Bycie jurorem selekcyjnym w dużym dziennikarskim konkursie daje rzadką szansę panoramicznego oglądu kraju, jaki wyłania się z dziennikarskich materiałów, nadsyłanych na konkurs. I w myśl zasady (od dawna podważanej przez różnych manipulatorów społeczną świadomością, ale trudno!) co się zobaczy na własne oczy, to zdaje się najbardziej wiarygodne. No, z pewnością dające najwięcej do myślenia.

Dziennikarz to przede wszystkim łowca tematów – bulwersujących, interesujących, ważnych społecznie lub po prostu istotnych na tyle, że trzeba problem pokazać szerszej widowni. Co więcej – dziennikarstwo to profesja misyjna, dziennikarz zwykle chce coś ważnego załatwić: pomóc, nagłośnić, zaalarmować, zwrócić uwagę różnych tzw. czynników.

Niestety, nierzadko zdarza się, że misja dziennikarza koliduje z innymi, znacznie mniej zbożnymi „misjami”: ich imiona to np. korupcja, nepotyzm, asekuranctwo, niekompetencja, pazerność, klikanie, wreszcie – strach. Gdy te misje się skrzyżują, dochodzi nieuchronnie do konfliktu.

Kto wygrywa?

Odpowiedzi jednoznacznej udzielić nie sposób, ale jedno powiedzieć można na pewno: dziennikarz bardzo często przegrywa. Za często. A gdy przegrywa dziennikarz, który serio traktuje to, co robi, przegrywamy my wszyscy. Nieprawość zawsze broni się do ostatka, interes społeczny, prawda, sprawiedliwość odchodzą na plan dużo, dużo dalszy.

Zaraz zaraz… Ale przecież istnieje prawo prasowe, istnieją procedury przypisane do różnych stanowisk różnych szczebli! Zarówno media, jak i urzędy i instancje wszystkich szczebli działają na podstawie jakichś przepisów.

Więc jak to się dzieje, że dziennikarz przegrywa?

Wspomniany na początku mój kilkuletni już ogląd materiałów nadsyłanych na dziennikarskie konkursy SDP pokazuje, że w materii szanowania Czwartej Władzy (za jaką cały świat uznał dziennikarstwo) nic się nie zmienia; pełniący ważną misję społeczną dziennikarz, działający na podstawie prawa i w interesie prawodawcy, traktowany jest przez różne instancje, organizacje, a nawet jednostki jak – nazwijmy to tymczasem delikatnie – intruz, pchający nos w nie swoje sprawy. Na porządku dziennym jest negatywny z gruntu stosunek do kogoś, kto przychodzi z kamerą lub mikrofonem, by pytać, drążyć, wyjaśniać. Stosuje się wobec ludzi mediów rozmaite chwyty: można się schować za sekretarkami, które nakłamią, jak trzeba, że „szefa nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie”; można zażądać od dziennikarza zezwolenia na filmowanie czy nagrywanie (sic! – to kuriozum, ale praktyka niemal powszechna), można odmówić dziennikarzowi rozmowy czy odpowiedzi na pytania, można oczywiście dziennikarza w ogóle nie wpuścić lub – jeśli jednak wszedł – kazać mu wyjść, opuścić obiekt. Jeśli i to nie skutkuje, są ochroniarze, portierzy i różni umięśnieni panowie, z którymi lepiej nie zaczynać… Wielekroć widziałem w oglądanych materiałach akty fizycznej agresji wobec ludzi mediów – popychanki, wyrywanie sprzętu, rękoczyny, obelgi bardzo niewybredne, wreszcie - zwykłe prostackie bluzgi.

Dziennikarz musi w takiej sytuacji zachować tzw. zimną krew; nie wolno mu na agresję reagować agresją, nie wolno wchodzić w fizyczne zwarcia. Musi być grzeczny, kulturalny. Zwykle jak zbity pies zawija ogon pod siebie i wycofuje się…

Tak traktowani są ludzie mediów: dziennikarze, reporterzy, publicyści, którzy działają w interesie społecznym, dla wspólnego dobra. Pracują. Zarabiają na życie. Mają zwierzchników, którzy stawiają im zadania. Mają wreszcie zawodowe ambicje.

Ale różnych sobiepanków z różnych instytucji wszystko to zupełnie nie obchodzi. Oni mają swoje kanty, przekręty, interesiki, większe lub mniejsze zaniedbania i bynajmniej nie marzą o tym, by ktoś to „wyciągał” na światło dzienne.

Jak napisałem wyżej, dziennikarz zwykle przegrywa. Musi szukać innych rozmówców, innych źródeł. Ale tam też mogą potraktować go podobnie…

Sytuacja, kiedy dziennikarz wykonujący w interesie społecznym swe obowiązki jest na łasce i niełasce różnych cieciów, ochroniarzy, „goryli” i usłużnych obrońców prezesowskich i dyrektorskich tyłków, jest sytuacją głęboko patologiczną – pokazuje, jaki jest stan kondycji prawnej w naszym kraju. Nie pierwszy raz okazuje się, że prawo chroni zło, patologie, a nie interes nas wszystkich.

Bez odpowiednich nowych regulacji prawnych, porządkujących ten zabagniony odcinek, demokracja w Polsce będzie gnić w przyspieszonym tempie, różne afery oplotą kraj jak on długi i szeroki, a sprawiedliwość będzie jedynie słowem z szyldu na ministerialnym budynku.

Reforma prawodawstwa w naszym kraju to autentyczna stajnia Augiasza. Dziennikarstwo - chronione, wyposażone w odpowiednie uprawnienia, których się rygorystycznie przestrzega – może być i w tym i w innych sprawach bardzo pomocne. Ale ten zawód musi się na czymś opierać. Najlepiej na jasnych regulacjach: co wolno, czego nie wolno. Ochroniarz, cieć czy mięśniak w czarnym uniformie nie mogą być „instancją” ponad instancjami.

Wojciech Piotr Kwiatek  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl