Dla każdego coś miłego – pod takim hasłem mógłby się ukazać pierwszy zbiór wątków z tych wszystkich nagrań, dokonanych przez kelnerów, które już poznaliśmy (aczkolwiek nieuchronnie wybiórczo) oraz tych, których jeszcze nie poznaliśmy, ale poznamy (albo i nie). Okazuje się bowiem, że mnóstwo materiału znajdą tam dla siebie i zwolennicy rządu, i opozycji. Przy dużej swobodzie interpretacji, to prawdziwy raj – żyć, nie umierać, szukać i znajdować. Zawsze jest czym podbić swój przekaz. Od strony medialnej wygląda to, paradoksalnie, zarazem ciekawie i nieciekawie.

   Sytuacja w praktyce pokazuje, jak działa system medialny, w którym istnieje deficyt mediów rzetelnych, czyli tych, które za swój obowiązek uznają pokazywanie całości sytuacji (interpretacja i komentarz to inna sprawa – tu można trzymać się linii redakcyjnej), nadmiar jest zaś mediów tożsamościowych (pisałem o nich w jednym ze swoich poprzednich komentarzy) lub przynajmniej nastawionych na pokazywanie tylko tej części rzeczywistości, która jest wygodna dla politycznych patronów.

   Część nagrań jest dostępna publicznie. Można je sobie ściągnąć i, jeśli ktoś ma czas, chęć i dużo samozaparcia, przesłuchać samemu. Ale takich hobbystów wśród ludzi niezajmujących się tym zawodowo jest zapewne promil. A nawet wśród zawodowców liczyłbym ich w pojedynczych procentach. Większość będzie zatem polegać na streszczeniach, relacjach i omówieniach. A tu już, jako się rzekło, każde medium może sobie dowolnie wybierać. Jedni wybiją bezlitosne recenzje państwa, zorganizowanego przez PO, wygłaszane przez najważniejsze w nim osoby – inni dobrą komitywę, w jakiej z ludźmi bliskimi tej partii zdawał się być obecny premier.

   Mamy zatem system, działający zgodnie z zasadą, głoszoną przez Jacka Kurskiego, a przynajmniej akceptowaną przez Bronisława Wildsteina (z którym w tej sprawie polemizowałem na portalu SDP): prawdziwy medialny pluralizm zostaje osiągnięty przez obecność na rynku mediów skrzywionych w jedną oraz w drugą stronę, bo inne rozwiązanie nie jest w tej chwili możliwe.

Cóż, jakoś to działa i pod tym względem sytuacja jest akceptowalna. Sam przyznaję, że choć nagranie rozmowy, omawianej przez Onet, ściągnąłem na komputer, nie mam najzwyczajniej czasu, żeby mu się przysłuchać. Zmuszony więc jestem sięgać po omówienia ze wszystkich stron medialnego sporu. Zaglądam na wPolityce.pl, na Niezależną, na TVN24, na Gazeta.pl oraz, oczywiście, na Onet. Dzięki temu, mam nadzieję, nie przegapiam niczego istotnego.

Dlaczego jednak sytuacja jest zarazem nieciekawa? Mam świadomość, że działa to w przypadku mikroskopijnej części odbiorców. Idę o zakład, że gdyby przeprowadzić sondaż, zestawiający wiedzę o najnowszej odsłonie afery podsłuchowej z sympatiami politycznymi i przede wszystkim mediami, z których czerpie się wiedzę o sprawie, korelacja byłaby jasna. Kto sympatyzuje z PiS, ten czerpie wiedzę z TVP czy mediów Fratrii, co zarazem wzmacnia jego przywiązanie do PiS, więc ogląda TVP i czyta wPolityce – i tak dalej. Zatem w jego oczach Mateusz Morawiecki został zaatakowany przez „niemieckie” media, a jego obecność w kręgach ludzi PO była wymuszona sytuacją i nie ma w tym nic złego. Kto PiS nie cierpi, czerpie wiedzę z TVN, „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, co wzmacnia jego niechęć do PiS, co sprawia, że jeszcze chętniej sięga po media opozycyjne – i tak się to samo napędza. Taka zatem osoba będzie uważać, że na nagraniach jest mnóstwo wypowiedzi, kompromitujących obecnego premiera, który był umoczony w najgorsze wątki rządów PO, a PiS chce teraz zrobić z niego Konrada Wallenroda. Nie odkryję Ameryki, pisząc, że ten schemat – uproszczony, rzecz jasna, jak każdy schemat – jest opisem działania baniek informacyjnych, w których wszystkie elementy wzajemnie się napędzają. To przypadek medialno-socjologiczno-psychologicznego perpetuum mobile.

Zatem, choć medialny pluralizm formalnie i nawet faktycznie istnieje, w istocie nie odgrywa żadnej roli. To trochę tak, jakbyśmy w najdzikszym rejonie Papui-Nowej Gwinei postawili bibliotekę pełną płyt z muzyką Bacha, Telemanna, Vivaldiego, Schutza, Handla i innych mistrzów baroku. Owszem, można by powiedzieć, że gdzieś w centrum niczego Papuasi mają dostęp do najwybitniejszych dzieł zachodniej kultury. Cóż z tego, skoro nie mieliby ich jak słuchać i w ogóle nie byliby nimi zainteresowani?

Bywają jednak sytuacje, gdy dochodzi  do zderzenia baniek. Z czymś takim mieliśmy do czynienia, gdy TV Republika zaprosiła jednego z autorów serii tekstów Onetu, Janusza Schwertnera. Sprawa była poważna, więc w ostatniej chwili prowadzenie rozmowy przejęła od Ilony Januszewskiej (prowadzącej to pasmo) Dorota Kania, redaktor naczelna stacji. Potencjalnie mogliśmy mieć interesujące zestawienie dwóch spojrzeń na tę samą sprawę – bo przecież materiały Onetu budzą wiele wątpliwości. Januszowi Schwertnerowi można było zadać niemało pytań, dotyczących wyboru konkretnych wątków, czasu publikacji, wiarygodności omawianych zeznań protagonistów dramatu, sposobu dotarcia do wiedzy o tym, co w aktach sprawy jest interesujące oraz czego szukać i tak dalej.

Niestety, zamiast interesującej, rzeczowej konfrontacji autora artykułu z zarzutami wobec publikacji dostaliśmy coś na kształt pyskówki, w trakcie której gość Republiki próbował powiedzieć więcej niż półtora zdania, ale ciężko mu szło wobec nieustających szarży Doroty Kani. Zresztą – kto chce, może sam wyrobić sobie zdanie na temat tego spotkania. Całość audycji jest dostępna w sieci.

Ta rozmowa, czy raczej „rozmowa” w Republice jest symboliczna dla sytuacji dominujących baniek informacyjnych: nie ma między nimi punktów stycznych, każda przytula własnych lokatorów i dba o to, żeby mieli poczucie pełnego komfortu i żeby, broń Boże, nie zniszczył go jakiś wyłom w pracowicie budowanej konstrukcji czy może raczej całkowicie autorskiej rekonstrukcji rzeczywistości.

20 lat temu premierę miał „Truman Show” z Jimem Carreyem – film, którego zapewne młodsze pokolenia nie znają. Truman, żyjący w idealnym miasteczku, ale nigdy go nie opuszczający, zaczyna podejrzewać, że coś jest jednak z tą jego dopieszczoną rzeczywistością nie tak. Chce się wydostać spod ograniczającej go kopuły. Ale to ryzykowne, wymaga zwalczenia własnego strachu (w przypadku Trumana – przed wodą) i podjęcia sporego ryzyka, bo przecież nie wiadomo, co jest po drugiej stronie. Większość wcale nie ma na to ochoty. Woli siedzieć pod swoją kopułą – we własnej bańce.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl