„Kiwa jachtem kiwa,

a załoga, jak załoga - rzyga.

Obrzygali burty i kajuty

bosmanowi narzygali w buty”.

   Onegdaj na ognisku w gdyńskiej drużynie harcerskiej - „Watra” - zaśpiewaliśmy tę uroczą piosenkę naszemu przełożonemu, harcmistrzowi Zbigniewowi Żochowskiemu. Ten jednak zupełnie nie docenił naszych intencji. Wrzasnął: baczność i pognał nas nocą przez las.

   No ale nasz druch lubił morze. Nie można tego powiedzieć o ministrach od wojny (na razie pokoju) Szeremietiewie, Parysie i obecnym. Tamci dwaj mówią mi - w czasie dziennikarskiej rozmowy w studiu Radia Wnet - „po co nam ta flota i tak nas nie obroni”. Teraz minister Błaszczak otwiera defiladę resztek podrdzewiałej floty, a jednocześnie w przededniu Święta Morza dymisjuje dowódcę Marynarki Wojennej. I za cóż to?

   Zbigniew Kowalewski w ważnej dla historii wojskowości książce „Efendi” (wydawca to zasłużony p. Sławomir Kozak) przypomina życie znakomitego pilota, dowódcy przedwojennego Lotnictwa Polskiego generała Ludmiła Rayskiego, którego nienawidził i niszczył do końca życia Władysław Sikorski przy poparciu Rydza-Śmigłego. Otóż w marcu 1939 roku, gdy Niemcy grzali już silniki Messerschmittów, u nas rozwalono dowództwo Lotnictwa. Najpierw zawistnicy pozbawili funkcji gen. Rayskiego, a potem wszystkich jego zastępców – gen. de Beaurain, płk. Tytusa Karpińskiego i płk. Abczyńskiego. Byli to wybitni fachowcy lotnictwa wojskowego. Następnie zastopowano prace nad samolotami Sokół i Jastrząb. Nowymi konstrukcjami na światowym poziomie. Tak było! Rozwalono podniebną obronę kraju na 6 miesięcy przed wybuchem wojny! Wszystko z czystej nienawiści panującej w armii. „Sikorszczycy” długo potem mścili się na „Piłsudczykach” osadzając ich nawet w czasie wojny w obozie na wyspie węży.

   Tak było. Dziś trwa komedia z przenoszenie dowództwa Marynarki Wojennej. „Tuskowi” dokonali przeniesienia ze Skweru Kościuszki w Gdynii do „centrali”, do stolicy. Zupełnie nie wiadomo dlaczego. W styczniu „dobra zmiana” zmieniła tę niemądrą decyzję. Ale tylko formalnie. Przez wiele miesięcy poza oficjalnym ogłoszeniem powrotu dowództwa nad morze – niewiele się działo.

   Jeszcze niedawno mieliśmy cztery malutkie, „kieszonkowe”, 50-letnie okręciki podwodne. Otrzymane za darmo od obecnych sojuszników z zachodu, a także „Orła” 30-latka od byłych naszych sojuszników ze wschodu. Tak czy owak coś tam pod wodą mogliśmy znaczyć. Teraz dwóch lilipucików już nie ma. Jeden ma stać się obiektem muzealnym (w ramach ogólnokrajowej epoidemii muzealnictwa) a drugi poszedł właśnie won – na złom. Na Święto Morza resztki floty przepłynęły przed Prezydentem i ministrem. Były saluty i brawa ale tak naprawdę wstręt do morza trwa!

   Dotyczy to również naszych kolegów – dziennikarzy. Nawet ci wybrzeżowi mają uczulenie na słoną wodę. „Morze nasze morze” śpiewaliśmy. Rozmawiam z gdańskimi żurnalistami. Mówią, że na widok jachtu ściska ich coś w żołądku. To zresztą widać po publicystyce morskiej.

   Zbawcy kraju, „przyjaciele” Polski z PO, którzy zniszczyli naszą marynarkę handlową mają teraz następców.

   Publicystyka morska nie istnieje. Historyczne, niezwykle zasłużone pismo „Morze” (można to sprawdzić w bibliotekach) – nie istnieje. Akademie Morskie, które były niegdyś wspaniałymi Szkołami Morskimi, to już tylko wspomnienie (w niektórych powstały nawet krawieckie klasy). Na szczęście rozwijają się dobrze prywatne szkoły marynarzy i oficerów.

   „Dar Młodzieży” popłynął wprawdzie w rejs dookoła świata, ale o mały włos by się to nie udało – bo prawie do końca przygotowań nie było dostatecznej kasy. Zresztą jest to rejs etapowy dla jego uczestników. A kiedyś "Dar Pomorza" naprawdę opłynął świat, pokonując również przylądek Horn.

   Ciągle wierzymy, że będzie kopana, przekopywana Mierzeja Wiślana. Połączony zostanie wreszcie Zalew z Bałtykiem. To dobrze, to bardzo dobrze. Oby przynajmniej ten zamiar został sfinalizowany. Niestety są jeszcze inne prawdziwe skandale na wybrzeżu. Od wielu lat rozwalany jest przez fale port wojenny na Helu. Port, z którego dużo bliżej jest na Bałtyk niż z Oksywia. Opuszczony, świetny przedwojenny port Marynarki Wojennej rozkradany jest przez złomiarzy i kablowych szabrowników. Niestety guzik to obchodzi decydentów pomorskich i warszawskich.

   Koledzy dziennikarze – maryniści. Jest o czym pisać. Trzeba alarmować. Trzeba ratować nasze morze. Bo na razie to tylko ładnie o nim śpiewamy.

Stefan Truszczyński

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl