Na wielu rynkach czeskich miasteczek (a także na Dolnym Śląsku – to w końcu region historycznie czeski) trafimy na kolumny ze świętym najczęściej ubranym w biret, zwykle trzymającym w ręku krucyfiks lub męczeńską palmę. To Jan Nepomucen, szczególnie w Czechach czczony. Święty żył w drugiej połowie XIV wieku. Naraził się królowi czeskiemu Wacławowi IV, bo nie chciał zdradzić władcy tajemnicy spowiedzi jego żony, Zofii Bawarskiej, którą władca podejrzewał o zdradę. Wskutek jego oporu, Jana Nepomucena uwięziono, torturowano i na koniec zrzucono z Mostu Karola do Wełtawy. Święty stał się w ten sposób patronem tajemnicy spowiedzi i czasami pokazuje się go z palcem na ustach.

   Nepomucen oparł się władzy państwowej, bo tajemnica spowiedzi była sprawą bezwzględną. Ale też, jako dobry kapłan, musiał rozumieć, że jeśli złamie ją, choćby pod przymusem, z punktu widzenia wiernych podda w wątpliwość cały sakrament spowiedzi. Kto miałby chęć się spowiadać, gdyby powstało przekonanie, że na księdzu można wymusić wyjawienie tego, co penitent wyznaje w konfesjonale?

   Ta sama myśl powinna pojawić się w głowie polityków, manipulujących przy tajemnicy zawodowej. Nawet biorąc pod uwagę, że czym innym jest tajemnica dziennikarska, adwokacka, lekarska czy obejmująca niektóre inne zawody, a jednak czym innym tajemnica spowiedzi (regulowana zresztą odrębnymi przepisami). Wciąż jednak pytanie jest podobne: kto zechciałby powierzyć tajemnicę lub poddać trop dziennikarzowi, gdyby wiedział, że bariera tajemnicy zawodowej w jego przypadku jest banalnie prosta do zdjęcia?

   Podobne pytanie można postawić w przypadku wielu innych zawodów, gdzie zaufanie pomiędzy klientem a pracującą dla niego osobą jest kluczowe. Lecz to również kwestia ważna dla „drugiej strony”: im łatwiej służby zdradzają nazwiska swoich współpracowników i informatorów, tym trudniej im ich pozyskać. Tu działają ogólne, identyczne dla wszystkich reguły.

   Dlatego ogromny niepokój – zwłaszcza wśród dziennikarzy – wywołały ostatnie informacje o planowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości zmianach w kodeksie postępowania karnego. Według „Dziennika Gazety Prawnej”, zmiany miałyby polegać – w skrócie – na tym, że o zwolnieniu z tajemnicy zawodowej mógłby na etapie śledztwa zdecydować nie jak dotąd sąd na wniosek prokuratury, ale sam prokurator. Od tego postanowienia przysługiwałoby zażalenie do sądu, ale nie wstrzymywałoby ono wykonania decyzji.

   Zrobił się szum. Zareagował szef MS Zbigniew Ziobro. W „Sygnałach Dnia” Radiowej Jedynki wyjaśnił, że planowane zmiany są na bardzo wczesnym etapie, więc wciąż nie wiadomo, jak ostatecznie będzie wyglądać propozycja, ale nie miałyby i tak obejmować dziennikarzy. Poza tym – dodał minister – chodzi tu o najcięższe przestępstwa oraz zagrożenie terrorystyczne.

   Trochę to pocieszające, a trochę nie. Tajemnicy zawodowej, a w szczególności dziennikarskiej, nie lubi żadna władza. Broni jej na ogół opozycja, ale potem, gdy opozycja zaczyna rządzić, przestaje być wielbicielem tej instytucji. Tymczasem mechanizm jest prosty i – jak w innych kwestiach w rodzaju niesławnego i wciąż trwającego w kodeksie karnym artykułu 212 – także tu działa efekt mrożący, tyle że mrożący informatorów. Im łatwiej byłoby zwalniać dziennikarzy z tajemnicy dziennikarskiej, tym mniej otrzymywaliby sygnałów od osób, które mogą się obawiać odwetu, gdyby ich nazwiska wyszły na jaw.

   Mówiąc może wzniośle, ale wciąż miejmy nadzieję, że ta zasada choć trochę działa – jeśli media mają kontrolować władzę, każdą władzę, muszą mieć zapewnione prawo do zachowania tajemnicy w sprawie osób przekazujących im informacje, przynajmniej do momentu, gdy nie zwolni ich z niej sąd na dogłębnie i drobiazgowo rozpatrzony wniosek prokuratury. To leży w interesie nie tylko dziennikarzy i zwracających się do nich ludzi, ale po prostu wszystkich obywateli. I państwa.

   Wyjaśnienia o poważnych przestępstwach i zagrożeniu terrorystycznym też nie brzmią szczerze. Bezpieczeństwem można bowiem uzasadnić każde ograniczenie prywatności i praw obywateli i tak się na ogół robi. Jednak wrodzona nieufność wobec władzy (każdej) powinna zawsze kazać zapytać, czy celu nie da się osiągnąć w inny sposób i czy aby na pewno planowane ograniczenie nie wynika z chęci wzmocnienia kontroli nad obywatelami lub po prostu lenistwa organów ścigania.

   Wniosek o zwolnienie z tajemnicy służbowej jest bowiem nierzadko przejawem właśnie lenistwa albo niemocy prokuratury. Teoretycznie nie powinien się pojawiać, o ile prokurator jest w stanie zdobyć potrzebne mu informacje w inny sposób. W praktyce prokuratorowi nie chce się kombinować, bo najprościej jest zwolnić z tajemnicy łatwo osiągalnego świadka.

   Można spytać: po co o tym wszystkim piszę, skoro minister Ziobro zadeklarował, że ewentualne zmiany, jakie by nie były, nie będą mieć wpływu na dziennikarzy? Piszę o tym, bo choć, jako się rzekło, to oświadczenie jest pocieszające, to jest też niepocieszająca jego część: że mianowicie takie zmiany są szykowane i – jak można zrozumieć – obejmą inne zawody, wyposażone w instrument tajemnicy zawodowej, w tym choćby adwokatów. Niepocieszające jest też, że w ogóle zaczyna się majstrowanie przy tajemnicy zawodowej pod wygodnym pretekstem zwiększenia bezpieczeństwa. Nawet jeśli tym razem dziennikarze uciekną spod noża, to może się to nie udać następnym razem.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl