Niedawno, niedawno temu był sobie Ajgor, co to gruszki kradł. Ups. Spaliłem bajkę, bo to, że on kradł, to się miało okazać na końcu, a na początku, to on był wzorowym, garniturowym, na miarę szytym, z bardzo dobrą wymową słowa „mountain” w języku langłidż menedżerem. 

   Cacany był po prostu. Poważany był po prostu. Pozawierał wiele umów na sprzedaż gruszek z wieloma dostawcami z różnych miejscowości. Z Andory na przykład i z Pragi na przykład, no z różnych. Bardzo przy tym dbał, żeby ci z Andory nie wiedzieli, jaką umowę mają ci z Pragi i na odwrót. Ci z Andory byli zadowoleni, bo myśleli, że mają lepiej, niż ci z Pragi. Natomiast ci z Pragi byli zadowoleni z tego samego powodu, tylko odwrotnego.

   Tymczasem Ajgor żył wykwintnie z gruszek i miał swój plan. Najbardziej banalną częścią tego planu było, żeby płacić za gruszki. Wiadomo. No bo, jak nie płacić? Co on złodziej jakiś? Brał więc do swoich nieruchomych punktów sprzedaży różne gruszki od producentów i sprzedawał. Za pieniądze. No bo czy ktoś widział, żeby gruszki kupować na raty, bądź też na kredyt? No właśnie, więc on sprzedawał za pieniądze. I – sprawiedliwie oddać należy – że były czasy, kiedy on producentom gruszek przekazywał należne im sumy. Było tak, choć dziś mało się o tym pamięta, ale zachowało się w przekazach ustnych i wyblakłych ekselach.

   Nieco później, prawdopodobnie wieczorem, plan Ajgora zaczął ewoluować. To znaczy pewne rzeczy się nie zmieniły: Ajgor dalej lubił gruszki, a precyzyjniej, to lubił sprzedawać gruszki, a gdyby jeszcze ciut, ciut uściślić, to on najbardziej lubił pieniądze z tych gruszek. Albo nie mógł się z tymi pieniędzmi z tej miłości rozstać, albo mu się tak jakoś rozchodziły, jak niesforna banda niemowlaków adehadowców. I co zrobisz? Rozchodząca się banda niemowlaków, podpada pod siłę wyższą, albo też pod poważny biznes, który się chwilowo nie spina. Tyle, że chwila przedłużała się za długo, a cały czas się nie spinało. Uuu. Coraz bardziej się nie spinało. Producenci gruszek nie dostawali pieniędzy, a brzuch Ajgora dostawał tyle gruszek, ile tylko mógł wybrzuszyć. Pieniądze dla Ajgora też się jakoś znajdowały, co było o tyle dziwne, że dla producentów gruszek się nie znajdowały. Tak występna była to mamona. I co zrobisz? Natomiast Ajgor umiał profesorsko rozkładać ręce i mówić: No co zrobić, rozeszły się gruszki i pieniądze, kto by pomyślał? Bardzo smutne i biedne robił przy tym Ajgor miny, choć on akurat brzucho miał pełne.

   Ludzie chamscy, zawistni i niedokształceni zaczęli brać Ajgora za zwykłego złodzieja posługując się swą prostacką logiką, że jak bierze towar, sprzedaje, bierze dla siebie pieniądze, a tym, którzy towar mu dostarczają nie daje nic, to złodziej przecież i basta. Jednak elita dochodziła do sprawy w sposób bardziej zniuansowany, że są przecież takie przedsięwzięcia, które zagrożone są dużym ryzykiem, dla tych, którzy nie umieją dobrze sporządzić umów. Albo dla tych, którzy nie czytają „Harvard Business Review” w oryginale, bo i tacy w naszym społeczeństwie się zdarzają, niestety. Tu nadmienię, ni z gruchy, ni z pietruchy, że brzuch Ajgora cały czas jest wybrzuszony, a dostawców są chude, jak te ich wyschnięte portfeliki. Nie ma sprawiedliwości, co można zobaczyć w mediach.

   I tu Wysoki Sądzie chciałbym zakończyć część pierwszą tej pasjonującej bajki, która nie ma żadnych, ale żadnych odniesień do rzeczywistości, po prostu się dzieje w mojej głowie, zresztą w wielu głowach jednocześnie się dzieje, dlatego napiszę drugą część za tydzień, bo się dużo będzie fajnych rzeczy działo. A gdyby ktoś się poczuł urażony, to bardzo go przepraszam, nie chciałem przecież, a może naprawdę coś nakradł? No, to część druga za tydzień. Ta druga będzie ciekawa. 

Sławomir Jastrzębowski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl