Od kilku lat obserwuję wysoką, ale ustabilizowaną popularność dziennikarstwa. Nasze nabory są umiarkowane, lecz zawsze w granicach od siedemdziesięciu do stu kilkudziesięciu studentów stacjonarnych i zaocznych. W tym roku nic nie wskazuje na zmianę trendu.  

 

Dziennikarstwo jest takim kierunkiem, który przygotowuje do wielu różnych funkcji. W moim przekonaniu idą na nie osoby, które nie do końca mają sprecyzowaną wizję swojej kariery zawodowej na najbliższe lata. Kiedy pytamy studentów dziennikarstwa o ich dalsze plany, to zwykle niewielu wiąże swoją przyszłość z dziennikarstwem. Większość widzi siebie w public relations czy działach promocyjnych lub instytucjach związanych z Internetem. Jednak popularność dziennikarstwa nie słabnie, ponieważ rozszerza się pole działań komunikacyjnych, gdzie dziennikarz może szukać pracy.  Oczywiście, zawsze są chętni podjąć praktyki zawodowe w takich mediach, jak TVN czy Polsat, ilekroć pojawią się takie okazje, ale większość studentów ma bardziej umiarkowane ambicje. Być może w duchu marzą o karierze i sławie, a nawet widzą się w roli gwiazd i celebrytów, ale w słowach są powściągliwi. Dziennikarzy uczymy realistycznego podejścia do świata, więc być może równoważy ono i sprowadza na ziemię zbyt wybujałe marzenia.  

 

Myślę też, że innym, równie ważnym powodem tak powściągliwych planów i deklaracji, jest po prostu młodość. Mówimy przecież o ludziach, którzy dopiero wkraczają w dorosłość i wcale im się nie spieszy z pożegnaniem młodości. Kiedy pytam seminarzystów, którzy lada moment uzyskają dyplom, nieco prowokacyjnie „kiedy już pani/pan będzie w redakcji, to co wtedy?” odpowiadają „nie wiem, ja jeszcze nie wiem, czego chcę w życiu. Wybrałem dziennikarstwo, bo to taki kierunek, po którym można robić wiele różnych rzeczy”.

W moim odczuciu pewna atrakcyjność tego kierunku wynika z jednej strony z rozszerzania wyobraźni, jeśli chodzi o przyszłe miejsca pracy i możliwości zarobkowania poza mediami, a z drugiej strony z przekonania, że są to studia niezbyt ciężkie, niezbyt absorbujące, nienarzucające dużej dyscypliny. Miłe i ciekawe, bo tam przychodzą ludzie z mediów, robi się jakieś zabawy przed kamerami - taki edutainment. Na studiach czas miło płynie i kto nie musi, to nie rozgląda się za jakimś dobrym miejscem pracy. Wydaje mi się, że w ich przekonaniu dziennikarstwo jest taką trampoliną, po której można skakać na różne strony, do różnych basenów w nadziei, że gdzieś wreszcie wypłynie się na „głębokie wody”.  

 

Kiedyś, przed laty, było zdecydowanie inaczej, zanim zmiany ustrojowe nie objęły całego systemu edukacji, nie tylko dziennikarstwa. Pamiętam egzaminy wstępne, gdzie było 10 -12 osób na jedno miejsce. Był egzamin predyspozycyjny, po którym odpadały osoby słabo piszące i słabo orientujące się w problemach świata współczesnego. Sprawdzaliśmy też ich kompetencje społeczne. Potem były egzaminy pisemne i ustny, i z tych 10-12 kandydatów zostawała jedna osoba, co do której było wiadomo, że chce zostać dziennikarzem i nadaje się do tego zawodu. Była więc ostra rywalizacja, a w trakcie wieloetapowego egzaminu poznawaliśmy człowieka. Wielu przedstawiało też swoje dziennikarskie dossier, czyli jakieś teksty, które już gdzieś udało im się opublikować. To były osoby, które miały nie tylko wizję swojej kariery, ale też silne parcie do łączenia nauki z praktyką w redakcjach, i tak robili się z nich dziennikarze. Ale po zmianie ustrojowej zawód dziennikarski stał się otwarty, dostępny dla każdego, a studia dziennikarskie skrócono do trzech lat, bo większość poprzestaje na studiach licencjackich, i wszystko jest inaczej.   

Czynnikiem, który rozregulował kształcenie dziennikarzy, jeszcze zanim przyszły reformy systemowe, były zmiany na rynku pracy, które otwierały przed studentami wspaniałe perspektywy szybkiego awansu w tworzącym się sektorze PR, marketingu, reklamie. Każdy student, któremu na tym zależało, po kilku latach zostawał jakimś kierownikiem, w którejś nowopowstającej redakcji czy agencji. W reakcji na te zmiany zaczęły powstawać nowe specjalizacje i kierunki studiów. I wciąż powstają. Obok okrzepłych już nieco kierunków takich, jak PR czy zintegrowany marketing medialny, powstają nowe, jak zarządzanie informacją czy logistyka mediów. A rektorzy i dziekani wciąż domagają się czegoś nowego, jeszcze bardziej wymyślnego, bo konkurencja nie śpi. Młodzi ludzie nie wiedzą, co to jest, ale wybierają te studia, bo to wydaje im się „przyszłościowe”. Efekt jest taki, że tożsamość i integralność studiów dziennikarskich ulega systematycznemu rozmyciu. System boloński kształtuje takie przekonanie, że trzy lata to jeszcze nie wyrok, to czas, żeby się rozejrzeć. I co bardziej przedsiębiorczy studenci się rozglądają, i szukają czegoś bardziej konkretnego. Kilka moich studentek poszło na kosmetologię, założyły zakłady i świadczą usługi dla mediów w zakresie charakteryzacji. Kiedy je spotkałem w tym właśnie miejscu, śmiały się i zapewniły mnie, że udało im się połączyć przyjemne z pożytecznym. Nie ucieszyło mnie to zbytnio, ale ze zrozumieniem pokiwałem głową. Bo choć nie zajmują się dziennikarstwem, to mają kontakt z dziennikarzami.

Spisał: Dawid Kaczmarczyk.

Prof. Maciej Mrozowski jest medioznawcą, pracuje na Uniwersytetecie SWPS w Warszawie.

   

 

Udostępnij
Tagi:
Maciej Mrozowski,,,,,,,,,
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl