Reportaż musi (musi!) karmić się faktami. A fakt – to zdarzenie, które naprawdę miało miejsce. Ironiczne stwierdzenia w tytule tego materiału przywołane zostały po to, żeby przypomnieć (tym, którzy może zapomnieli…) prawdę dla zawodu dziennikarskiego zasadniczą, ale w naszej dobie gwałconą lub demoralizowaną dość powszechnie. Oczywiście zwrot „fakt autentyczny” to tautologia – fakt nieautentyczny nie jest faktem, i tyle!

   Ze słowem „fakt” wiąże się nierozerwalnie pojęcie prawdy – kategorii zasadniczej z etycznego punktu widzenia nie tylko w zawodzie dziennikarskim. Natomiast „fakt medialny” to kreacja (wymysł medialny), manipulacja, kłamstwo, ostatecznie – propaganda.

   Przypomnienie tych oczywistości wydaje się konieczne, bo gdy czytelnik portalu SDP zapozna się z tekstem Tadeusza Płużańskiego o prestiżowej nagrodzie Grand Press w kategorii „reportaż radiowy” dla Katarzyny Michalak z Polskiego Radia Lublin - dziennikarki doświadczonej, o znanym nazwisku, wielokrotnie nagradzanej, także przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich - może się nieco zadumać, a może nawet zdziwić. Płużański udowadnia bowiem czarno na białym, że reportaż red. Michalak posługuje się danymi zmanipulowanymi przez jej rozmówcę, półprawdami, interpretacjami historycznymi typowymi dla minionego systemu – słowem grzeszy co i rusz wobec prawdy historycznej, wobec ewidentnych faktów (bez przymiotników). Więcej bowiem w reportażu „Człowiek, którego nie znałem” lewackich interpretacji wydarzeń z okresu II wojny światowej, niż obiektywnych sytuacji, podziałów ideowych.

   Z wyjściowej sytuacji – żołnierz podziemia niepodległościowego „rozwala” sowieckiego kolaboranta, wysokiego partyjnego i administracyjnego urzędnika w służbie czerwonego okupanta – po „przeniesieniu akcentów” i pominięciu podstawowych faktów powstaje w reportażu Katarzyny Michalak obraz zgoła odmienny: oto „leśny bandzior” na londyńskim żołdzie morduje z zimną krwią polskiego patriotę, działacza państwowego, budowniczego odradzającej się Polski. Tableau!

   Nie jest to w dzisiejszych czasach przypadek odosobniony; wciąż wielu jest takich, którzy sądzą, że Związek Radziecki nas wyzwolił, a praca dla Polski Ludowej, dla PRL, to był prawdziwy patriotyzm! Stalinowski terror, zbrodnie, masowe aresztowania patriotów, Żołnierzy Wyklętych – to wszystko tacy ludzie pomijają, usuwają z pamięci. Możliwe jest zresztą, że nigdy tak nie myśleli, bo ich gładziutkie zawsze półkule mózgowe fałdowane były od początku wyłącznie przez moskiewską indoktrynację.

   W porządku – ale dziennikarz, reporter, który „kupuje” podobne brednie, chyba… hmmm… minął się z powołaniem. Mocniejszych motywacji oszczędzę czytelnikowi…, który zapewne i tak wszystkiego się domyśli.

   Nagrodzenie znaczącą nagrodą dziennikarską podobnej „agitki” to skandal albo działanie prowokacyjne. Zgoda, w natłoku, ba, w zalewie materiałów, nadchodzących na podobne konkursy autentyczna, rzetelna ocena i selekcja bywają niełatwe. Przez kilka ostatnich lat miałem okazję – jako członek tzw. jury selekcyjnego – uczestniczyć we wstępnych ocenach prac, nadesłanych na konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Proszę uwierzyć – nie jest to łatwe zajęcie: każdy z szóstki jurorów selekcyjnych musi ocenić 300, a bywa, że i ponad 400 nadesłanych prac – materiałów prasowych, reportaży radiowych i telewizyjnych, publikacji internetowych. Czasu nigdy nie jest tyle, ile trzeba. Do tego materiał „papierowy” czyta się inaczej, znacznie szybciej; od biedy można jeszcze „przyspieszyć” ogląd materiałów telewizyjnych. Niestety – reportaż radiowy to materia najtrudniejsza: przeleci się go, „przeskipuje” – i często umyka puenta, umykają najważniejsze rzeczy. Więc trzeba tego słuchać uważnie i „od deski do deski”. A takie materiały rzadko są krótsze niż 40 - 45 minut! Prosty rachunek pokaże, że wysłuchanie 5 takich materiałów to prawie 3,5 godziny! Tak na marginesie – Radio Lublin celuje w takich materiałach, bywają wśród nich i reportaże Katarzyny Michalak

   Więc być może jury konkursu Grand Press nie wysłuchało nagrodzonego materiału „Człowiek, którego nie znałem” uważnie i do końca? Bo nie chcę suponować, że oceny historyczne i moralne, zaserwowane przez bohatera reportażu red. Michalak są podzielane zarówno przez autorkę, jak i wysokie jury…

   Zadziwiająco opisana sytuacja przypomina mi inny wypadek z pogranicza prawdy i historycznego łgarstwa, które „poszło w lud” i do dziś funkcjonuje. Pamiętasz, Czytelniku, „Popiół i diament” Jerzego Andrzejewskiego? Tam historia była zupełnie podobna. „Towarzysz” Szczuka był czerwonym bandytą i rabusiem; Maciek Chełmicki zaś – żołnierzem Podziemia. Chełmicki nakrył Szczukę na rabunku prywatnego mienia i po prostu zastrzelił go.

   Jak było w powieści i filmie – każdy wie.

Wojciech Piotr Kwiatek

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl