Chciałabym powiedzieć, choć wiąże się z tym zapewne zbyt daleko idące uogólnienie, ale po doświadczeniach z lata 2013 jestem zdeterminowana i sprowokowana do stwierdzenia: Polska stała się krajem disco polo dzięki popularnym mediom.

Disco polo zalewające rozrywkową falą Polskę w latach 90., czyli latach prywatyzacji, denominacji, restrukturyzacji, marszu do Unii Europejskiej i "brania losu w swoje ręce" - posiadające nawet swoją królową, która wtedy też była jedna i nosiła sceniczne imię Shazza - miało odejść jak zabawa sezonu. Jednak wróciło i kontynuatorzy tego nurtu mają miliony wejść w sieci, a na koncertach są tłumy, mimo że wokół słyszy się opinie, że to obciach i temat, o którym się nie mówi. Po tym, co widziałam tego lata, twierdzę, że disco polo ma dziś w Polsce popularność gigantyczną i już nie dziwi mnie, że Stacja Polo Tv stała się najpopularniejszą polską stacją muzyczną. O tym, dlaczego za zalew kraju produkcją disco polo obwiniam media, wyłuszczę na końcu.

Disco polo, czyli rodzaj najprostszej muzyki znowu ściąga nieprzebrane tłumy i przepowiednie znawców kultury (w tym znanych dziennikarzy muzycznych), że disco polo odeszło, że zacznie się cenić to, co ambitne, nie spełniły się. Znowu jak w amoku skaczą ludzie spoceni i nieźle upici, czasem mylą się im refreny kolejnych piosenek, bo gdy podstawa muzyczna jest często podobna we wszystkich utworach, to przy większym luzie już trudno dostrzec, że skończył się refren „Ona tańczy dla mnie”, a zaczął „Jesteś szalona”. Niedawno w pewnym miasteczku (pominę nazwę, bo nie jest jakimś wyjątkiem) ponad 10-tysięczny tłum bawił się od godziny 14 do środka nocy. Nie liczyło się nic, świat się zatrzymał. Frytki, keczup, hamburger, piwo, lody dla dzieci i jeden ryk zachwytu. Dziewczyny w barze, w bluzkach poplamionych tłuszczem, uwijały się jak w ukropie, taki był obrót na sprzedaży, byleby tylko tanio i szybko. Patrzyłam na dzieci i było mi ich żal, że oglądają rodziców w tym skocznym jazgocie.

I teraz zwracam się do popularnych mediów. Dlaczego nie dają propozycji innych niż proste przeboje? Nawet te zachodnie (dodam, że zalewające polskie media publiczne, wypierając rodzimą twórczość spoza półki disco polo lub spoza starych hitów), niewiele różnią się od polskiego disco polo. Jaka to niewidzialna ręka rynku i jaki to niewidzialny szef, nakazuje na popularyzację produkcji z jednej półki? Czy jest to specjalny system wmawiania ludziom, że po pracy należy się tylko tania rozrywka jednego formatu, że nie trzeba przy niej myśleć, nie trzeba się w niej zagłębiać, wystarczy być i upojnie się bawić? Że jest to znak czasu, symbol nowego pokolenia, nieodwracalność zmian? Jakich zmian? Czasem nie wierzę, że ludzie układający w radiach jakieś tam play listy potrafią słuchać czegoś więcej, niż to co sami lubią. Nie wierzę, bo jak mówi mój znajomy pedagog muzyki, oni nie mają wykształconych komórek w mózgu do odbioru bardziej skomplikowanych brzmień. Zaprzyjaźniona dziennikarka w USA mówiła, że wyjeżdżając z Polski, nie zauważyła disco polo, bo rodzina pamiętała tylko polską biedę i dziurawe drogi. Teraz, choć w Ameryce kiczu nie brakuje, ona widzi, czym jest disco polo w Polsce. I najgorsze, że w Polsce inne gatunki są zakopane w niszach, a w Ameryce można na nie trafić niezależnie od tego wielkiego biznesowego kiczu.

Kiedy niedawno wróciłam z wakacji do domu, szukałam filmu w telewizji, na wieczór. Tylko powtórki (nie wiem, za co płacę abonament!), a na jednej z popularnych stacji był festiwal disco polo! Znowu w kadrze tłum jak w amoku - te same „majteczki w kropeczki” i czy „jesteś szalona”. Rozumiem prawa rynku, ale duża relacja z remizowej zabawy przypomina system prania mózgów, bo inaczej nie można nazwać tak olbrzymiej promocji do tak słabej jakościowo imprezy. Jeśli media silnie to eksponują, to ukierunkowują i utrwalają trend (a nie jedynie stwierdzają fakt), czy tego nie widać? Tego samego dnia, gdy wokół było morze disco polo wraz z obszerną relacją, na jednej z mniej oglądanych stacji telewizyjnych (zatem pewnie elitarnych) wpadłam na relację z Solidarity of Arts jak na kawałek innego świata.

Potem śledziłam w mediach wiadomości z weekendu. Na pierwszym miejscu: polityka (gdzie który polityk był z wizytą i co powiedział, pełny zestaw politycznego public relations), na drugim miejscu wypadki drogowe, na trzecim ciekawostki w stylu disco polo. W tym czasie opinie w internecie o disco polo gorące jak ogień, jak ktoś odezwał się, że za dużo tej muzyki jest w mediach, to natychmiast zostawał przygnieciony ostrymi epitetami, z których „spieprzaj dziadu” było jednym z najłagodniejszych. Po prostu cała Polska jest jak po mizernej zawodówce. Są jednostki wybitne, owszem, ale giną w masie niewybitnych. Ta zawodówka jest na kanapie u wielce popularnego Kuby Wojewódzkiego, na kanapach śniadaniowych, przy kawach rozmów niekontrolowanych, w kolejnych edycjach wykupowanych na licencji programach typu show, których zalew zabiera miejsce i czas na inne oferty, ta mizerna zawodówka jest też podczas przyjęć, w których „ustawka” liczy się w mediach najsilniej. Wszystko to powiększa stylistycznie obszar cukru znanego z disco polo.

Winię najsilniejsze media za odmóżdżanie kraju, w którym chciałam mieszkać. Dlaczego w codziennych wiadomościach mam dużo sportu i z rzadka informacje z kultury? Nikt niczego nie odkrył? Dlaczego do wiadomości prawie nigdy nie trafia nauka, chyba że jest sensacją z medycyny lub wyprawą w kosmos? Dlaczego ludzi zachęca się do kupna książki w wiadomościach głównie wtedy, gdy autor umrze? Dlaczego moją codzienność ma nachalnie zalewać disco polo w słowie, w obrazie, w poziomie humoru, a nawet już w celebryckich pozach wielu gwiazd ze świata mediów? Kto tym rządzi?

Elżbieta Mierzyńska

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl