Dolna szczęka zapragnęła oderwać się od ciała i upaść na parkiet dębowy w jodełkę. Na wszelki wypadek trzymałem ją ręką, gdy w głowie rodziła się myśl, jakby odpowiadająca wysokiemu sądowi: „Tysiące, wysoki sądzie znam takich kobiet, tysiące"…

Ale zacznijmy od środka. Ona wyszła z tego więzienia. I każdy chciał mieć o niej informacje, wywiad, zdjęcia, newsy po prostu. Przecież przesiedziała równo osiem lat bez jednego dnia i ona była tajemnicza wielce. To znaczy ta „Inka”, ta Halina G., ta femme fatale. „Inka” (od HalINKA) siedziała za wydanie Jacka Dębskiego, byłego ministra sportu, z Łodzi, kibica ŁKS, w ręce mordercy. Świeć Panie nad jego duszą (nad duszą ministra, przecież nie mordercy), lat 41 miał Jacek. Niestety, niestety, ale minister zadał się ze złymi ludźmi, z takim „Baraniną”, Jeremiaszem Barańskim, międzynarodowo poukładanym gangsterem zamożno-wpływowym. Ten Jacek dał mu pieniędzy sporo w dolarach na rozmnożenie, a „Baranina” się do nich przywiązał i nie chciał oddać. Trochę się panowie zaczęli straszyć, a Jacek nie pękał (był kibicem ŁKS przecież). „Baranina” natomiast nie był od straszenia, tylko od zabijania. Wynajął „Saszę”, a „Ince”, która Jacka zbajerowała niestety, gdyż ponętną posiadała cielesność, nakazał Jeremiasz wyprowadzenia Jacka na kule gangstera, czyli śmierć. Przed restauracją Cosa Nostra się to działo na Wale Miedzyszyńskim w Warszawie w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 roku, przecież pamiętam dokładnie. I wyprowadziła „Inka” Jacka wprost na „Saszy” kule. Zastrzelił Dębskiego, lecz nie zaznał spokoju, ani on, ani jego zleceniodawca. Do cel „Baraniny” i „Maszy” przyszedł wkrótce seryjny samobójca i panowie rozstali się z życiem. „Inka” złożyła zeznania, ale 8 lat za pomocnictwo usłyszała. Była kobietą piękną, podobno miała być inteligentna. Kiedy opuściła więzienie w 2009 roku opublikowaliśmy w „Super Expressie” jej zdjęcia, które zaraz po zatrzymaniu zrobiła jej policja. Nie powinienem mieć tych zdjęć. Nie powiem, jak je zdobyliśmy, gdyż pacta sunt servanda. Przyznam, że były to nietypowe, jak na policję fotki. „Inkę” ustawiono pod ścianą, tylko w bieliźnie i skarpetkach. Miała krzywy kręgosłup i proste skarpetki, ale jakieś nieracjonalne w tej sytuacji. Takich zdjęć nie robi się zatrzymanym. Gapiąc się na „Inkę” z przodu i z tyłu, na jej podniesiony lewy bark z powodu skoliozy, na bardzo zgrabną pupę i metkę wychodzącą ze stanika, zastanawiałem się czy publikować te zdjęcia. Opublikowałem, bo uznałem, że minęło wiele lat, że zdjęcia mają charakter historyczny, że przecież ciało było bronią „Inki”, i gdyby nie jej uroda, Dębski zapewne by żył. Wiedziałem, że za publikację dostanę po głowie, ale wiedziałem również, że historia mi podziękuję (historia jeszcze u mnie nie była).

„Inka” pozwała mnie do sądu, chciała 150 tysięcy złotych za naruszenie dóbr osobistych, a ja wiedziałem, że będę w związku z tym musiał zobaczyć ją na żywo i samodzielnie przekonać się o jej inteligencji oraz urodzie. Jakże tłuste było moje rozczarowanie! Wrażenie było ze wszech miar fatalne, nie miało nic wspólnego z femme fatale. Czas nie potraktował jej jak wina. Otyła, niezadbana, ubrana bez gustu kobieta składała swe wypowiedzi z monosylab, które prawdopodobnie nie były przypadkowe. Jakże tłuste było moje rozczarowanie. Nie znała zasad gry, nie wzbudzała współczucia, nikt nie doradził jej, że powinna grać rolę ofiary akcentując, że przecież przeszła tak głęboką moralną metamorfozę i jest już zupełnie innym człowiekiem. Wiedziałem, że jej szanse na tak wysokie odszkodowanie są bliskie zeru. Miałem rację. Sąd przyznał „Ince” 15 tys. zł. Sędzia uzasadniała to w sposób, na który moja szczęka zareagowała opadnięciem, usłyszałem z ust kobiety sędzi: „Sąd nie jest ekspertem od damskiej urody, ale z całą pewnością żadna kobieta nie pozwoliłaby sobie na zrobienie i opublikowanie zdjęcia w bieliźnie i mało gustownych skarpetkach”. Co? Co? Co? Wtedy właśnie pomyślałem: „Tysiące, znam Wysoki Sądzie takich kobiet tysiące”. Całkiem sporo zrobiłoby to zupełnie za darmo, dla chwili popularności. Pomyślałem również, że sędziów, sądy, trzeba by w związku z tym szkolić z realiów życia, bo coś się tu potwornie nie łączy, nie składa, nie koreluje. Że życie jest gdzie indziej. 

Sławomir Jastrzębowski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl