Lepiej byłoby w takich czasach nie okupować zbyt długo lukratywnych posad w mediach prorządowych, bo ludzie – żeby nie wiem jak byli zwykli – oczekują na ogół krytyki rządzenia, a nie jego laudacji.

Od dziecka bezwiednie wkręcałem się w sytuacje, w których prędzej czy później, psułem dobre samopoczucie władzy. W trzeciej klasie podstawówki zachciało mi się, ni stąd ni zowąd, prowadzić gazetkę ścienną. Miałem trzech, czterech stałych czytelników plus całe grono nauczycielskie. Co tydzień przygotowywałem nowe wydanie, w którym informowałem o dalekich krajach, podróżach, jazzie i filmach oraz komentowałem wydarzenia. Gdyby dotyczyły one szkoły, to wszystko rozeszłoby się po kościach. Ale mnie interesowały również sprawy ogólniejsze i kiedy poddałem w wątpliwość czy w „rządach ludu”, rządzi lud, to z tego powodu dyrektorka szkoły o mało nie wyleciała z pracy.

- Jesteś naszą szkolną gwiazdą, Jurku, ale do dziennikarstwa trzeba dorosnąć. Przyłóż się lepiej do matematyki i …  nie wydawaj już tej gazetki – poprosiła.

Zostałem jej pupilem. Rozumiałem, że odkrywanie prawdy jest zastrzeżone dla nauk ścisłych, a cenzura to sufit, który samoistnie nadąża za cielesnym wzrostem redaktorów.  Matematyka nie chciała mieć ze mną nic wspólnego, więc moje dobre chęci zakończyły się na przyswojeniu sobie, z niemałym trudem, umiejętności czterech działań, tabliczki mnożenia oraz stosowania wzoru Pitagorasa, do którego zapałałem nie do końca zrozumiałą sympatią.

Pozostała mi natomiast niebezpieczna skłonność do informowania o prawdzie zdarzeń zaobserwowanych przeze mnie zmysłami ciała, lustrem psychiki i wrażliwością ducha. Wiele lat później stwierdziłem, że mimo upływu czasu, sufit cenzury wcale się nie podniósł. Zmieniły się tylko zbiory spraw zastrzeżonych dla władzy oraz system przeciwdziałania wolnej twórczości. Ktoś, kto uważa, że wybrana reprezentacja ma administrować, a nie rządzić, nie jest mile widziany przez polityków. Przyzwyczaiłem się do tego, jak starzec do hemoroidów i zadowala mnie fakt wzrostu liczby koneserów ceniących wyniki mojej pracy.

Ostatnio – poza okresowymi bluzgami twitterowych trolli oraz jednorazowym szlabanem na próby dotarcia do kolegów dziennikarzy felietonami  -  nie spotykałem się z innymi zagrożeniami. 

Katechetyczne uwagi na temat etyki zawodu nic nie wnoszą.  Z doświadczeń starożytnego Rzymu i Grecji wynika, że propagowanie cnoty poza świątynią w imię lepszego jutra, owocuje prostytucją, tak samo jak idea służby społeczeństwu obywatelskiemu, którego nie ma i nie będzie.  Jakość pracy dziennikarzy zależy od stanu ich świadomości, a próby podporządkowania jej polityce  kończyły się wojną domową.

Obserwowane w ostatniej dekadzie w Polsce, pro albo kontra – rządowe, dziennikarskie popisy politycznego zaangażowania, rzadko wynikają ze światopoglądowego przekonania wykonawców. Wierny sformułowanym zasadom nie mam zamiaru doszukiwać się w tym naganności moralnej. Niechże jednak nasze koleżanki i koledzy angażujący się politycznie nie zarzucają sobie później, porozrywanej przez przeciwników togi, na głowy i sami nie rozdzierają szat, kiedy spotka ich nie tak polityczna odpowiedź, jakiej oczekiwali. A wszelkie apele, jakby nie były słuszne moralnie i prawnie, nic nie pomogą. Co najwyżej policja spałuje tego lub owego, zwiększając zajadłość politycznego rozżarcia.

Jeżeli ktoś świadomie zatrudnia się w mediach o określonej politycznie regule, to naraża się na zarzut współuczestniczenia w czołówce propagandowej konkretnej opcji, która nie przebiera w środkach, aby forsować jedynie słuszną rację. Kłamstwo albo przemilczenie należy do arsenału polityki,  nie światopoglądu, natomiast wiarygodność informacji wynika z wewnętrznego przekonania i umiejętności, a nie z wysokości pobieranych honorariów.

Dla utrzymania uzasadnionego, dobrego dziennikarskiego i czysto ludzkiego samopoczucia lepiej byłoby w takich czasach nie okupować zbyt długo lukratywnych posad w mediach prorządowych, bo ludzie – żeby nie wiem jak byli zwykli – oczekują na ogół krytyki rządzenia, a nie jego laudacji.

I żeby nie było. Piszę to wszystko z przekonania, że na naszych oczach marnowana jest szansa dla  Rzeczpospolitej, którą większość z nas (ja też) oddała wiodącemu obecnie ugrupowaniu politycznemu w administrację. W realiach współczesnego świata, powszechnie znane makiawelistyczne sposoby uzyskiwania i utrzymania władzy powodują fatalne skutki uboczne. Także dla dziennikarzy.

Z serdecznym współczuciem dla p. Magdy Ogórek Jerzy Terpiłowski.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl