Niektórzy są tak uprzedzeni do mediów publicznych za rządów PiS, że w każdej możliwej sytuacji dopatrują się spisków, cenzury i ogłaszają, że przebito kolejne dno. Przyznać trzeba – media publiczne częściowo sobie na taki stosunek do siebie zapracowały. Mimo to warto zachować trzeźwość i chłodną głowę. Nie wszystkim się to udało w przypadku awantury wokół zaproszenia Oleny Babakowej do Klubu Trójki, prowadzonego przez Piotra Semkę.

   Dramatyczną i niezwykle emocjonalną relację z wydarzenia umieściła na swoim Facebooku sama Babakowa. Wielu osobom ta relacja wystarczyła, żeby wyrobić sobie zdanie o sytuacji – nie próbowali nawet sięgnąć po opinię drugiej strony. Tymczasem już oświadczenie Piotra Semki (można je znaleźć na Twitterze) czy uzupełnienie, które przedstawili inni goście audycji, Łukasz Adamski i Jerzy Haszczyński, niuansują obraz.

   Gdyby opierać się tylko na relacji pani Babakowej, a zwłaszcza późniejszych jej interpretacjach, trzeba by uznać, że sprawa była prosta: posłuszny klakier medialnej dobrej zmiany Piotr Semka pokornie wysłał przygotowaną listę gości do akceptacji kierownictwa; kierownictwo, które nie lubi pani Babakowej z powodów politycznych, nie zgodziło się na jej wizytę w studiu, ale cenzura jest tak nieefektywna (teza postawiona między innymi przez publicystkę „Krytyki Politycznej” Kaję Puto), że zapomniano ją odwołać. Olena Babakowa więc przyszła, po czym została „upokorzona” przez prowadzącego. W niektórych relacjach ledwo zaznaczono, że przecież wzięła udział w audycji i była to decyzja samego Semki.

   Otóż jest to wersja wydarzeń, którą może przedstawiać jedynie ktoś uprzedzony, naiwny i pozbawiony zmysłu krytycznego, za to w nadmiarze wyposażony w złą wolę.

   Zaczynając od początku: w każdym, absolutnie każdym medium standardem jest wcześniejsze powiadamianie wydawcy i kierownictwa redakcji o tym, kogo chcemy zaprosić do programu. A już szczególnie, gdy mówimy o programach, prowadzonych przez współpracowników, czyli osoby niemające codziennego kontaktu z redakcją. Chodzi o to, żeby nazwiska się na siebie nie nakładały, żeby zachować odstępy pomiędzy zapraszaniem poszczególnych osób, ale też, żeby nie wejść na minę. Miną nie musi być sprawa polityczna. Miną może być na przykład fakt, że zaproszony gość był lub pozostaje z jakiegoś powodu w konflikcie z danym medium, o czym prowadzący program wiedzieć nie musi. To się zdarza we wszystkich mediach, także prywatnych.

   Po drugie – grzmiący o politycznej cenzurze wobec pani Babakowej popadają w sprzeczność. Jaki miałby być jej sens i cel, skoro sama Babakowa twierdzi, że w ogóle nie wypowiada się o mediach publicznych? Gdzie są jej wojownicze antypisowskie wypowiedzi, które miałyby sprawiać, że z politycznych powodów miałaby mieć zakaz wstępu do radia? Za to, owszem, jej odejście ekspertki w Polskim Radiu dla Zagranicy (wraz z dużą częścią zespołu) odbyło się w mało zgodnych okolicznościach, choć było ostatecznie pożegnaniem za porozumieniem stron.

   Nie bardzo więc widzę, jakie polityczne motywy mogłyby skłaniać zarząd radia do wykluczania pani Babakowej, przyjmuję natomiast, że mogą istnieć powody, by tak rzec, korporacyjne, które są możliwe w każdym medium. Warto też zauważyć, że wypowiadając się w Klubie Trójki na temat Ukrainy pani Babakowa nie wygłaszała żadnych kontrowersyjnych ocen czy poglądów, również dotyczących polityki zagranicznej obecnego rządu. A to znaczy, że teza o politycznej cenzurze jawi się jako co najmniej naciągana.

   Po trzecie – całkowicie absurdalne są oczekiwania, wyrażane między innymi przez panią Puto w jej felietonie, że pozostali goście powinni byli zagrozić zbojkotowaniem audycji, jeśli do studia nie zostanie wpuszczona pani Babakowa. Poza sytuacjami całkowicie jednoznacznymi i niebudzącymi żadnych wątpliwości tak mogliby reagować jedynie ludzie o emocjonalności nastolatków. Z opisów – również z opisu pani Babakowej – wynika, że nic jasne nie było, a szczególnie powody, dla których powstało zamieszanie. Trudno w takich okolicznościach oczekiwać od pozostałych obecnych, że zajmą jednoznaczne stanowisko, lub w ogóle jakiekolwiek. Problemy między prowadzącym, wydawcą, kierownictwem medium i jego byłym pracownikiem nie są sprawą innych gości programu.

   Po czwarte – trudno cokolwiek zarzucić postępowaniu Piotra Semki, zwłaszcza że ostatecznie on sam zdecydował, żeby zaprosić do studia piątego gościa, co było problematyczne nawet z punktu widzenia organizacyjnego (każdy prowadzący programy na żywo wie, jak trudno jest zapanować nawet nad trojgiem gości, o pięciorgu nie mówiąc). Jeśli gdzieś ktoś zawiódł, to na linii pomiędzy kierownictwem stacji a gościem. Semka miał prawo oczekiwać, że skoro problem jest, jako się rzekło, natury korporacyjnej, to zostanie załatwiony przez tych, którzy mają zastrzeżenia do obecności pani Babakowej. I to tu coś nie zagrało.

Po piąte – powtarzanie za emocjonalnym wpisem pani Babakowej, że została „upokorzona”, jest absurdem. Nikt nikogo nie „upokarzał”. Sytuacja była, owszem, niezręczna, ale z upokorzeniem nic wspólnego nie miała. Można by oczekiwać, że dorośli ludzie będą w stanie kontrolować swoje emocje lepiej niż pani Babakowa.

   Nie ufając owemu skrajnie emocjonalnemu opisowi, postarałem się i o inne relacje ze zdarzenia. Wynika z nich, że Piotr Semka nie przesłuchiwał pani Babakowej tak, jak ona to opisała. Nie mówił też do niej: „No, niech pani zostanie”, tylko po prostu zaprosił do studia. Pozostali obecni nie mieli pojęcia, na czym polega problem, więc brak reakcji z ich strony jest całkowicie zrozumiały. Mając informację, że w grę wchodzi konflikt o odejście z radia, Piotr Semka słusznie poprosił swojego gościa, żeby nie wypowiadać się na ten temat – co pani Babakowa przedstawia jako kolejny zarzut.

   Teraz wokół sprawy dzieje się to, co można było łatwo przewidzieć: wszyscy przeciwnicy obecnej władzy (łatwo sprawdzić, kto i jak komentuje rzecz na FB), wszyscy, którzy mają swoje żale do mediów publicznych (Jerzy Sosnowski) zgodnie uznali, że to kolejny przykład straszliwej cenzury. Nie powinno to nikogo dziwić – dawno już jesteśmy na etapie, gdy zdrowy rozsądek i wstrzemięźliwość w sądach przestały być w cenie. Skoro pojawił się pretekst, żeby dowalić – to się dowala.

   Pozwólcie państwo jednak, że pozostanę przy swoim zwyczaju dzielenia włosa na czworo i nieulegania owczym pędom. Skandalu tu żadnego nie ma ani tym bardziej cenzury. Jest niezręczność, za którą należały się przeprosiny – i te przeprosiny pani Babakowa po programie usłyszała od Piotra Semki. Zaś fakt, że to niefortunne zdarzenie pani Babakowa porównała na FB do gwałtu i przemocy domowej („chyba teraz lepiej rozumiem ofiary gwałtów i przemocy domowej” – napisała) mówi wiele o niej samej.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl