Ukazujący się w sześciu wersjach językowych miesięcznik „Polska”, promował za granicą naszą historię i prowadził stały dialog polsko-żydowski. Może warto wrócić do tego projektu?

Kiedy mówi się o skali zaniedbań w zakresie polskiego oddziaływania medialnego za granicą, a szczególnie wobec środowisk żydowskich, padają oceny, że za komuny w tej sprawie nic nie robiono. Nie jest to nie do końca prawdziwe. W owych czasach, słusznie minionych, rzeczywiście oficjalnie niewiele można było zrobić, ale były pewne enklawy czy nisze, w których próbowano przedstawiać polskie racje, także wobec cudzoziemców.

Jedną z nich był miesięcznik „Polska” pod batutą redaktora Jerzego Piórkowskiego. Duże, także w formacie, czasopismo, znakomicie ilustrowane (wypieszczone „dziecko” drukarzy Zakładów Wklęsłodrukowych w Warszawie, które dawno zaorano pod „Klifa”), jakich w Polsce w ogóle wówczas nie było, przynajmniej do czasu powstania miesięcznika „Ty i Ja” w opracowaniu graficznym Romana Cieślewicza (zanim wyjechał na stałe do Paryża). Miesięcznik „Polska” ukazywał się w 100 tys. egzemplarzy, w sześciu wersjach językowych, oprócz polskiej po niemiecku, francusku, angielsku, hiszpańsku i szwedzku. Ciekawostką jest, że szwedzka wersja magazynu (3000 egz.) wygrała któregoś roku konkurs „dzień bez błędów z… całą prasą szwedzką. 

 

W miesięczniku „Polska” każdego roku ukazywał się obszerny materiał, bogato ilustrowany archiwalnymi zdjęciami (także niemieckimi), poświęcony kolejnej rocznicy Powstania w getcie warszawskim (którego 75. rocznicę właśnie obchodzimy). I każdego roku w numerze sierpniowym dawano obszerny materiał poświęcony kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego, m.in. z informacjami o tym, że część Żydów ocalałych z Powstania w getcie brała udział w polskim heroicznym, 63-dniowym zrywie przeciwko brutalnej okupacji niemieckiej.

Pismo „Polska”, „Poland”, „La Pologne” itd. prowadziło stały, nieustający dialog polsko-żydowski, goszcząc na swoich łamach takich znakomitych przedstawicieli narodu żydowskiego, jak Rafael Sharf, Horacy Safrin, Jerzy Ficowski, Marek Edelman, ks. Pawłowski (imienia nie pamiętam), posługujący w kościele katolickim w Hajfie. Duchowny ten, jako żydowskie dziecko został ocalony z Zagłady, jako dorosły przeszedł na katolicyzm i odpowiedział na powołanie Boże. W „Polsce” publikowali także: Jacob Goldberg, profesor Uniwersytetu Jerozolimskiego, m.in. autor książki o przywilejach królewskich dla Żydów w I Rzeczypospolitej, wydanej w trzech językach: polskim, angielskim i łacińskim; Icchak Cukierman, powstaniec w getcie (łącznik ŻOB z AK) i powstaniec warszawski, świadek w procesie Adolfa Eichmanna w Jerozolimie i wielu innych. Osobne słowo trzeba poświęcić Leonowi Gongole, piekarzowi z Sierpca, który po latach przebywania w USA, postanowił odwiedzić dawne rodzinne strony i jadąc przez Niemcy, jak pisał w liście do redakcji, nie wypił w tym kraju nawet szklanki wody! Nie miał bowiem wątpliwości, kto był sprawcą Zagłady jego narodu i uznał, że powinien zachować się tak jak nie przymierzając bohater „Milczenia morza” Vercorsa. A powód miał znacznie poważniejszy niż ów Francuz.

 

Zgodnie z prawdą można powiedzieć, że był to dialog równych partnerów, przedstawicieli dwóch narodów najbardziej poszkodowanych przez niemieckiego, nazistowskiego najeźdźcę. To Niemcy, w sensie powszechnym, nie tylko członkowie NSDAP, przecież nie Polacy, dostali czegoś w rodzaju antyżydowskiego obłędu, traktując przedstawicieli tego narodu, także obywateli polskich, jak robactwo, które trzeba wytępić.

Pisaliśmy też o „Sprawiedliwych wśród narodów świata”. Wielokrotnie. W środku lat 70., jeśli się nie mylę, medal Instytutu Yad Vashem otrzymał Jan Tyryłło z Łaska. Poznałem go, jego rodzinę i opisaliśmy tę niesamowitą sprawę uratowania sześciorga Żydów wileńskich, właściwie przez trzynastoletniego chłopaka, który nie mógł odżałować, że nie udało mu się ocalić 65 uciekinierów z wileńskiego getta. W telegraficznym skrócie: rodzina Tyryłłów, z ojcem Józefem na czele, przechowywała 65 osób w piwnicach czy na strychach ogromnej wileńskiej kamienicy. Janek namawiał ich, by przenieśli się do innej kryjówki, już spenetrowanej przez gestapo; zdołał namówić zaledwie szóstkę, w tym dawną sąsiadkę, panią Feldman, przewidując, że Niemcy do tej kryjówki już nie wrócą i oceniając, że tamta, w której została ta reszta, jest zbyt łatwa do wykrycia. Jego przewidywania się sprawdziły. Tych 59 wygarnęli Niemcy, jedna z kobiet zaczęła uciekać, zastrzelili ją na miejscu, pozostałych zabrali, ojciec Janka, Józef Tyryłło właściwie przypłacił to życiem, gdyż zesłany do obozu koncentracyjnego powrócił zeń jako wrak człowieka i wkrótce zmarł.

A ta szóstka, karmiona i pilnowana przez rodzinę Tyryłłów, przetrwała do wkroczenia Armii Czerwonej do Wilna.  Pani Feldman po latach nie omieszkała zgłosić sprawy do Instytutu Yad Vashem, który przyznał medal Janowi Tyryłło i jego rodzinie. Jan ofiarował medal Muzeum Wojska Polskiego. Jeden z ocalonych postanowił podarować mu samochód – citroëna C5, Jan odmówił przyjęcia daru. Pani Tyryłło, matka Jana, zamieszkała – a gdzieżby – na Dolnym Śląsku, w Jelenie Górze, opowiadała mi, jak się w tym Wilnie żyło przed wojną, jakie dobrosąsiedzkie były stosunki między Polakami a Żydami, jak wzajemnie  Feldmanowie i Tyryłłowie  raczyli się przysmakami kuchni żydowskiej i polskiej i w ogóle współżyli ze sobą – można by rzec – przykładnie. To tylko jedna z wielu takich historii.

 

Redakcja miesięcznika „Polska” wydała też, w nieco późniejszym okresie, publikację specjalnie poświęconą stosunkom polsko-żydowskim pt. „Na wspólnej ziemi”, po angielsku „On the Land we shared”, gdzie zamieszczono także wypowiedzi działaczy żydowskich. Pamiętam też, że relacjonowaliśmy obszernie kongres hebraistów, z udziałem wielu profesorów i uczonych z uniwersytetów izraelskich i nie tylko, których pokazywaliśmy na opublikowanych zdjęciach, a ich wypowiedzi dotyczące zarówno hebraistyki, jak i Polski były interesujące i nam przyjazne (zazwyczaj stąd się wywodzili i mówili po polsku całkiem dobrze). Wówczas prężnie działała, choć była dość skromna liczbowo, sekcja hebraistyki na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Nawiasem mówiąc, obecnie silna jest hebraistyka na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ale kongresy hebraistów jakoś się już w Polsce nie odbywają.

 

Naturalnie, pismo „Polska” było powołane do życia (w 1954 roku) jako sposób legitymizowania władzy komunistycznej w oczach Zachodu. Jednak po objęciu stanowiska redaktora naczelnego przez Jerzego Piórkowskiego szybko wyrwało się spod kontroli władz, na tyle, oczywiście, na ile było to możliwe, gdyż nadal podlegało cenzurze jak cała ówczesna prasa. Osiągnięto to dzięki podejmowanej tematyce wszechstronnej twórczości Polaków (artystycznej, naukowej, społecznikowskiej, sportowej i każdej innej) i zgromadzeniu wokół redakcji najlepszych piór, a akurat ten czas obfitował w talenty publicystyczne i eseistyczne.

 

Teksty profesorów Tatarkiewicza, Kotarbińskiego, Hryniewieckiego, Bolesława Szmidta, a także francuskich ministrów, profesorów z Uppsali i z Rzymu (np. włoskiego autora książki o…polskim Renesansie w sztuce i architekturze), wywiady (np. z Antonionim, który zawalił swój program czterodniowego pobytu w Polsce, bo otrzymał z naszej redakcji „nareszcie interesujące pytania”, jak powiedział, i musiał przez cały dzień pisemnie na nie odpowiadać), a także wypowiedzi autointerpretacyjne artystów – Starowieyskiego, Dejmka, Grotowskiego, Hasiora i tylu innych, wraz z pokazaniem ich twórczości – wszystko to składało się na interesujący obraz polskiej kultury i nauki. Kraju zniewolonego przez Sowietów, ale mającego artystów i uczonych, wyłamujących ciasne ramy, w jakie chciał ich zamknąć totalitarny system. Rozwinięta już era kolorowej fotografii pozwalała na pokazanie polskiej sztuki, począwszy od portretu trumiennego, aż po Nowosielskiego, Dwurnika i Stażewskiego, a po drodze Michałowski, Gierymscy, Chełmoński,  Wyspiański, Mehofer, Wyczółkowski i cała plejada innych. Dla redakcji pracowała czołówka polskich fotoreporterów: Irena Jarosińska, Marek Holzman, Tadeusz Rolke, Piotr Barącz, Nina Smolarz, Maciej Musiał, Jan Bortkiewicz, a także kilku współpracujących, jak Stefan Figlarowicz (razem z Niną Smolarz dali m.in. wspaniały fotoreportaż z pogrzebu majora Sucharskiego w Gdańsku, którego  zresztą byli współorganizatorami), Jan Popłoński i inni.

 

Nakład w większości był zakupiony przez MSZ i kolportowany za pośrednictwem placówek dyplomatycznych, a także w wolnej dystrybucji, za pośrednictwem instytucji kolporterskich, w większości żydowskich (!) i lewicowych. Niestety, jak mi wiadomo, prawdziwe, zapewne  esbeckie, „dyplomatołki” z Ambasady Polskiej w USA topiły stosy pisma w Potomaku, zamiast je rozdawać amerykańskim intelektualistom i studentom; zapewne wydawało im się nazbyt wolnościowe i kapitalistyczne w wyrazie, bo nie mogli w nim znaleźć  ani cytatów z Lenina czy Marksa, ani takich wyrażeń jak demokracja socjalistyczna, zgniły kapitalizm czy świetlany ustrój komunistyczny, do których byli przyzwyczajeni. Nawiasem mówiąc, podobnie topiono w Potomaku książkę „The Liberation of One” Romualda Spasowskiego, ambasadora PRL w USA, który w pierwszych dniach stanu wojennego przeszedł na stronę amerykańską i prosił Ronalda Reagana, żeby wieczorem w oknie Białego Domu zapalił świeczkę w hołdzie zakazanej w Polsce Solidarności. Nota bene książka Spasowskiego, przełożona na francuski, niemiecki i włoski, do dzisiaj nie ukazała się w Polsce (!).

 

W 1998 roku red. Jan Forowicz spowodował, że miesięcznik „Polska” wrócił  do życia. Ale tylko na chwilę, na kilkanaście miesięcy. Zabrakło woli politycznej, by zbudować redakcję na wzór poprzedniej, w której na etatach było sześcioro wspomnianych fotoreporterów, a właściwie artystów fotografików i zaledwie dwóch piszących dziennikarzy, a najważniejszą niemal, w każdym razie najliczebniejszą część redakcji stanowiły zespoły tłumaczy na wymienione wyżej języki. Jak to obrazowo powiedział śp. Michał Browarski, wystarczyłoby „zawrócić dwa tiry z towarem”, by spieniężywszy go mieć środki na wydawanie pisma. Wydano trzy numery, w tym NATO-wski w marcu 1999 roku, także po angielsku, zakupiony w 2 tys. egz. przez MSZ.  AWS, podobnie jak dzisiaj PiS, słabo jednak dbał o komunikację ze swoimi i obcymi. Przy okazji zlustrowano pozytywnie dwu redaktorów naczelnych, co akurat było dorobkiem ubocznym i nie najważniejszym.

 

Piszę o tym dlatego, że nie wierzę w koniec ani w malejącą tak znacznie jak się głosi użyteczność prasy papierowej i uważam, że taki miesięcznik „Polska” bardzo by się nam teraz przydał. Zważywszy że praca obecnych przedstawicielstw polskich za granicą wygląda zapewne znacznie lepiej niż za komuny, kiedy to „dyplomaci”, a właściwie tajni agenci zajmowali się głównie handlem wódką, co nieźle pokazał Wojciech Żukrowski w „Kamiennych tablicach”. A więc i dystrybucja tego rodzaju pisma za pośrednictwem placówek dyplomatycznych przedstawiałaby się znacznie lepiej. Naturalnie, teraz wersjom papierowym  towarzyszyłaby odpowiednia wersja internetowa w każdym języku, o której informowano by w wydaniu papierowym. I nie byłby potrzebny jakiś gigantyczny nakład tegoż wydania. To jest tylko jedna z wielu propozycji, cząstka po prostu „polskiej machiny narracyjnej”, którą powinniśmy zbudować. O innych – następnym razem.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl