No i Wojciech Cejrowski po raz sto trzydziesty pierwszy wyleciał z mediów. Sytuacja jest tak przewidywalna, jak topnienie gór lodowych podczas arktycznego lata.

   Bycie oryginałem i skandalistą do czegoś zobowiązuje. Nie można nigdzie zagrzać miejsca na dłużej, bo wprowadziłoby to niepotrzebną monotonię, rutynę. Nudę wręcz. „Nic mnie to nie obchodzi, czy i kiedy zdejmą” pisał już w 1996 roku na łamach książki „Kołtun się jeży”. Chodziło o towarzyszy, którzy rządzili TVP i robili wiele, aby wyautować program WC Kwadrans z 4.5 mln widownią. O obecnym wylocie z informacyjnej ramówki mówi prawie cała Polska i o to przecież w biznesie chodzi. Do funkcjonowania w tym formacie jest to tak samo potrzebne jak protesty. A to podróżników, a to urażonych naukowców i ludzi kultury. Same egzotyczno - kiczowate koszule odróżniające z tłumu i propagowanie zdrowotnego chodzenia na boso, w celu uniknięcia płaskostopia, nie wystarczą.

   W zamierzchłych czasach, gdy dane mi było tyrać na amerykańskich budowach, na jednej z nich miałem takiego szefa. Szefa uzależnionego od swojego radiowego guru. Słyszałem o nim, że to taki amerykański Cejrowski. Zwie się Rusch Limbaugh i wstrząsa Ameryką. Mój szef przerywał pracę, znikał z placu, zamykał się na kilka godzin w aucie i świętobliwie słuchał. Tak jak rekordowe 14 milionów innych słuchaczy. Potem w takiej swoistej ekstazie przychodził do nas, skontemplowany swoją ukochaną audycją i bohaterem. My ludzie dobrej roboty, spoceni i urobieni po łokcie, a ten rozpromieniony, szczęśliwy, promieniał od radiowego misterium i jej celebransa. Spełniony zjadliwymi komentarzami i uradowany jadem wylanym na feminazistki i temu podobny, postępowy świat Ameryki.  

   Podejrzewam, że dzieje się tak też z wieloma fanami WC. Już nie wali dzielnie kubkiem w stół, ale  nadal bije jak w bęben przeciwników. Wpisuje się przy tym w modny i jakże pożądany termin: masakrowanie. Przecież nie ma nic bardziej przyjemnego, niż wygłaszanie nieprzyjemności o innych. I najlepiej, jak to ktoś zrobi za nas. A nawet najbardziej patriotycznie uniesionym fanom wcale nie przeszkadza obywatelstwo egzotycznego Ekwadoru czy flaga Wuja Sama w tle. Nie musi też przeszkadzać fakt, że obraz idealizowanej Ameryki Łacińskiej czy Teksasu, nie zawsze odzwierciedla opowieści głoszone przez miłośnika country.

   A tenże znalazł swoje medialne poletko, które konsekwentnie uprawia. Przy czym przypomina swoich wędrujących ulubionych Indian, którzy zjadają prochy przodków przenosząc się z miejsca na miejsce. Cejrowski jest mobilny. Nie jest typem zasiedziałym nawet w miejscach bliskich Jego poglądom. Wydaje się, że powinien być nieustannie serwowany na tacy, jak sałatki fit w porannych śniadaniówkach. Ale nawet duszące się w swoim własnym sosie ingrediencje potrzebują wstrząsu patelnią i flambirowania. 

   Dlatego wylot z hukiem zawsze robi dobrze i tak jak kanapka spada masłem do góry, tak też autor książki „Sól do oka”, upichci nowy gar żółci na nowym piecyku i znów pooblewa „innościowe”, establishmentowe towarzystwo.

Krzysztof Prendecki

Od redakcji: Autor jest laureatem „Złotej Ryby”, nagrody przyznawanej felietonistom przez Fundację Macieja Rybińskiego.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl