Nieszczęściem jest, że od tabloidów „zarażają” się media bardziej stonowane – napisał jeden z czytelników mojego zeszłotygodniowego felietonu, w którym broniłem tabloidów. Ale przecież forma podawania informacji nie jest chorobą wirusową. Tygodnik (teoretycznie) opinii nie zarazi się tabloidozą od „Faktu”, leżąc z nim na tej samej półce. Nie zarazi się nawet, jeśli redakcje tych dwóch gazet są obok siebie. Określona forma medium to skutek świadomej decyzji redakcji.

   „Zamiast kraść jako dyrektor, fabrykant, sekretarz czy inny prezes lepiej już kraść par excellence jako złodziej. Tak jest chyba uczciwiej” – mówi w jednej z ostatnich scen niezrównanego „Vabanku” Henryk Kwinto. Tę scenę przypomniał mi niedawno znajomy podczas jednej z wielu dyskusji o tabloidach. Celne skojarzenie: jeśli bulwarówka wygląda jak bulwarówka, wszystko jest w porządku. Jest uczciwiej. Jeśli gazeta opinii wygląda jak brukowiec – coś nie gra.

   Nie gra zaś coraz częściej, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z medium tożsamościowym. Z mediami tożsamościowymi jest trochę jak z tworzeniem ugrupowania politycznego: jeśli znajdzie się dostatecznie duża grupa dostatecznie fanatycznych wyborców, można dbać tylko o nią i mieć zapewnione te swoje 6-7 procent, czasem nawet 20 w kolejnych wyborach, bez jakichkolwiek prób poszerzania oddziaływania. Klientela mediów tożsamościowych to w dużej części pobratymcy inżyniera Mamonia, któremu – jak wiadomo – podobały się te melodie, które już raz słyszał. Wielbiciele mediów tożsamościowych idą nawet dalej niż bohater „Rejsu”: reagują wściekle, gdy ktoś próbuje im zagrać melodię nieznaną, choćby i najpiękniejszą. Dla nich brzmi zawsze jak kocia muzyka.

   Może ktoś stwierdzić: no dobrze, ale przecież nie ma sensu oczekiwać od wszystkich mediów, że będą pozbawione tożsamości. Przecież stacja telewizyjna czy tygodnik mają pełne prawo mieć swoją linię i wymagać od dziennikarzy, żeby się jej trzymali.

   To oczywiście prawda. Lecz tu właśnie tkwi różnica między medium tożsamościowym a medium ideowo zdefiniowanym (może ktoś znajdzie lepszy termin), czyli – normalnym. Medium ideowo zdefiniowane – konserwatywne, katolickie, liberalne, lewicowe – przedstawia interpretację rzeczywistości zgodną ze swoją ideową linią, ale obrazu samej rzeczywistości nie próbuje naginać i fałszować, choćby przez pomijanie tego, co niewygodne, zaś w ramach spektrum idei, do której jest przywiązane, dopuszcza dyskusję.

   Medium tożsamościowe ma się do medium ideowo zdefiniowanego jak ksenofob do patrioty: ksenofobia nie jest konsekwencją patriotyzmu, tylko jego wypaczeniem (pomijam tu kwestię naginania definicji ksenofobii przez lewicę, tak aby obejmowała nawet stonowany patriotyzm – to całkiem inne zagadnienie). Analogicznie, medium tożsamościowe nie powstaje wskutek ewolucji medium ideowo zdefiniowanego, ale wskutek wypaczenia konceptu linii redakcyjnej. Medium ideowe stara się dać swoim odbiorcom materiał do przemyśleń – medium tożsamościowe unika tego jak ognia. Broń Boże, żeby w umysłach odbiorców wprowadzić jakiś zamęt, choćby przez pokazanie, że mogą być różne punkty widzenia nawet w tym samym obozie ideowym. Nie – punkt widzenia może być zawsze tylko jeden i musi to być punkt widzenia najbardziej skrajny, bo medium tożsamościowe zawsze popycha swoich odbiorców do ściany.

   Medium tożsamościowe ze swej natury zmierza tylko w jedną stronę – nigdy nie łagodzi, zawsze zaostrza. Ma naturę rewolucyjną, więc – jak to w rewolucji – dba, żeby nikt nie okazał się bardziej zaangażowany w sprawę (a może nawet – w Sprawę), bo można by je wtedy oskarżyć o to, że zbyt słabo tożsamości pilnuje.

   To oczywiście rodzi problemy. Niedawno z ciekawości sprawdziłem, jakie wykrzykniki zawierają w danym momencie tytuły w pewnym internetowym medium tożsamościowym. Znalazłem następujące: „maski opadły!”, „skandaliczne słowa”, „skandaliczne zachowanie”, „seans pogardy”, „pupil finansjery”, „kolejne brednie”, „łaskawca!”, „bezczelność!” oraz aż dwukrotnie „śmiechu warte!”. Media tożsamościowe, które nie uważają się za tabloidy i nie są tak klasyfikowane, stały się nimi mimochodem, ale robić bulwarówkę to trzeba umieć. Twórcy mediów tożsamościowych nie umieją i dlatego ich niestrawna emfaza, widoczna w tytułach, ale także w wielu tekstach czy wypowiedziach, cierpi na powtarzalność i degeneruje się. Ile razy można czytać, że coś jest „nieprawdopodobnym skandalem”, „skrajną bezczelnością” lub że jest „śmiechu warte”? Przynajmniej pod tym względem tożsamościowcy doszli już do ściany i walą w nią rozpaczliwie głową – ale bez większych rezultatów. Co nie dziwi.

   Teraz pora na kilka patetycznych słów, za które od razu przepraszam, bo wolałbym patetyczność (przypominam, że pathetic to po angielsku „żałosny” i to znaczenie nawet bardziej by tu pasowało) pozostawić właśnie mediom tożsamościowym – ale trudno: media tożsamościowe bardzo szkodzą debacie publicznej. Szkodzą jej znacznie bardziej niż bulwarówki. To, że nakręcają emocjonalnie swoich odbiorców, tak aby uodpornić ich na przyjmowanie jakichkolwiek argumentów, mogących zachwiać ustalonym zestawem poglądów, to jedno. Ale gorzej, że debatę uważają z zasady za szkodliwą, więc zwalczają samą jej ideę. Debata, spór, prowadzony na normalnych zasadach, czyli bez intencji zdelegitymizowania oponenta, jest ich największym wrogiem. A już absolutnie najgorsi są dla mediów tożsamościowych ci, którzy niby będąc w tym samym obozie ideowym, nie chcą iść do ściany, nawołują do rozmowy, nie godzą się z niszczeniem oponentów – tacy mąciciele rozwadniają jedynie słuszną, skrajną linię i z nimi należy się rozprawiać jeszcze brutalniej niż z drugą stroną!

   Jest jednak nadzieja, że media tożsamościowe same zapędzą się w kozi róg. Nie potrafię tu ocenić tendencji – to czysta intuicja, może trochę wsparta wynikami sprzedaży i oglądalności tak robionych mediów z różnych stron plemiennego sporu. Mam jednak wrażenie, że grupa ich odbiorców systematycznie zmniejsza się do tych już naprawdę twardogłowych. Pozostałych odrzuca toporność przekazu, jego powtarzalność, monotonia.

   W grę wchodzą tu oczywiście również inne czynniki. Media tożsamościowe są wygodne dla sponsorów w wielkich obozach politycznych, więc ich zależność od odbiorców nie jest decydująca. Mimo wszystko robienie medium wyłącznie dla politycznych czy instytucjonalnych sponsorów może być w dłuższym okresie nieopłacalne. Przecież celem takiego przedsięwzięcia jest konsolidowanie obozu, zagrzewanie do boju, przekonywanie, że odstępstwo choćby na krok od wyznaczonej linii jest zdradą. Ale jaki sens ma pakowanie pieniędzy w przekonywanie już przekonanych, najwierniejszych z wiernych, najlojalniejszych z lojalnych? Rzecz jasna – niewielki. W tym więc sensie media tożsamościowe podcinają same gałąź, na której siedzą. I bardzo dobrze.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl