Znajomy dziennikarz, którego niedawno zwolniono z pracy (nie w medium publicznym, ale w medium prywatnym, zwykle wspierającym rząd) opowiedział mi, że po wielu staraniach udało mu się przełamać zmowę milczenia i dowiedzieć, dlaczego właściciele się z nim pożegnali. Powodem miało być między innymi to, że nie odrzucał zaproszeń do TVN24. Dla każdego, kto nie myśli w kategoriach plemiennej wojny medialnej, brzmi to idiotycznie, ale niestety – jest całkiem możliwe.

   Około roku temu do poranka Onetu zaprosił mnie Bartosz Węglarczyk, z którym różnię się w wielu sprawach radykalnie, ale z którym jestem w stanie normalnie spierać się i rozmawiać. Miałem zresztą wiele po temu okazji. Wówczas rozmowa nie dotyczyła polityki w ścisłym znaczeniu tego słowa, ale kwestii dostępu do broni. Nie muszę dodawać, że moje zapatrywania na ten temat (jako strzelca i wielbiciela strzelectwa) były całkiem inne niż Węglarczyka. Mam wrażenie, że całkiem nieźle broniłem swoich tez. Niezależnie jednak od tego, co mówiłem, natychmiast spotkała mnie krytyka za sam fakt odwiedzenia Onetu. „Sprzedał się, poszedł do der Onet” – tak brzmiało wiele wypowiedzi w mediach społecznościowych. Podobnie cierpkie uwagi pojawiły się, gdy stosunkowo niedawno, po wielu latach blokady, wróciłem do komentowania w TVN24. Choć przecież bywają w tej stacji również politycy partii rządzącej. Niektórych moich kolegów spotykają podobne złośliwości i przytyki właśnie za obecność w TVN24. Być może „druga strona”, jeśli decyduje się odwiedzać media wspierające rządzących (i jeśli jest do nich w ogóle zapraszana), ma podobne doświadczenia.

   Zawsze wychodziłem z założenia, że rolą komentatora jest mówienie tego, co uważa za słuszne i przedstawianie interpretacji zdarzeń zgodnie z własnym poglądem i zapatrywaniami. Gdzie to się dzieje, ma znaczenie drugorzędne. Oczywiście są pewne miejsca, w których człowiek przyzwoity się nie pojawia, ale jeśli chcemy zachować zdrowy rozsądek i nie poddawać się retoryce wojny, katalog takich miejsc powinniśmy ograniczyć, jak tylko się da. Nie widzę dziś w mediach głównego nurtu, obojętnie z której strony podziału politycznego, takiej stacji czy gazety, do której nie można by iść, o ile będzie się miało możliwość swobodnego mówienia czy pisania. I to jest dla mnie kryterium decydujące.

   Pisałem już na portalu SDP o tym, że od tabloidyzacji znacznie szkodliwsze jest mnożenie się mediów tożsamościowych, czyli specjalizujących się w utwierdzaniu swoich odbiorców w przekonaniu, że mają rację równie absolutną jak druga strona w każdej kwestii absolutnie się myli; w oduczaniu ich samodzielnego, krytycznego myślenia; w gaszeniu ochoty na jakiekolwiek starcie poglądów, idei, interpretacji. Wybór – chodzić czy nie chodzić do mediów obcych nam ideowo czy też po prostu, jak chcieliby to widzieć niektórzy, walczących w przeciwnym obozie, to brzemienny w skutki wybór modelu rzeczywistości medialnej, i nie tylko medialnej, w jakiej chcemy żyć. Ja nie wybieram modelu opartego na idei Apartheidu.

   Tak to trzeba nazwać – Apartheid dosłownie oznaczał bowiem nie tyle dyskryminację (ona działa się niejako przy okazji), ale podział. I to była jego główna idea. To samo zagraża nam dzisiaj w mediach: my mamy swoje, oni mają swoje, dwa światy nie mogą się przenikać, a kto tego podziału nie respektuje i bezczelnie przekracza sobie granicę, pojawiając się w różnych miejscach, ten zostanie szybko postawiony do pionu. Może niektórym takie podejście odpowiada – mnie nie.

   Również dlatego, że tak zorganizowana rzeczywistość medialna jest beznadziejnie nudna. I chyba odbiorcy zaczynają mieć tej nudy dość – mogą na to wskazywać wyniki niektórych czasopism, stacji radiowych czy telewizyjnych. Na szczęście część mediów się z tego schematu wyłamuje. Pisałem tu niedawno o fenomenie „Tygodnika Powszechnego”. Podobnie zadziałał Polsat, tworząc program „Cztery Strony Prasy”. Kiedy tydzień temu miałem okazję być jednym z jego gości, razem ze mną w studiu byli Agnieszka Wiśniewska z „Krytyki Politycznej”, Karolina Lewicka z Tok FM i Piotr Skwieciński z „Sieci”. Była to jedna z najciekawszych medialnych rozmów, w jakich miałem okazję ostatnio uczestniczyć. Mam nadzieję, że pozostali jej uczestnicy odebrali to podobnie.

   Cenię tych, którzy potrafią wyjść poza sztywne granice. Dlatego bardzo podobał mi się projekt jednego z najuczciwszych publicystów „drugiej strony”, Grzegorza Sroczyńskiego – niestety skasowany przez „Gazetę Wyborczą”. Podoba mi się, jak w swoich radiowych rozmowach w Radiu Wnet umie sięgnąć do nieoczywistych rozmówców Krzysztof Skowroński. Znalazłoby się jeszcze trochę takich przykładów.

   Tym dziennikarzom, którzy wolą Apartheid (nie wnikam, z jakich powodów, ale mam niestety wrażenie, że często bywają one dalekie od szlachetnych), a są tacy po obu stronach sporu, chcę powiedzieć, że podcinają gałąź, na której wszyscy, ludzie mediów, siedzimy. Odbiorcy, którym wciąż chcecie przytakiwać, znudzą się tym w końcu, i to raczej prędzej niż później.

   Tym zaś czytelnikom, słuchaczom czy widzom, którzy chcieliby zagonić niepokornych komentatorów do stada i zamknąć za ogrodzeniem, mówię, że nie na tym polega robota publicysty. Wyzwaniem, może nawet powinnością, jest bywać zwłaszcza tam, gdzie następuje starcie poglądów i gdzie swoje własne trzeba dobrze uargumentować, zamiast klepać się ze współrozmówcami po plecach.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl