wzajemnej korelacji trzech rodzajów władzy, a do „wolności i porządku społecznego”,  zapisali przecież: „Aby więc całość państw, wolność obywatelska i porządek społeczności w równowadze na zawsze zostawały, trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży i władza sądownicza w jurysdykcyjach na ten koniec ustanowionych lub ustanowić mających”. Zauważymy więc, że twórcy Konstytucji Trzeciego Maja za najwyższą władzę państwową uznali wykonawczą – z królem  i „strażą”.  Przekładając to na język współczesny powiemy: z prezydentem i stale urzędującymi z nim ministrami. Nasi przodkowie z ostatnich dziesięcioleci XVIII w.  dobrze bowiem pamiętali, ile Rzeczpospolita  ucierpiała w trzech minionych wiekach z powodu sejmu anarchicznego, uniemożliwiającego królom z senatorami rządzenie krajem zgodnie z racją stanu. I chyba dlatego, jeśli można tak powiedzieć, pomniejszyli znaczenie sejmu. Czyli nie zachowali „równowagi” (równorzędności) między trzema najwyższymi instancjami władzy. Mądrze, bo owa  równorzędność jest…  niemożliwa.

Spójrzmy także na Konstytucję Trzeciomajową oczami Bogusława Leśnodorskiego (zm. w 1985 r.); napisał on w „Historii państwa i prawa polskiego” (1965), że po maju 1791 r. „rząd ustanowiono mieszany, bo, zbliżając się poniekąd do systemu prezydenckiego w Stanach Zjednoczonych Ameryki, króla uczyniono szefem rządu, czyli ściślejszego grona rady ministrów Straży Praw  n i e b ę d ą c y c h   p o s ł a m i,   jak i całej administracji. Ale ministrów zasiadających w gabinecie i kolegialne ministerstwa, komisje wielkie, równocześnie  u z a l e ż n i o n o  od sejmu w postaci odpowiedzialności prawnej konstytucyjnej, za naruszenie prawa, i politycznej, parlamentarnej za kierunek polityki ich i króla” (podkr. moje). Wedle tej interpretacji głównymi organami władzy był król, odpowiednik dzisiejszego prezydenta,  i Sejm,  ministrowie zaś  nie byli posłami.  Niełączenie funkcji poselskich z urzędniczymi jest kanonem trójpodziału organów władzy. Nasza praktyka parlamentarna niweczy te rygory.  Tymczasem powinna być podobna do tej z roku 1791 – ustanawiać silną władzę prezydencką, a ministrów powoływać spoza parlamentu i  poddać ich kontroli Sejmu i prezydenta czy raczej: prezydenta i Sejmu.   

Teoria Monteskiusza jest tak idealistyczna, że w praktyce owa „równowaga” istotnie staje się fikcją. Nie ma, nie było i nie będzie państwa, gdzie by pomiędzy tymi trzema organami zachodziła najściślejsza korelacja wykluczająca wszelką podległość.   

Może ludzkość wynajdzie jakiś nowy, idealnie sprawiedliwy i  demokratyczny ustrój, którego na razie nie umiemy sobie wyobrazić, tak jak w niewolnictwie i feudalizmie nie wyobrażano sobie równości społecznej i demokracji. My, współcześni, mamy arcybogatą wiedzę o różnorodności systemów politycznych, wiemy aż nadto dobrze, że mogą być dyktatorskie, autokratyczne, despotyczne (korzystając z semantyki staropolskiej powiemy tu „absolutystyczne”), totalitarne.

Chyba z powodu lęku przed takimi reżymami albo z czystego wyrachowania  uznaliśmy w Konstytucji obecnej prezydenta za „najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej” i „gwaranta ciągłości władzy państwowej” nie dając mu właściwie żadnej realnej władzy; pamiętamy cyniczne kpiny Tuska czy któregoś z jego zwolenników sejmowych, że „prezydent strzeże żyrandola”. Pojęcie przedstawicielstwa jest, po pierwsze, za ogólne: odnieść je bowiem można do każdej osoby, również do kapitana drużyny piłki nożnej. Po wtóre, deprecjonuje znaczenie prezydenta. który przecież reprezentuje majestat państwa, jako najwyższej emanacji narodu.  I tak powinien być nazwany i  mieć stosowny do tego splendoru zakres działania politycznego.

Prezydent powołuje Radę Ministrów, ale też jego akty  urzędowe wymagają podpisu prezesa Rady Ministrów i on za ich przyjęcie odpowiada przed Sejmem. Czyli zawiłość typowo polska, bo jesteśmy rozmiłowani we wszelkich zagmatwaniach; im one większe, tym bardziej mają świadczyć o mądrości ich twórców…

Na dodatek nasz prezydent może sprawować swój urząd jedynie przez dwie kadencje. To jak ma „być gwarantem ciągłości władzy państwowej”?  Kadencyjność prezydentów jest, zgoda, praktyką wszystkich współczesnych republik demokratycznych. A jeśliby objął urząd prezydencki człowiek o wielkim duchu, niesłychanych zdolnościach dyplomatycznych i wielkiej charyzmie -  to nie mógłby dłużej przewodzić państwu-narodowi niż tylko przez jedno dziesięciolecie? Jan Paweł II kierował Kościołem katolikiem 27 lat. Pontyfikat rozpoczął,  gdy miał lat 58. Kiedy umierał  w wieku 85 lat, tłumy na pl. św. Piotra wołały „santo subito”. Czy wykluczamy, że w  jego, naszej, Ojczyźnie nie pojawi się ktoś doń podobny, który wzniesie Rzeczpospolitą na najwyższe piedestały polityki światowej, jak on, chociaż był przywódcą religijnym. Ale na „santo subito” w życiu politycznym narodu i państwa potrzeba czasu może więcej niż jedna dekada.  Ostatecznie gdybyśmy przedłużyli kadencyjność głowy państwa, a wprowadzili do konstytucji prostą możliwość impeachmentu, to łatwo, bez wstrząsów politycznych (przewrotów, puczów etc.), pozbywalibyśmy się prezydentów okazujących się po dłuższym czasie nieudolnymi czy niemoralnymi.

Jest też w Konstytucji napisane, że prezydent „czuwa nad przestrzeganiem konstytucji”. To po co Trybunał Konstytucyjny, bardzo zresztą kosztowny? Jesteśmy chyba nie mniej genialni od samego Monteskiusza, bo wprowadziliśmy w jego triadę  „nierównowagę”:  wewnętrzną dychotomię….

Prezydent III RP na wniosek Krajowej Rady Sądowniczej, konstytuującej się z wyboru sędziów przezeń mianowanych, (swoista, można by rzec, „tautologia” ustrojowa) powołuje nowych.  A  ponieważ, znów powtórzę, we wszystkich współczesnych republikach demokratycznych jest on, prezydent, wybierany z klucza partyjnego, to każdy dokonany przezeń wybór i tak samo mianowanie przez Sejm sędziów na najwyższe szczeble sądowniczej władzy centralnej - uniemożliwiają bezstronność („równowagę”) i głowy państwa, i ministrów, i posłów, i sędziów, gdyż wszyscy oni reprezentują nade wszystko interesy zwycięskiej (zwycięskich) partii, a nie wszystkich obywateli. Jak przezwyciężyć ten przeklęty determinizm? Wrócić do sejmików elekcyjnych? Wykorzystać doświadczenia referendalne? Nonsensy.

Większą niezawisłość mieli sędziowie w I Rzeczypospolitej, albowiem pochodzili z powszechnych, sejmikowych wyborów szlacheckich (kompetencje nie miały żadnego znaczenia). Oczywiście, że byli powiązani z różnymi koteriami, lecz była to patologia, nie zaś zasada ustrojowa.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych sędziowie i prokuratorzy mówiący po polsku, często w mundurach polskich, skazywali patriotów na śmierć lub więzienia cynicznie szydząc, że „nie są sędziami od Boga”.

Nie ma więc w naszej cywilizacji władzy państwowej absolutnie niezależnej od jakichkolwiek sił politycznych. Do października 2015 r. sędziowie III RP byli służebni wobec ówcześnie rządzącej kolacji o orientacjach lewicowych (w najgorszym peerelowskim wydaniu), czyli spadkobiercami ideologicznymi tych „nie od Boga”.

I teraz sądownictwo nie chce żadnych reform, bo traciłoby znaczenie i beneficja, toteż sędziowie i prokuratorzy starej daty czy ich potomkowie konserwują stare, pezetpeerowskie koneksje, powiązania, układy, sitwy, którym wierność daje właśnie korzyści materialne - jak to w mafii. Nie są bezstronni, nadal gorzej traktują ludzi niewyznających ideologii lewicowych. „Gruba kreska” działa więc także, a może przede wszystkim,  w środowiskach sędziów i prokuratorów….

Zwycięski PiS chce oczyścić system sądowniczy z owych dawniej „usłużnych” PRL i stworzyć – w miarę, bo idealność jest tu wykluczona -  suwerenne i uczciwe sądownictwo. Stąd taki opór tego środowiska wywodzącego się z „sędziów nie od Boga”, że aż budzi powszechne zawstydzenie i przerażenie.  

Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego nie doprowadzi do uchwalenie nowej, mądrej  Ustawy Zasadniczej i nie wykorzysta dla dobra Polski sporu o sądownictwo, cofnie się tu choćby o krok, to za życia naszego i naszych dzieci Rzeczpospolita nie będzie uleczona z miazmatów komunizmu. I pytanie Jana Olszewskiego sformułowane z trybuny sejmowej 4 marca 1994 r., kiedy obejmował urząd premiera, „czyja ma być Polska?” – pozostanie dramatycznie pozbawione odpowiedzi. A my będziemy wciąż rozdarci, skłóceni i oszukiwani przez władców własnego państwa.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl