Każdy suwerenny kraj ma prawo mianować ambasadorem w innym kraju nawet konia Kaliguli. Czy ten inny kraj przyjmie tego ambasadora czy nie to już całkiem inna sprawa.  W końcu koń, jaki jest, każdy widzi, a jak każdy widzi, to mniej szkodzi, niż gdyby nie widział nikt. Tak by się przynajmniej mogło wydawać.

   To tak na marginesie pouczeń pani ambasador Georgette Mosbacher w sprawie ewentualnego porządkowania rynku mediów w Polsce. Pani ambasador zaczęła swoją misję w naszym kraju wyjątkowo niefortunnie, by rzec bardzo, ale to bardzo łagodnie. Nie będę tu owej fatalnej wypowiedzi przypominał, bo wszyscy pamiętają. Teraz poucza, a nawet  narzuca, jakich rozwiązań Polska na rynku mediów nie powinna przyjmować i kogo nie powinni polscy politycy, głównie ci z partii rządzącej, w żadnym wypadku krytykować. A chodzi o konkretną stację telewizyjną, która jest własnością amerykańskiego Discovery.  Tak wynika z listu wysłanego do premiera przez panią ambasador Mosbacher. List jest autentyczny, jak podała kancelaria Prezydenta.  By ująć treść listu w jednym zdaniu – pani ambasador życzy sobie, by dziennikarze tej stacji i to, co polskiej opinii publicznej prezentują pozostawało poza wszelką krytyką. Zważywszy na to, co jest ostatnio tematem kontrowersji – by poza wszelką krytyką pozostawała działalność owej stacji nawet wtedy, gdy budzi najdalej posunięte wątpliwości, co do rzetelności, o szkalowaniu Polski w opinii międzynarodowej nie wspominając. 

   Jeszcze ciekawsze są wypowiedzi pani ambasador Mosbacher  ze spotkania sprzed kilku dni z członkami zespołu parlamentarnego Polska-USA. Jeżeli wierzyć Agencji Informacyjnej Polska Press, która twierdzi, że zdobyła nagranie z tego spotkania, pani ambasador powiedziała tam m.in.: „Byłabym wdzięczna, gdybym mogła być na bieżąco informowana, gdybym wiedziała zawczasu, gdybyśmy wiedzieli, nad czym pracujemy. By mieć pewność, ze zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”. Tu już nawet komentarz jest zbyteczny, co do wyobrażeń pani ambasador na temat suwerenności kraju, w którym swoją misję pełni.

   To zobaczmy jak to wygląda gdzie indziej, czyli w krajach, których pani ambasador nie poucza i gdzie nie będzie na bieżąco informowana o zamiarach legislacyjnych.

   W 2005 roku w Niemczech wybuchła narodowa histeria, gdy zagraniczny kapitał przejmował dziennik „Berliner Zeitung”. Protestowały wszystkie środowiska przeciwko możliwości wpływania na niemiecką opinię publiczną. Zagraniczny inwestor musiał się wycofać i odsprzedać udziały.

   Jeżeli chodzi o nadawców telewizyjnych to niemieckie prawo mówi, że żaden z nadawców prywatnych nie może skupiać więcej niż 30 proc. ogólnej liczby widzów, a jeśli dodatkowo posiada prasę drukowaną, media internetowe czy stacje radiowe górną granicą jest 25 proc. 

   We Francji kapitał zagraniczny w mediach może wynosić nie więcej niż 20 procent. Prosto i jednoznacznie.

   Nie wiem jak może wyglądać i czy w ogóle będzie jakoś wyglądać jakakolwiek polska ustawa o dekoncentracji mediów pozostających w rękach obcego kapitału. Szczególnie po wystąpieniach pani ambasador Mosbacher. Czy rząd będzie miał odwagę w ogóle z taką inicjatywą wystąpić, choć wiceminister Jarosław Selin mówił onegdaj, że ustawa podobno jest gotowa. Sądzę natomiast, że mądra i przemyślana regulacja rynku medialnego jest w szeroko pojętym interesie polskiej racji stanu. Przykład Niemiec i Francji mówi wszystko.

   I na zakończenie – „New York Times” podał, że list wysłany przez panią ambasador Mosbacher wzbudził gniew w polskich mediach społecznościowych. I wcale mnie to nie dziwi. Panią ambasador też nie powinno.

Jarosław Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl